deterrent
01.08.03, 22:24
Ponieważ ten tekst będzie bardzo agresywny, na wstępie chciałbym wyjaśnić,
skąd u mnie aż taka zajadłość i wściekłość. To proste.
Głosowałem na Jerzego Kropiwnickiego w wyborach bezpośrednich. Moim zdaniem
daje mi to prawo do zrezygnowania z owijania w bawełnę tego, co leży mi na
sercu.
Polityka to sztuka wpływania na losy ludzi. W demokracji jedynym przejawem
władzy narodu są wolne wybory. Jednak nazwanie ich wolnymi jest poważnym
nadużyciem. Gdzie jest wolność, jeżeli musimy wybierać pomiędzy Jagiełłą a
Kropiwnickim?
Cztery lata władzy SLD w naszym mieście przyniosło tragiczne skutki.
Dziesiątki milionów złotych bezsensownie wydane na nieprzystające do
infrastruktury CitiRunnery, wielki wyścig mniejszych i większych afer,
wzajemne wspieranie członków mafii, naciągane prace magisterskie...
Najważniejsze jest jednak gigantyczne zadłużenie, które pozostało po rządach
chłopców Kanclerza. Nie mam zielonego pojęcia na co można wydać kilkaset
milionów złotych bez jakiegokolwiek efektu. Nadal jadę do pracy dziurawą
drogą, obwodnica (Al. Włókniarzy) rozsypuje się w oczach, budżet kultury i
nauki przyprawia o mdłości. Ale fakt jest faktem: przejedzono ogromne
pieniądze, które będą spłacać wszyscy Łodzianie. Ja chyba nie, bo poważnie
noszę się z myślą o ucieczce z tego miasta, które dotychczas było moim
ukochanym, ale wciąż udowadnia, że jest z gruntu Złe.
Jedynym liczącym się kontrkandydatem Pana O Wiekowym Nazwisku był Jerzy
Kropiwnicki. Ekonomiczny szaleniec, porażający głupotą społeczny
fundamentalista, kochający lizusostwo megaloman. Tak, znałem wszystkie jego
wady, gdyż jego przedziwnej i możliwej tylko w kraju nad Wisłą karierze
przyglądałem się od lat.
Stwierdziłem jednak, że moje miasto nie wytrzyma kolejnych czterech lat
grabieżczych rządów, nie utrzyma armii kolesiów, nie przetrwa ekonomicznej
zapaści.
Po pierwszej części wyborów do Rady Miejskiej wiedziałem już, że większość
zdobyło SLD. Wniosek był moim zdaniem logiczny: prezydentem powinien zostać
ktoś z przeciwnej strony barykady. Po to, aby obie strony trzymały się w
szachu, wynajdywały na siebie wzajemnie kwity, dowody, wypuszczały ploty i
plotki. Po co? Po to, by żadna ze stron więcej nie kradła. Aby bała się nie
tylko to zrobić, ale nawet o tym pomyśleć.
Bo nie zamierzam się łudzić, że pseudoprawica jest choćby o włos uczciwsza od
lewicy. Udowodniła to zresztą natychmiast, powołując na wysokie stanowisko
oszusta, który "chorując" pobierał jednocześnie wynagrodzenia oraz zasiłek z
ZUS. Z tego samego ZUSu, którym kieruje wdowa po ex-prezydencie z prawicy.
Kolejnym prominentem został dawny szef firmy ds. trupów, który stracił swoje
stanowisko ("składając dymisję") niedługo po tym, jak firma przestała
zarządzać niezwykle dochodowymi miejskimi cmentarzami komunalnymi. Do dziś
jestem pełen podziwu dla decyzji o przekazaniu ich Caritasowi. To była jedyna
organizacja, przeciwko której pazerna prawica nie mogła wystąpić.
Czerwona rada nie może zrobić niczego bez zgody prezydenta. Czarny prezydent
nie ma żadnej władzy, żadnego pomysłu na realizację swoich pomysłów (ufff!) i
musi skupiać się na sprawach podrzędnych, aby choć chwilami sprawiać
wrażenie, że cokolwiek w tym mieście może zrobić.
O konflikcie wokół Teatru Nowego pisali już chyba wszyscy, którzy mogli i nie
mogli; nie zamierzam się powtarzać.
O stadzie pseudodoradców, których głównym zadaniem jest stawianie się po
wypłaty również.
Pycha i arogancja w sprawie Parady Wolności oburzyła mnie, ale nie
zaskoczyła. Zdziwił mnie jednak brak odwagi cywilnej prezydenta, który bojąc
się dziennikarzy wysłał sepleniącego tancerza, który zapisał się w historii
Łodzi współtworzeniem Funduszu Dobrowolnych Świadczeń, pozwalającego na
legalne wpłacanie łapówek. Tak, tak, znam argumenty, że fundusz rozliczył się
co do złotówki i tak dalej. Zinstytucjonalizowana korupcja nie jest jednak
dla mnie lepszą odmianą korupcji. Nadal jest odrażająca moralnie.
Rozbawiła mnie tablica pamiątkowa związana z nadaniem papieżowi obywatelstwa
miasta. Przede wszystkim zaś rozbawił mnie megalomański podpis. "Tablicę
ufundował Jerzy Kropiwnicki". Szkoda, że nie napisano, że za pieniądze
miasta. Ale może jest za biedny lub zbyt sknerowaty, żeby wydawać własne
pieniądze na niewiele dla niego znaczące symbole. Tu jego chrześcijański
zmysł ekonomiczny zadziałał. :-)
Teraz Was zaskoczę.
Nie zdarzyło się jak dotąd nic, co przekonałoby mnie do zmiany zdania z
wyborów samorządowych. Traktuję to wszystko jako konieczny do poniesienia
koszt bezpieczeństwa finansów samorządowych. Milion w te czy we wte na
pensyjki naprawdę nie ma znaczenia.
Dzisiaj nadal zagłosowałbym tak samo: na Jerzego Kropiwnickiego.
Byłem przekonany, że tytułowi oszuści i głupcy nie są w stanie zaszkodzić
mojemu miastu. Krzyczę, gdyż widzę, że popełniłem w tych rachubach błąd.
Widzę, co za chwilę się wydarzy. Widzę, jak przypadkowy, bezmyślny zarząd
przygotowuje wrogą mojemu miastu decyzję o wyprowadzeniu ruchu lotniczego z
Lublinka.
Efekt tej decyzji nie jest zrozumiały chyba tylko dla prawicy. Łódź znajdzie
się z dala nie tylko od autostrad i sieci kolejowej, ale zaprzepaści ostatnią
szansę włączenia się w transportowy krwioobieg. Nie wiem, z jakiej partii są
ludzie rządzący Skierniewicami czy Rawą. Szkoda, bo może wyjaśniłoby mi to
powody działania zarządu Kropiwnickiego na szkodę Łodzi.
Zdaję sobie sprawę, że bezpośrednio władze miasta nie mogą ani pomóc ani
zaszkodzić takiej decyzji. Mogą tylko sabotować Lublinek i rozmowy z
przewoźnikami. W zasadzie jest mi wszystko jedno, czy będzie to LOT czy
Ryanair czy EasyJet. Chcę jednak dojechać na Lublinek i odebrać stamtąd
swojego biznesowego partnera.
Są decyzje mniejszym i większym formacie. Ciężkie działa należy wytaczać
wtedy, gdy sprawa jest wystarczająco poważna. Problem lotniska ma odpowiedni
gabaryt.
To jest ważniejsze od Parady Wolności. Choć jej upadek mnie boli, mimo, że
ani razu na niej nie byłem. Odebrano mi prawo wyboru, czy z tej oferty chcę
skorzystać. Odebrał mi je politruk ze Związku Nauczycielstwa Polskiego.
C'est la vie.