azirkowa
01.07.05, 13:01
Traf chciał, że wczoraj wyszłam z pracy nieco później. Przejechałam
samochodem most przy katedrze i jako pierwsza zatrzymałam się na czerwonym na
skrzyżowaniu Solna-Garbary, gdzie ruch był duży jak zawsze. Nagle zobaczyłam
czarnobiałego kota, który miotał się między jadącymi autami. W pewnej chwili
dostał się między koła rozpędzącego auta. - Już po nim - pomyślałam. Ale nie,
wyskoczył stamtąd, zatrzymał tuż przy kole innego wozu. I tak cały czas aż do
zmiany świateł, nikt nawet nie zwolnił, każdy myślał tylko o tym aby
jechać dalej .
Teraz miała ruszyć nasza strona. Jechałam wolno aby zwolnić ruch, na
szczęście kierowca samochodu z prawego pasa wpadł na ten sam pomysł. Kot był
przede mną na moim pasie całkowicie ogłupiały. Cud, że w ogóle żył.
Pomyślałam, że pewnie jest w szoku, dostał w łeb i pewnie i tak za chwilę
gdzieś padnie. Szedł zygzakiem. Moja wolna jazda dała mu czas aby czmyhnąć w
lewo na pas zieleni.
Pojechałam dalej aby dłużej nie tamować ruchu, bo jakby za mną zaczęli
trąbić, to mógłby się wystraszyć i ponownie skoczyć pod samochód.
Było mi go bardzo żal, a świadomość, że może właśnie gdzieś tam kona, nie
dawała mi spokoju. Objechałam więc tą całą Solną, postałam w korku i po
pewnej chwili znalazłam się z powrotem na skrzyżowaniu. Spojrzałam na skwerek
w poszukiwaniu kota lecz wszystko wskazywało na to, że go tam nie ma.
Znalazłam jakieś miejsce do zaparkowania i zdążyłam jeszcze powiedzieć
policjantkom municypalnym które AKURAT W TEJ CHWILI były na miejscu, że
właśnie idę ratować kota i że nie mam opłaty za parking. Cud się stał, ale mi
odpuściły.
Z wyjątkowo jak na mnie z pesymistycznym nastawieniem, ruszyłam na
poszukiwania. Za pniem drzewa zbaczyłam czarny koci zadek. - Nie żyje! -
pomyślałam. Podeszłam ostrożnie. Para wielkich oliwkowożółtych oczu patrzyła
na mnie z przerażeniem.
Wróciłam do auta po koc, który na szczęście miałam ze sobą. Poczekałam na
zmianę świateł, aby na Solnej było mniej aut, bo nie wiedziałam jak kot
zareaguje gdy nagle coś go przykryje i w stosownej chwili zarzuciłam koc na
niego. Poszło mi niespodziewanie dobrze i po chwili zapakowanego w gruby koc
kota miałam w samochodzie.
Postanowiłam zawieźć go do weta. Przez cała drogę koc nie dawał znaku życia.
Nie byłam pewna, czy kot jeszcze żyje i w jakim stanie dowiozę go do
lecznicy. Tam na szczęście nie było wcale pacjentów i po chwili kotek został
zbadany przez weterynarza. Z ogólnych oględzin wynikło, że farciarzowi
najprawdopodobniej nic się nie stało. Raczej nie jest połamany. Dostał jednak
zastrzyki przeciwbólowe i przeciwzapalne. Wet zalecił obserwować go bo nie
wiadomo, czy nie ma jakichś uszkodzeń wewnętrznych. Z uwagi na to, że mam w
domu agresywnego kota, który mógłby go zaatakować, odwiozłam biedaka do
schroniska.
Dzwoniłam dzisiaj, kotka czuje się dobrze i po zakończeniu obserwacji będzie
mogła trafić do adopcji. ZOstanie odrobaczona, zaszczepiuona i prawdopodobn
ie wysterylizowana. Zależy mi bardzo, aby po tym dramatycznym incydencie na
skrzyżowaniu znalazła troskliwe ręce. Kotka jest bardzo łagodna, tak
powiedział opiekun ze schroniska. Nie chcę aby do końca życia przebywała w
poznańskim schronisku przy ul. Bukowskiej, nie po to ją tam zawiozłam :(!!!
A może ktoś słyszał o zaginionym czarnobiałym kocie? Ten wygląda na domowego!