michal19755
01.11.06, 12:04
Kilka zdań o polskiej szkole, w kontekście serii tragedii, które się
wydarzyły w ostatnim tygodniu (pisałem o brakach polskiej szkoły
wielokrotnie, ale nikt tego nie czyta; ministrami zaś zostają, ostatnio,
ludzie, którzy o szkole mają takie samo pojęcie jak „wszyscy goście cioci na
jej imieninach”, ale może tym razem...).
1. Polską szkołę niszczy (mocne słowo, ale właściwe) system tzw. awansu
zawodowego nauczycieli. Nie wchodząc w szczegóły (nie chcę męczyć
Forumowiczów), w tym systemie nauczyciel kontraktowy zarabia dwa razy mniej
od dyplomowanego, choć wykonuję tę samą pracę!!! Nie ma drugiej takiej
instytucji!!! Powtórzę: zakres obowiązków jest (w 99%) ten sam, a pensja
dwukrotnie niższa/wyższa!!! To oczywiście złamanie wszelkich reguł prawnych(o
zdrowym rozsądku nie wspominam). Bez komentarza pozostawię fakt, że
nauczyciele nigdy (!!!) nie zwracali się w tej właśnie sprawie do Trybunału
Konstytucyjnego. Dziwi mnie natomiast brak reakcji rodziców (o których
niżej). Otóż, dlaczego im jest wszystko jedno, jaki nauczyciel uczy ich
dzieci (teoretycznie wszak ten stażysta, czy kontraktowy uczy gorzej od
mianowanego, czy dyplomowanego) tego już pojąć nie mogę. Kilka lat temu na
dużej konferencji w Warszawie zaproponowałem m.in. żeby odejść od awansu
prof. Handke i wprowadzić podział na: nauczyciela stażystę (niechby się ze
dwa lata podszkolił w dydaktyce, poobserwował starszych kolegów, dopracował
swoich rozwiązań) i nauczyciela po prostu (który powinien się szkolić po to,
żeby lepiej uczyć i być po prostu „atrakcyjniejszym” pracownikiem). Dostałem
owację od wójtów, burmistrzów, prezydentów (tzw. organy prowadzące), kilku
profesorów i polityków... I cisza (plus amatorzy u władzy).
2. Polską szkołę niszczą nauczycielskie przywileje. Dlaczego nauczyciel
odpoczywa dwa miesiące letnie, tak jak jego uczniowie? Dlaczego czas wakacji
nie jest wykorzystany do dokształcania (nie trzeba godzić wtedy studiów, czy
kursów z przygotowaniem do zajęć dydaktycznych)? Dlaczego choć tydzień/dwa
nie jest poświęcony na pracę z młodzieżą mającą kłopoty z nauką, czy tzw.
trudną? Bóg raczy wiedzieć. Dlaczego dyrektor szkoły musi pytać nauczyciela o
możliwość hospitowania jego lekcji (niezłe co?)? Dlaczego nie może
nauczyciela rozliczyć z efektów pracy, które jego (dyrektora) szkoła założyła
sobie w danym roku; nie może bowiem nauczyciela (zatrudnionego na czas
nieokreślony w oparciu o mianowanie) zwolnić (choćby był to
belfer „dyplomowany” od lat paru i od tego samego czasu leniwy do sześcianu-
bo niby co mu można zrobić...)? Dlaczego nauczyciel wf-u pracuje 18 godzin
dydaktycznych w tygodniu, tak samo jak polonista (choć ten drugi chyba trochę
więcej czasu musi poświęcić na przygotowanie się do zajęć)? Dlaczego nikt nie
rozlicza się z 40 godzinnego tygodnia pracy? Dlaczego, dlaczego, dlaczego...
3. Polska szkoła jest sfeminizowana. Faceci, którzy w niej uczą to:
nieudacznicy po prostu albo nieudacznicy pasjonaci. Przyczyna jest prosta:
pensja nauczyciela zaczynającego pracę jest żenująca. W ogóle pensja belfra
jest żenująca. Efekt: uczeń rzadko widzi nauczyciela czytającego gazetę. Bo
nauczycielki gazety czytają rzadko, a facetów jest niewielu. Uczeń rzadko
widzi nauczyciela zaangażowanego społecznie, czy politycznie, bo... Uczeń
rzadko widzi więc nauczyciela, któremu na czymś zależy. Nauczycielki
pracujące w szkole: są żonami swoich mężów, więc ich pensja stanowi miły
dodatek do kasy męża; są samotne (odsetek panien i wdów wśród nauczycielek,
to kolejny temat tabu) i szkolna pensja jest dla nich wszystkim, co mają; a
to rodzi (obok samotności) gigantyczne frustracje (pamiętam zeszłoroczne
zakończenie klas trzecich i uczniowski skecz, w którym pada m.in. zdanie
o „bucikach z Tuszyna za 40 złotych”). Nie jest moim celem obrażanie swoich
koleżanek (i kobiet w ogóle). Zachwiane jednak zostały proporcje (płci) i to
jest po prostu złe.
4. Niskie pensje są zmorą polskiej szkoły. Dziura budżetowa jest wielka, więc
jedyną szansą na nauczycielskie podwyżki jest podwyższenie nauczycielskiego
pensum do 25 godzin dydaktycznych w tygodniu (przy okazji można by
dokonać „selekcji” belfrów).
5. Polską szkołę niszczą związki zawodowe: ZNP i NSZZ Solidarność. Żaden
program naprawienia czegokolwiek nie został napisany ręką związkowca.
Związki ograniczają się jedynie do wściekłej obrony nauczycielskich
przywilejów, przez co utrzymują część szkolnych patologii. A etaty związkowe
kosztują.
6. Polską szkołę niszczy brak nadzoru dydaktycznego. Dyrektor hospituje
nauczyciela (jak już ten się łaskawie zgodzi) raz/dwa razy do roku.
Inspektorzy oświaty (z wydziału) też są w szkole od święta. Kuratorium też
nie ma czasu. Przez to, nauczyciel (pomijam elitarne licea, w których nadzór
obok dyrektora, sprawują sami uczniowie-bo im już po prostu zależy) może
swoje lekcje odbębniać (spiesząc się do innej szkoły-bo jakoś trzeba sobie
wmówić, że aż tak wielkim nieudacznikiem się nie jest).
7. Dodatek wychowawczy w szkole (łódzkiej) to jakieś 30 złotych. Opiekun
zespołu (bo wychowawcami są zgodnie z ustawą wszyscy nauczyciele) powinien
odwiedzać swoich podopiecznych w domu. Wspomagać rodziców,
psychologo/pedagoga, kuratora (jeśli jest) itd. Wychowawca ogranicza się
jednak najczęściej do pilnowania dokumentacji (dopust Boży-vide kasa!). Bo w
papierach wszystko się wszak musi zgadzać.
8. Nikt nie wie, dlaczego nauczyciel nie pracuje w szkole od 8-mej do 16-tej.
Dlaczego nie może w szkole przygotować i sprawdzić prac pisemnych (są zawsze
jakieś wolne sale), będąc przez osiem godzin do dyspozycji ucznia, dyrektora,
rodzica. Może związkowcy wiedzą, ale nie mówią...
9. Słabością polskiej szkoły są polscy rodzice (nie wszyscy, ale wielu). Nie
przypominam sobie, żeby któryś z rodziców zainteresował się programem przeze
mnie realizowanym (a mają prawo go opiniować). Nie przypominam sobie żeby
jakiś rodzic interesował się kwalifikacjami belfrów mających uczyć jego/jej
pociechę (a chyba jest różnica, czy Jasia uczy Pani Jola z 10 letnim stażem i
ukończonymi trzema kierunkami studiów podyplomowych, czy Pan Tomasz, co
dopiero zaczyna). Żeby się nie rozwodzić (i nie pisać o patologiach-czyli np.
matkach, które nie zauważały, że ich konkubenci gwałcą ich córki, albo, że te
córki się prostytuują na Bałuckim) napiszę krótko: rodzicom się nadzwyczajnej
w świecie nie chce.
10. Polską szkołę niszczy tabu demokracji (swoiście pojmowanej). Ludziom się
wydaje, że równi oznacza tacy sami (mniej więcej). Dlatego prości (albo wręcz
prymitywni) rodzice przestali się krępować, że są prości i żądają dla siebie
praw do... zagłaskiwania. Takoż i dla swoich dzieci. Nie można więc
podyskutować o Jasiu bez ogródek. Trzeba kluczyć. Rodzic (prosty) nie rozumie
jak działa rynek i dlaczego chirurg (w normalnym kraju) zarabia więcej od
obsługującego wózek widłowy. Zresztą skoro Begerowa może być posłanką...
Efekt jest taki, że skoro wszyscy są równi i brak punktów odniesienia (tzw.
autorytetów), to właściwie każde zachowanie, każda preferencja, każda
biografia jest tak samo dobra. Mamusia ogląda ciurkiem seriale, to jak córcia
ma czytać klasyków. Gdyby jeszcze ta pierwsza zdawała sobie sprawę, że jej
preferencje są jednak jakoś tam gorsze od preferencji „pani od polskiego”
(zakładając, że ta seriali nie ogląda-co jest tezą ryzykowną), ale gdzie tam!
Dzisiaj Mandaryna jest taka samo wartościowa jak Mozart. I już.
Zdjęcie majtek koleżance i gwałt to tylko „wygłupy”. Wszystko wszak jest
normalne... I to jest wielki problem polskiej szkoły-nie mniej ważny, niż
pozostałe...
Augustyn-nauczyciel XII LO i XVI Gimnazjum w Łodzi