rene2
18.03.02, 18:39
W niedzielę wieczorem moja znajoma wracała ok. godz. 21 do domu. Tuż przy SP nr
16 (blisko Spóldzielczego Domu Kultury) napadło ją dwóch młodych ludzi,
szarpali, bili, próbowali wyrwać torebkę. broniła się i krzyczała, z daleka
biegł jakiś mężczyzna, więc się spłoszyli. Uciekają grozili, że spotkają się
nastepnym razem. dziewczyna była zszokowana, bo mieszka parę kroków obok, czuła
sie, jakby ją ktoś napadł niemal w mieszkaniu. Zgłosiła napad na policji, ale
oczywiście nic - poza notatką - nie zrobili. Ton beznamiętny, brak szkód, nikt
nie ucierpiał itd. I o co mi chodzi, zapytacie? Otóż o to, że zaczynamy się
przyzwyczajać, że coś, co jest obok, a nas nie dotyka, to jest OK, nie warto
lub nie można tego zmienić. Dopiero jak sami (lub ktoś najbliższy) dostajemy od
bandyty w łeb, to zmieniamy zdanie, szalejemy, grozimy, poruszamy znajomych,
media itd. Zupełnie, jak z chorobą.