Gość: Bolesław Magot
IP: *.punkt.pl / 217.153.196.*
08.03.04, 17:09
Zdecydowałem się napisać ten list, ponieważ uważam, że duch prawdy i
odpowiedzialności za wygłaszane słowa powinien górować nad emocjami, które
ujawniły się ostatnio w dyskusji na temat poglądów prezentowanych przez
wiceprezydenta Arkadiusza Karbowiaka. Z nadzieją sięgnąłem po merytoryczny,
jak mi się z początku wydawało, tekst Pani dr Danuty Berlińskiej pt „Nie mamy
nic wspólnego z partyjną rozgrywką”. Sądziłem, że Pani dr Berlińska
posiadająca tytuł naukowy jest właściwą osobą do zabrania głosu w tej
sprawie. Niestety po lekturze tekst nadzieja przerodziła się w zdumienie.
Uświadomiłem sobie bowiem, że w tej dyskusji zabiera głos osoba, która nie
posiada elementarnej wiedzy dotyczącej procesu norymberskiego oraz
obowiązującego w czasie II wojny prawa wojennego. Pani dr Berlińska była
uprzejma napisać, że rozstrzeliwanie partyzantów było pogwałceniem konwencji
genewskiej z 18 X 1907 roku. Pragnę wyjaśnić, że po pierwsze konwencja
podpisana w 1907 roku była konwencją haską, a nie konwencją genewską, po
drugie zaś w konwencji nie znalazły się w niej stwierdzenia uznające
partyzantów za osoby, które mogą korzystać ze statusu kombatantów. Pisze o
tym w swojej pracy pt. Jeńcy Wojenni: Studium Prawno-historyczne nieżyjący
już specjalista w dziedzinie prawa wojennego prof. Marian Flemming: ”..W
prawno-międzynarodowym podejściu do kwestii partyzanckiego ruchu zbrojnego od
dawna zdarzały się dwa przeciwstawne stanowiska. Państwa wojskowo silne,
zaborcze, odmawiały zgody na przyznanie partyzantom statusu legalnych
kombatantów i karały ich w razie ujęcia. Państwa mniejsze dążyły natomiast do
nadania partyzantom uprawnień przysługujących żołnierzom wojsk regularnych.
Ta kontrowersja wystąpiła silnie na obu konferencjach haskich, w latach 1899
i 1907, które opracowały zasady prawne dotyczące konfliktów zbrojnych. Wobec
braku możności zbliżenia stanowisk, problematyka ta została pominięta w
uchwalonych wtedy konwencjach. Dalej Pan profesor pisze” Przepisy prawa
międzynarodowego, obowiązujące w czasie II wojny światowej, nie dawały
partyzantom uprawnień przysługujących żołnierzom wojsk regularnych. Organy
przeciwnika, w których ręku znalazł się partyzant, mogły kierować się
wyłącznie przepisami prawa wewnętrznego swego państwa. Żadnych unormowań nie
zawierała obowiązująca w czasie tej wojny konwencja o traktowaniu jeńców z 27
lipca 1929 roku.” Uznanie partyzantów za stronę legalnie wojującą, nastąpiło
dopiero w uregulowaniach zawartych konwencji genewskiej podpisanej w cztery
lata po wojnie w 1949 roku (konwencja genewska z 1929 roku spraw tych nie
regulowała, o czym pisałem wyżej). Naturalnie Niemcy już w czasie wojny, w
obliczu tworzenia się masowego ruchu oporu zmuszeni zostali do zmiany swego
stosunku do partyzantów. Wyrazem tych zmian było zarządzenie władz wojskowych
podpisane 6 maja 1944 przez gen-płk Alfreda Jodla (należy przyznać rozkaz
ten, że często nie był przestrzegany). Nakazywał on traktowanie wziętych do
niewoli partyzantów jako jeńców wojennych wyłączając tych, który zostali
schwytani w mundurach niemieckich (występowanie w mundurach armii przeciwnika
jest w dalszym ciągu zbrodnia wojenną). Nieco wcześniej, bo już w 1943 roku
jako jeńcy wojenni zostali potraktowani serbscy partyzanci wywodzący się z
czetnickiego ruchu oporu.
Wracając do przytaczanej konwencji haskiej (w tekście pani doktor błędnie
pisze o genewskiej), to cytowane przez panią doktor artykuły odnoszą do
zupełnie innej kategorii regulacji. Dotyczą one bowiem możliwości stawiania
oporu armii wrogiej przez ludność cywilną na obszarach nie zajętych jeszcze
przez armię okupacyjną, a nie na obszarach okupowanych przez siły zbrojne
przeciwnika. Pisze o tym we wspomnianej już pracy profesor Flemming cytując
zapisy konwencji: „Ludność terytorium nie zajętego, która przy zbliżaniu się
nieprzyjaciela dobrowolnie(spontament) chwyta za broń, by walczyć z
wkraczającymi wojskami i nie miała czasu się zorganizować się….. będzie
uważana za stronę wojującą(beligerants), jeśli jawnie nosi broń i zachowuje
prawa i zwyczaje wojenne”. Sprawy te szczegółowo omawia prof. Kulesza w
ostatnim numerze Biuletynu Instytutu Pamięci Narodowej. Podkreśla on
legalność dokonanych egzekucji na niemieckich cywilach za ich udział w
zbrojnej dywersji w Bydgoszczy we wrześniu 1939 roku (zostali potraktowani
jak partyzanci) oraz bezprawność niemieckiego odwetu.
Oczywiście w analizach dotyczących statusu partyzantów jest także druga
strona medalu. Trzeba bowiem podkreślić, że w czasie wojny w sytuacji
realnego zagrożenia bytu narodowego racja stanu państwa zawsze stoi ponad
prawem międzynarodowym. Poza tym w Polsce mieliśmy do czynienia z sytuacją
szczególną, bowiem Niemcy sami nie przestrzegali praw i zwyczajów wojennych
łamiąc zasady prowadzenia wojny, więc strona polska również nie była zmuszona
ich przestrzegać. Represje skierowane przez niemieckiego okupanta wobec
polskiej inteligencji w początkowym okresie wojny, gdy nie było jeszcze
zbrojnego ruchu oporu i późniejsze działania eksterminacyjne powodowały, iż
polska partyzantka miała prawo do stosowania słusznego odwetu na
przedstawicielach i funkcjonariuszach niemieckich władz okupacyjnych, a nawet
na niemieckiej ludności cywilnej. Pisząc o tym chcę przypomnieć, że działania
te były zgodne z prawem wojennym (strona wojująca może stosować środki
odwetowe wobec przeciwnika chcąc zmusić go do zaniechania działań niezgodnych
z prawem wojennym) i do ich przeprowadzenia zmuszała sytuacja i postępowanie
przeciwnika. Wskazując na te fakty chcę podkreślić, że często autorytatywne
stwierdzenia formułowane przez osoby siedzące spokojnie w domu, bez
świadomości wojennych konieczności, są pozbawione sensu. Ogląd pewnych
wydarzeń będzie obiektywny tylko wówczas, gdy będzie wpisany w kontekst
sytuacji, do której się odnosi. Rzetelna ocena tamtych okrutnych czasów
dokonywana z punktu widzenia wartości humanistycznych jest bezproduktywna.
Natomiast twierdzenie, że podważanie prawomocności wyroku norymberskiego,
jest równoznaczne z kwestionowaniem sensu prowadzonej przez NSZ, AK, BCH
walki jest nadużyciem i prymitywną manipulacją (vide: stanowisko Zarządu
Wojewódzkiego Unii Wolności). To nie takie czy inne prawo wojenne ale prawo
do utrzymania lub odzyskania państwowości i konieczność zahamowania procesu
eksterminacji narodu była i zawsze będzie impulsem do podjęcia decyzji o
rozpoczęciu walki partyzanckiej. Dlatego polscy kombatanci mogą być dumni z
tego, co zrobili dla Polski.
Kończąc chciałbym podzielić się jeszcze jedną refleksją. By uczestniczyć w
dyskusji na konkretne tematy trzeba zapoznać się z fachową literaturą
przedmiotu. Obserwując dyskusję o Norymberdze mam wrażenie, że chodzi w niej
raczej o epatowaniem czytelników nieprawdziwymi stwierdzeniami, które swoje
źródła mają w emocjach a nie faktach. Ludziom z tytułami naukowymi, w imię
elementarnej uczciwości, robić tego po prostu nie wolno. Nie wolno też
stawiać znaku równości pomiędzy ewentualną egzekucją zbrodniarza wojennego
Saddama Hussejna, a zbrodniami popełnionymi przez NKWD w Katyniu. Takie
porównanie jest hańbiące i szarga pamięć naszych ofiar. Hussajn jest
zbrodniarzem i stawianie go na jednej płaszczyźnie z niewinnie pomordowanymi
w Katyniu to rzecz niebywała. Takie sugestie, choć są z pewnością wyrazem
pasji polemicznej dr Berlińskiej, kompromitują ją jako naukowca. Nie będę
jednak pisał listów otwartych do Instytutu Śląskiego i Uniwersytetu
Opolskiego z prośbą o odwołanie pani Berlińskiej ze stanowiska (a z moich
podatków pobiera pani doktor pensję), bo nie o to chodzi. Dobrze jednak by
się stało gdyby pani Berlińska uzupełniła swoją wiedzę historyczną przed
przystąpieniem do debaty, co na pewno przełożyłoby się na wyrażanie bardziej
wyważonych opinii mają