Gość: Kazmirz
IP: *.proxy.aol.com
20.11.03, 02:58
Biurotwór złośliwy
Tygodnik "Wprost", Nr 1095 (23 listopada 2003)
Biurokracja kosztuje nas 31,2 mld zł, czyli 7,5 mld dolarów rocznie
Zanim Margaret Thatcher została premierem Wielkiej Brytanii, powiedziała, że
gdyby nagle zwolniono z pracy 30 proc. urzędników, nikt oprócz samych
zainteresowanych by tego nie zauważył. Kiedy - już jako premier - tak właśnie
zrobiła, rzeczywiście nikt tego nie zauważył. W Polsce nikt nie zorientowałby
się, że zniknęła połowa, a może nawet 70 proc. urzędników. Byłby z tego za to
fundamentalny pożytek ustrojowy: faktyczną władzę przestałby sprawować - nie
wybierany przez obywateli - aparat urzędniczy. Zatem im mniej biurokracji,
tym więcej demokracji.
Półmilionowa armia biurokratów
Po 1989 r. rewolucja technologiczna objęła w Polsce pracę biurową. Prosta
logika wskazuje, że w administracji publicznej powinno zapanować masowe
bezrobocie. Nic takiego się nie stało. Chorą strukturę administracji
centralnej przejęliśmy po PRL i żadnemu rządowi III RP - mimo reformy centrum
przeprowadzonej przez Marka Pola za rządów Włodzimierza Cimoszewicza - nie
udało się sprawić, by stała się funkcjonalna. To rządy są odpowiedzialne za
rozdętą i niefunkcjonalną administrację, bo bez nich niemożliwe byłoby
potrojenie liczby urzędników w III RP. Czy można się jednak temu dziwić,
skoro dla rządzących to najwierniejszy elektorat, którego prawie 80 proc.
chodzi na wybory?
W Polsce utrzymujemy aż 520 tys. urzędników (w administracji państwowej,
służby zdrowia, ubezpieczeń, wojskowej itp.), czyli prawie 4 proc. wszystkich
zatrudnionych. Zakładając, że każdy z nich kosztuje podatników tylko 5 tys.
zł miesięcznie (pensja, wyposażenie biur, służbowe samochody, koszty
reprezentacyjne itp.), łatwo policzyć, że na biurokratów wydajemy co roku aż
31,2 mld zł, czyli więcej niż na ochronę zdrowia bądź edukację. Plany
budżetowe na przyszły rok zakładają, że tylko utrzymanie administracji
państwowej będzie kosztowało 9,4 mld zł (ponad 2 mld dolarów). To o 16 proc.
więcej niż w tym roku. Od 1997 r. przybyło nam 142 tys. nowych biurokratów.
Ilość oczywiście nie przechodzi w jakość - jak wynika z badań Pentora
dla "Wprost", 70 proc. Polaków źle ocenia pracę naszych urzędów i urzędników.
Na palcach jednej ręki można policzyć urzędy, które nie zwiększają
zatrudnienia. Burmistrz Malborka Jan Tadeusz Wilk zatrudnił jedynie dwie
osoby (znające biegle języki obce) - pomagające miejscowym biznesmenom w
nawiązywaniu kontaktów zagranicznych. Od lat zatrudnienie nie wzrasta też w
Urzędzie Miasta w Sopocie. Jak mówi prezydent Jacek Karnowski, urząd
koncentruje się na zwiększeniu inwestycji, a nie stanu zatrudnienia.
Urzędnicze dwory
"Każde książątko chce mieć swych paziów, paziami są całe zastępy urzędników
różnych rang, wyspecjalizowanych we wszystkich rodzajach służb, jakie tylko
wyobraźnia zwierzchników potrafi wykoncypować" - tłumaczył sto lat temu
rozwój biurokracji francuski ekonomista Henri Fa-yol. Aleksander Kwaśniewski
i Leszek Miller zafundowali sobie dwory liczniejsze, niż mieli Władysław
Jagiełło czy Stanisław August Poniatowski - łącznie zatrudniają ponad tysiąc
osób. W II Rzeczypospolitej prezydenci zatrudniali nie więcej niż 40
urzędników. W latach 1990-
-1995 Lech Wałęsa potrzebował już 100 osób. Wszystkich przebił jednak
prezydent Aleksander Kwaśniewski, którego obsługuje ponad 600 osób. Równie
ekstrawagancki jest premier Leszek Miller: w jego kancelarii pracuje 556
urzędników. Przedwojenni szefowie rządów zadowalali się 40-70 urzędnikami.
Choć wydaje się to niemożliwe, pod względem rozbudowy administracji
centralnej bijemy na głowę nawet Francuzów uchodzących za niedoścignionych
mistrzów biurokracji. We Francji istnieje tylko 32 ministrów, sekretarzy i
podsekretarzy stanu, w Polsce jest ich aż 86. Wicepremier Jerzy Hausner
zapowiada wprawdzie zmniejszanie liczby etatów w administracji, ale jego
zamierzenia to leczenie raka wodą mineralną. - Gdy usłyszałem o planie
redukcji 56 stanowisk, byłem pewien, że Hausner zapomniał dodać
słowo "tysięcy". Ogłaszanie takich pseudoplanów i oczekiwanie na aprobatę to
zwykła bezczelność - mówi prof. Michał Kulesza z Wydziału Prawa i
Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, twórca reformy samorządowej z 1999
r.
Rodzimi obrońcy biurokracji lubią się powoływać na to, że na przykład w
Japonii aż 8 proc. zatrudnionych pracuje w administracji, a we Francji i
Niemczech - nawet 18-20 proc. Tyle że te państwa są bogate, więc z rakiem
biurokracji mogą żyć. A i to do czasu: w Niemczech 25 lat temu utrzymanie
centralnych urzędów kosztowało (w przeliczeniu) 30 mln euro rocznie, a teraz
suma ta wzrosła do 60 mld euro. Jak długo jeszcze Niemcy wytrzymają takie
obciążenia? Mamy przecież inne przykłady: w Stanach Zjednoczonych urzędników
jest dwa razy mniej niż w Europie (w stosunku do liczby obsługiwanych
obywateli). Czy nie dzięki temu m.in. podatki są tam o 30 proc. niższe niż na
Starym Kontynencie, bezrobocie nie przekracza 4 proc., zaś wydajność pracy
jest o 20-30 proc. wyższa niż we Francji, Włoszech czy Niemczech?
Najgorsze urzędy w Polsce
- Stanowiska w administracji, zwłaszcza samorządowej, mają przede wszystkim
sprawiać satysfakcję i zapewniać komfort ludziom je zajmującym: krewnym,
aktywistom angażującym się w kampanię wyborczą, kolegom z partii. Stanowisko
to dla nich zapłata za wierną służbę. Tyle że jest to zapłata z kieszeni
podatnika - mówi prof. Witold Kieżun z Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości im.
Leona Koźmińskiego w Warszawie. Administracja jest politycznym lennem,
umożliwiającym zatrudnianie swoich (często członków rodziny), co ma
szczególne znaczenie w rejonach o wysokim bezrobociu, gdzie urzędy są
najważniejszym pracodawcą. Syn kieleckiego starosty Stefana Strojnego został
specjalistą ds. Unii Europejskiej w Powiatowym Zarządzie Dróg. Teodor
Krzemiński, członek zarządu kieleckiego powiatu ziemskiego, załatwił swojej
rodzinie wyłączność na dotacje na uprawy lasu w gminie Chęciny. Remigiusz
Promny, szef Miejskiego Zarządu Budynków w Opolu, wydzierżawił słupy
ogłoszeniowe firmie swojego szwagra. Takich przykładów są tysiące.
- Mnożenie urzędniczych posad zwielokrotnia możliwości korupcji i
jednocześnie paraliżuje system decyzyjny. Mnogość przepisów i urzędników
różnych specjalności nie tylko wydłuża czas obsługi petenta, ale sprawia też,
że urzędnicy zaczynają sobie wzajemnie przeszkadzać w jego załatwieniu - mówi
Stefan Bratkowski, publicysta, pisarz, historyk. Ze skarg do rzecznika praw
obywatelskich oraz spraw przegranych przez urzędy i urzędników w Naczelnym
Sądzie Administracyjnym wynika, że złych urzędników jest dwudziestokrotnie
więcej niż dobrych. Badania przeprowadzone na zlecenie "Wprost" przez Pentor
dowodzą, że najgorzej funkcjonują urzędy w Podlaskiem, Małopolskiem,
Dolnośląskiem, Łódzkiem i Lubuskiem, gdzie zaledwie co szósty, siódmy
obywatel jest zadowolony z ich pracy. W dziesięciu województwach zaledwie co
czwarty obywatel dobrze ocenia pracę urzędów. W żadnym województwie urzędy
nie cieszą się dobrą opinią większości mieszkańców (w najlepszym - lubelskim -
pozytywne oceny wystawia 40 proc. obywateli).
Fatalnych urzędników ma (rozsławiony aferą) powiat starachowicki. Odwołany
niedawno starosta Mieczysław Sławek przebywa w areszcie za współpracę z
mafią. Źle funkcjonuje administracja Czorsztyna, gdzie wójtowi gminy Markowi
Koterbie zarzucono branie łapówek w wysokości setek tysięcy złotych. Nie
lepiej pracuje administracja Iławy, której burmistrz Jarosław Maśkiewicz jest
podejrzany o to, że wspólnie ze swoimi urzędnikami wyłudził dotację na
fikcyjną inwestycję. Podobnie jest w Jędrzejowie. Burmistrz Jędrzejowa Leszek
Kapcia jest podejrzewany o sfałszowanie uchwały rady miejskiej w sprawie
wysokości podatków. Kiepskich urzędników ma starostwo w Rykach, gdzie
staros