zulicy
09.10.06, 08:50
Przedruk (za zezwoleniem) z nr. 2 dodatku ULICA
ULICA w Łodzi
Plagiat scenariusza czy PRL bis? … autor skieruje spra-wę do prokuratury o
kradzież dóbr intelektualnych?...
kabaret@uml.lodz.pl
Przychodzi baba do lekarza.. Tak zaczynają się naj-prostsze żarciki
z pogranicza purnonsensu. Ale – przychodzi petent do Urzędu Miasta – nie jest
żartem abstrakcyjnym. To smutny hiperrealizm. Przychodzi raz, drugi. Odbija
się od ściany niechęci urzędniczej. Jeśli jest zdesperowany, to przyjdzie
jeszcze trzeci raz. Jeśli jest w depresji, zamknie się następnie w domu. A w
każdym razie budynki przy ulicy Piotrkowskiej 106 będzie omijał dużym łukiem.
Najlepiej z zamkniętymi oczyma. Choć wtedy mogą go rozjechać pędzą-ce po
deptaku samochody z piwem czy limuzyny właścicieli knajp. Bo straż miejska
jest od niedopuszczania mieszkań-ców do gabinetu prezydenta miasta a nie od
pilnowania po-rządku na ulicy.
Ale czasem znajdą się desperaci. Chcą działać w stowa-rzyszeniu, które
pomaga ludziom zagrożonym wykluczeniem społecznym, ich rodzinom, działać na
rzecz środowiska lo-kalnego. To może zaowocować zmniejszeniem patologii spo-
łecznych, przeciwdziałaniem alkoholizmowi, rewalidacją społeczną, a nawet
wzrostem miejsc pracy. Nie wspomnę tu o oddziaływaniu kulturalnym i rozwoju
świadomości społecz-nej. Choć ta może być groźna dla niektórych lokalnych
poli-tyków. Przecież łatwiej w ryzach trzymać bezmyślną spo-łeczność i robić
im wodę z mózgów, mamić obietnicami przedwyborczymi.
W pracę takich stowarzyszeń angażują się ludzie, którzy odczuli na
własnej skórze działania współczesnej ekonomii. Ale są wśród nich i ludzie o
dużym wyczuciu humanitarnym, w tym studenci wolontariusze. Aby móc działać,
porozma-wiać, przygotować projekty, spotkać się z potrzebującymi pomocy,
niezbędne jest pomieszczenie na ten cel. Bo nie bę-dę się spotykać w knajpie
przy piwie. Tym bardziej, ze wielu z nich brakuje nawet na czynsz, światło a
często na chleb. Nie mają telefonów, Internetu. Bo za co? Ludzie ci nie chcą
żebrać. Chcą działać, pracować, zakładać spółdzielnie socjal-ne.
I tu znów problem lokalowy. Idą więc do Urzędu. Raz, drugi. Czasem
trzeci. Zgnębieni przez życie nie wytrzymują presji biurokracji. Idą
studenci. Ci, nie otrzaskani z trudami życia codziennego jeszcze szybciej się
zniechęcają. Na po-moc rusza koordynator krajowy Stowarzyszenia, zapalony
propagator rozwoju spółdzielczości socjalnej. Mimo kilku ustalonych terminów
nie może się spotkać z wiceprezyden-tem Karolem Ch. Ponieważ ten ostatni
przebywa na bezter-minowym zwolnieniu lekarskim, jak niektórzy mówią „tak-
tycznym” (czyżby w związku z ostatnimi aferami ratuszo-wymi?), spotyka się w
jego gabinecie z zastępującym go dy-rektorem Mirosławem W. Ten, mimo swej
niekompetencji, w sposób arogancki obraża wszystkich działaczy społecznych.
Koordynator po 12 minutach przerywa rozmowę i wychodzi.
Następnym krokiem jest próba dotarcia do prezydenta Jerzego K.
Strażnik miejski nie chce nawet dopuścić na kory-tarz prowadzący do
sekretariatu. Po ponad godzinnym czeka-niu udaje się w załamaniu korytarza
zamienić kilka słów z prezydencką asystentką Moniką K. Ona doradza złożenie
skargi. (c.d, w następnym numerze)
BEDESZ