big_news
06.03.09, 15:36
Dziecię wyskoczyło z krótkich spodenek.
Całe dotąd życie jadło maminą pomidorową z makaronem. Albo z ryżem, na przemian.
Któregoś razu zostało zaproszone na obiad do kolegi. Mama tegoż podała na stół
zupę. Też pomidorową, ale różniła się ona nieco smakiem od tej dobrze znanej
naszemu bohaterowi, bo wzbogacona była listkami bazylii. Chłopak po powrocie
do domu stwierdził, że już w życiu nie tknie maminej zupy, o ile nie zacznie
ona pichcić z przepisu matki kolegi.
Któregoś dnia pojechał na jednodniową wycieczkę do oddalonego o 200 km miasta.
Zachwyciło go tam dosłownie wszystko. Na dzień dobry przedstawił mu się
tamtejszy, jakże różny od własnego dworzec kolejowy. Po wyjściu z niego
natychmiast uderzyła go jakże inna od tej, którą znał naście lat,
architektura. Zauroczony krętymi uliczkami, przytulnym ryneczkiem,
rozświetlonymi wystawami, tłumem, w którym nie rozpoznawał żadnej twarzy
skonstatował ze smutkiem, że kudy tam jego miastu rodzinnemu do tego grodu.
Minęło kilka lat. Facet skończył uczelnię, zaczął żyć na własny rachunek.
Urlopy na razie spędzał w kraju, wszędzie gdzie był, wszystko co widział,
otwierało mu oczy na nędzę miasta, w którym mieszkał. W rodzinnym gnieździe
trzymało go tylko to, że wciąż nie mógł zdecydować gdzie osiąść na stałe. Bo
co już pakował walizki i chciał zmienić meldunek, to wyruszał w nowe miejsce,
po której to eskapadzie rewidował wcześniejsze postanowienie.
Mijały lata. Coraz zamożniejszy facet zaczął wypuszczać się za granice kraju.
Wpierw odwiedził sąsiednią stolicę. Przeżył szok. To, co dotąd postrzegał jako
niedoścignione piękno od razu zbladło, zszarzało, stało się zaściankowe, wręcz
wewnętrznie się wstydził, że mógł tak naiwnie odbierać te swojskie klimaty.
Ale, że wiodło mu się coraz lepiej, nie poprzestał na wizycie w B. Następnego
roku zawitał do P., potem do R., w kolejce czekały M., S., i reszta. Czas
mijał, facet poznawał coraz dalsze zakamarki swojego kontynentu, zaczęło mu
być na nim ciaśniej i ciaśniej, ciekawy już był reszty świata. Ruszył na jego
podbój.
Szybko zapomniał o starej E. Jej przewidywalności, wręcz panującej tam nudy.
Zachłysnął się Nowym Światem. Wpierw tym odkrytym wcześniej, później przyszedł
czas na Antypody. Fruwał w tę i nazad, po drodze zatrzymywał się w najbardziej
egzotycznych miejscach. Posiwiał, ale trzymał się krzepko. Nigdy nie zaniechał
dbałości o tężyznę fizyczną, odżywiał się zdrowo, chociaż wciąż próbował
nowych potraw. Miał farta. Jego kariera zawodowa niezmiennie rozkwitała, forsy
jak lodu. Nieustannie szukał nowych przeżyć i wrażeń. Któregoś dnia doszedł
do wniosku, że jego Planeta to za mało. Tę już zna, pora spojrzeć na nią z
góry. Zapłacił ile trzeba, po zrobieniu wymaganych badań czekał już tylko na
miejsce w Statku.
Zawiadomienie przyszło szybciej, niż mógł się tego spodziewać. W ciągu trzech
dni był na miejscu. Wszystkie procedury przeszedł pomyślnie, dni mijały
błyskawicznie, Dzień Startu zbliżał się wielkimi krokami. Wreszcie ruszył!
Z zachwytem wpatrywał się w oddalającą Kulę. Jej barwy zaczęły się zlewać, po
niedługim czasie nie różniła się niczym od migoczących wszędzie wokół Statku
światełek. Był szczęśliwy. Pojazd płynął swobodnie. Zgłodniał. Wyjął z
zasobnika tubkę, na której był obcojęzyczny napis. Papka, którą z trudem
łykał, nie miała żadnego smaku. Wtem, zupełnie znienacka, przypomniał sobie
smak zupy, którą gotowała mu mama. Ślina zaczęła wypełniać jego gardło, chęć
skosztowania potrawy matki stawała się coraz bardziej natrętna. W jednej
chwili postanowił: wraca!
Wykonał kilka poleceń. Pokładowy komputer nie odpowiadał. Stwierdził, że stery
są zablokowane. Rzucił okiem w okienko. Błękitna Planeta nikła w oddali. Za
chwilę miał już jej nigdy nie zobaczyć...