Dodaj do ulubionych

Nie daję sobie rady, no nie daję...

13.01.08, 02:33
Już minęło ponad 1,5 roku od mojego porodu.. A ja nadal nie mogę tego
wszystkiego pojąć...
Nie daję rady tego znieść.. Nie pojmuję tego bólu, upokorzenia... Tego leżenia
na wznak i parcia, pełnego bólu, przeciwnie do zasad, jakich się nauczyłam
wcześniej..... Nie zniosłam tego lekceważenia przez położne, tego bólu bez
zrozumienia i tego cierpienia rodzacej... Nienawidze ich za to...
Nienawidzę szpitala na Jarochowskiego - dzięki nim przeżyłam koszmar...
Nienawidzę położnej, która tak mnie okaleczyła, że do dziś czuję ból.. Żałuję,
że nie byłam bardziej zdecydowana, że nie protestowałam, że dałam się naciąć.
Nienawidzę ich za to !
Do dziś mam kłopoty ze sobą, kilkukrotne próby samobójcze, pobyt w
psychiatryku, depresja i anoreksja bulimiczna....
Nienawidzę ich za to, jaki los mi zszykowali... Chciałabym ten szpital
rozwalić jakąś siłą, aby przestał istnieć....
Ryczeć mi się chce....
Obserwuj wątek
    • izula.2 Re: Nie daję sobie rady, no nie daję... 13.01.08, 20:28
      Cześć! Współczuję Ci i mam nadzieję że masz kogoś na kim możesz się
      wesprzeć w trudnych chwilach.Spróbuj z kimś pogadać i poproś o
      pomoc.Zawsze po tych złych chwilach nadchodzą dobre i ja w to
      wierzę.Trzymam kciuki!!!
      • geospiza Re: Nie daję sobie rady, no nie daję... 14.01.08, 11:12
        Mam męża, który stara się mnie wspierać, jest przekochany.. Ale nie o wszystkim
        wie, może i nie wszystko zrozumie...
        Boję się teraz wszystkiego, każdego pobytu w szpitalu.. Chyba mnie to będzie
        czekać, jak tak dalej będę szkodzić swojemu zdrowiu.. Nie wiem... Mam lęki i
        napady paniki, oczywiście jestem pod stałą opieką psychiatry, ale leki nie
        wyeliminują wspomnień. Czasami po prostu chce mi się wyć z bezsilności.....
        Nigdy już nie postawię nogi w św. Rodzinie. Najgorszy szpital z możliwych,
        nienawidzę ich...
        • izula.2 Re: Nie daję sobie rady, no nie daję... 14.01.08, 12:23
          Witam!Cieszę się ze mąż jest z Tobą nie każdy ma to szczęście doceń
          to i ciesz się małymi rzeczami to pomaga wiem że jest to nieraz
          ponadsiły ale próbuj!Musisz się uwolnić od myśli o szpitalu bo widzę
          że to nie daje Ci żyć a życie może być piękne ale to tylko zależy
          od nas samych czy takie będzie.Wierzę w Ciebie!Pozdrawiam
          • madziajaw1 Re: Nie daję sobie rady, no nie daję... 14.01.08, 13:21
            Ale co tak naprawdę się stało podczas pobytu w szpitalu? Prawdę mówiąc nie
            bardzo rozumiem to co wypisujesz... Tyle kobiet rodzi dzieci i jakoś się zbiera
            po tym. Ja sama przeszłam niezłe piekiełko bo rodziłam prawie 3 dni - ale jak
            zobaczyłam moje dziecko to zapomniałam o całym bólu...
            • geospiza Re: Nie daję sobie rady, no nie daję... 14.01.08, 14:57
              Ja chciałam jak najlepiej dla nas.. Dla mnie i dla mojego dziecka.. Niestety,
              zostało mi to odebrane zaraz na początku...
              Nie wiem, jak inne kobiety to znoszą, ale dla mnie ból porodu był niczym w
              porównaniu, jaki ból mi zafundowała, no przepraszam - pseudo-położna !
              O porodzie wiedziałam już wiele, przygotowywałam się od wielu miesięcy.
              Drukowałam nawet opinie WHO o nacinaniu krocza, chciałam wszystko przeżyć
              zgodnie z medycznymi przełankami... Nie pozwolono mi..
              Po pierwsze - kazano mi leżeć na wznak - wbrew wszelkim fizjologicznym regułom -
              po prostu tak sobie wymyślili..
              Potem, podczas parcia, oczywiście popękałam, miałam założone w narkozie z 17
              szwów i nie mogłam się ruszyć...
              Wywalono mnie na dół, na ginekologię, bo i tak niby, dzięki nim, nie mogłam mieć
              kontaktów z dzieckiem i przez kilka dni Go nie widziałam - nie mogłam karmić
              piersią...
              :( Nie przynosili mi Go, nie chcieli mnie na połoznictwie, wysłali mnie na
              parter, na ginekologię, bez kontaktu z maluchem.... a ja buntowałam się i
              cierpiałam i nie mogłam ani zobaczyć synka, ani go karmić, jak jakaś wyrodna
              matka.... :(
              A ja sobie w samotności cierpiałam i płakałam, chciałam umrzeć.. Wszystko było
              dobre, aby zlikwidować ten największy ból.... Płakać mi się chce nadal....


    • nana279 Re: do geospiza 14.01.08, 13:46
      wejdz na pocztę gazety pl.
    • nelly123 Re: Nie daję sobie rady, no nie daję... 14.01.08, 17:17
      Czesc, bardzo Ci wspolczuje tych dramatycznych wspomnien i chwil spedzonych na
      porodowce. Ja chcialam tam rodzic (termin na 28.02), moglabys mi podac kogo z
      poloznych i lekarzy unikac.Pozdrawiam trzymaj sie
      • wieland.com Re: Nie daję sobie rady, no nie daję... 15.01.08, 17:56
        No cóż ja swojego porodu też zbyt miło nie wspominam ale było minęło
        musisz to zrobić dla siebie ale przedewszystkim dla dziecka bo to
        jemu jesteś teraz bardzo potrzebna.Masz depresję i to głęboką i
        musisz ją wyleczyć ale tabletki tu niewiele dadzą musisz sobie coś
        wytłumaczyć i w końcu pomału wygrać z tym wiem co mówię i wierzę że
        ci się uda ściskam z całego serca
      • eeffkkaa Re: Nie daję sobie rady, no nie daję... 25.01.08, 21:03
        Bardzo współczuję tej biednej Mamie, ale ja rodziłam w św Rodzinie
        16 stycznia 2008 r., a i w październiku miałam tam zabieg pod
        narkozą i, o ile można miło wspominać pobyt w szpitalu, jestem
        bardzo zadowolona. Poród miałam ciężki, duże rozwarcie, a maluch
        wyskoko. Męczyli się wszyscy, ale miałam tam wynajętą położną i ona
        nie dał mi krzywdy zrobić, trafiłam na doktora Stoińskiego, pięknie
        mnie pozszywał, rodziłam rano a po południu już mogłam siadać bez
        żadnych problemów. Także nie zniechęcaj się.
    • beatiness Re: Nie daję sobie rady, no nie daję... 26.01.08, 08:09
      staraj się o tym juz nie myśleś,Twoje dzieciątko Ciebie potrzebuje...
    • mama2b geo 27.01.08, 23:23
      A napisz jeszcze w jakiej formie psychicznej bylas przed porodem?
      Chcialas dziecka? Bo moze to wszystko u ciebie nie zostalo wywaloane
      tylko tym porodem?
    • 987ania Re: Nie daję sobie rady, no nie daję... 28.01.08, 10:33
      Sama nie dasz rady, nawet z mężem. Wiele kobiet ma depresję związaną z porodem.
      Koniecznie idź do psychiatry i na psychoterapię. Nie męcz się.
      • papilio.ego Re: Nie daję sobie rady, no nie daję... 01.02.08, 14:58
        podzielam opinię poprzedniczki - lepiej pójdź do psychologa, bądź psychiatry, bo
        sama nie dasz rady.
        Nie znam szczegółów Twojej nienawiści do tego szpitala, ale postaraj się nie
        wracać do tego. Było, minęło. Trzeba dać krok do przodu, a nie cofać się i
        oglądać za siebie.
    • geospiza Moja historia.... 09.02.08, 04:39
      Witajcie...
      Musze to w końcu napisać, bo nigdzie jakoś wysłowić się nie mogę, a jak wyrzucę
      to z siebie,

      to może i ulgę lekką poczuję...

      Zacznę może od dobrych rzeczy.. Nie wiem, czy to moje gorliwe modlitwy, czy
      jakaś siła

      wyższa... Ale Bóg wysłuchał mych próśb i na samej porodówce miałam już 7 cm
      rozwarcia, a

      samych bóli partych niecałe 45 minut.. Gdyby nie to, chyba bym umarła... Jak tak
      teraz

      wspominam, po 1,5 roku, ból to jest niewyobrażalny, ale nie równa się niczym z
      cierpieniem,

      jakie mi zafundowali ci "wspaniali" lekarze i te "wspaniałe" położne z tego
      szpitala...

      Opowiem to bardzo skrótacyjnie.. Ba, o ironio... Toż to zaledwie skrót !
      Wybaczcie, że tak

      nieco bezemocjonalnie, ale nie chcę zalać klawiatury łzami.... Do dzisiaj mną
      trzęsie na to

      wspomnienie, dostaję spazmów, duszności i ogólnie mam ochotę... Nie powiem na
      co.. W każdym

      razie, ileż ja razy się cięłam, ile razy zażywałam w nadmiarze środki
      uspokajające, nasenne,

      tego już chyba nikt nie zliczy, ja też straciłam rachubę...

      Przepraszam za chaotyczność, ale muszę... Może jednak nie nazbyt skrótacyjnie,
      ale na pewno

      w pełni....
      Pierwszy raz to opisuję w całości...

      Wszystko zaczęło się niewinnie...
      Wizyta, planowana, u ginekologa, tego dnia... To był 36 tydzień ciąży. Dodam, że
      wcześniej

      leżałam już, w 30-tym tygodniu na Polnej, bo miałam rozwarcie 1,5 cm i gin się
      obawiał

      przedwczesnego porodu.. Ileż to się wtedy stresów najadłam, ileż trwog... Tego
      nikt nie

      zliczy... W dodatku ta atmosfera tam panująca... Jak ja co chwila słyszałam
      dziewczyny

      wyjące przy parciu, a potem głos pielęgniarek: "panie doktorze, do szycia", to
      mną ciarki

      przechodziły... Nie mogłam tego znieść i się cieszę, że po dobie obserwacji mnie

      wypisali....
      No nic, poszłam w 36. tygodniu do ginekologa na kontrolę... A ten mi oznajmił,
      że wystawia

      mi NATYCHMIAST skierowanie do szpitala, bo mogę urodzić w każdej chwili, bo
      rozwarcie 3 cm i

      żebym tylko trafiła na czas na oddział...
      Pomyślałam sobie, spoko.. Wróciłam do domu, połozyłam się do łóżka, którego nie
      opuszczałam

      (prawie od 2 miesięcy, ale stres zawsze mi towarzyszył, między innymi teściowa
      mnie nerwowo

      wykończyła, no i brak moich leków antydepresyjnych...), zawiadomiłam męża... Z
      trudem się

      ogoliłam - nie wiem, co mnie napadło, jakieś przeczucie...
      Potem pojechaliśmy do szpitala...
      O 19:00 trafiłam na dół na Izbę Przyjęć...
      Jakiś lekarz mnie zbadał, stwierdził że "rodzimy", przy badaniu odszedł mi czop,
      miałam 6 cm

      rozwarcia... Więc co mi kazano ? Przebrać się w koszulę i zostać...
      Potem idiotyczne wypełnianie dokumentacji...
      I szok - ja juz pół naga, w koszuli nocnej, a ci mi nagle mówią, że nie ma
      miejsc na salach

      indywidualnych, że trzeba rodzić na ogólnej...
      Poryczałam się natychmiast... Takiego czegoś nie chciałam.. Trzeba było stamtąd
      zwiewać jak

      stałam - w tej cholernej koszuli nocnej !
      A ja tylko się popłakałam i nie wiedziałam, co zrobić dalej...
      Trzeba było uciekać i mieć ich w d....
      Potem ktoś powiedział, że OSTATECZNIE, jak lekarz dyżurny zezwoli, to mąż mógłby
      być przy

      mnie w tej sali ogólnej, ale to tak "poza wiedzą ordynatora". I inne tego typu
      warunki... Ja

      już byłam zbyt słaba psychicznie, nie byłam w stanie protestować...

      Chciałam tylko, aby wszystko odbyło się sprawnie i zgodnie z tym, co usłyszałam,
      jak byliśmy

      wiele miesięcy przedtem na "wywiadzie". A wywiad wyglądał w ten sposób - ależ
      oczywiście,

      proszę pani, indywidualne sale są, prysznic, piłki, nie będziemy ponaglać,
      nacinać bez

      potrzeby, mamy super-hiper lekarzy i położne i tego typu duperele...

      Nigdy bym nie wybrała tego szpitala, gdybym wiedziała jaka jest rzeczywistość...


      Wpakowali mnie na salę ogólną, tą przedzieloną tylko przepierzeniami... Z lewej
      strony -

      pacjentki, z prawej - pacjentki. Oczywiście cały czas obowiązkowe leżenie na wznak,

      przypięta do KTG przez ponad godzinę.
      Skurcze nikłe, nawet niezłe, choć częstotliwością rosnące..

      Wpuścili - o dziwo - mojego męża, żeby był przy mnie... Gdyby go nie było, to
      słowo daję,

      bym się pocięła pierwszym lepszym dostepnym narzędziem na sali...
      Cholerna świetlówka do dzisiaj razi mnie w oczy....
      Na Polnej były chociaż przytulne salki ze światłem bocznym, a tutaj pieprzone
      KTG, leżenie

      na wznak w przepierzeniu pełnym surowych kafelków na ścianach i ta cholerna
      sufitowa

      świetlówka !
      Przyszedł w pewnym momencie lekarz i tak-sobie, bez ceregieli, wziął taki haczyk
      i przebił

      pęcherz płodowy !
      Byłam w takim szoku, że nie wiedziałam ,co powiedzieć... Beztroski, cholerny
      lekarz, a

      miałam napisane oświadczenie, że nie zgadzam się na żadne zabiegi medyczne bez
      wcześniejszej

      zgody, a tym bardziej na naciecie krocza, ale oni to wszystko mieli w d... i
      nawet nie

      raczyli na oświadczenie spojrzeć.. Ani na wielki wydruk z artykułów WHO :(
      A tyle czasu się przygotowywałam....
      MAsaże brzycha, masaże krocza olejkiem pszenicznym, zamawiałam w internecie
      najlepsze

      produkty... Wiele ćwiczeń, fizycznych, przygotowanie psychiczne, ściąganie
      filmów z porodów

      i dręczenie nimi męża ;) Chciałam, aby on był dla mnie wsparciem, więc dlatego go

      dręczyłam...
      Śmieszne, bardzo... :/ :(
      I to wszystko nagle szlag trafił.. Po prostu...
      Błagałam, prosiłam, aby mi dali zmienić pozycję. Nie i koniec ! - taka była
      mniej więcej

      odpowiedź... Po czym przeć mi kazano w pozycji "na chrabąszcza", czyli plecami
      do dołu i

      drogami rodnymi do góry...
      I ta wredna położna jeszcze mi wmawiała, że to dla mojego dobra !

      Nie mówiąc o tym, jak to mnie bolało... Krzyczałam, wyłam z bólu... A ci mi
      tylko walili do

      kroplówki dolargan... Piękne zawroty głowy, nie ma co, jak po pół litrze wódki..
      Ale nic

      poza tym.. Bolało, jak i bolało... Już nie mogłam wytrzymać, a te cholery mi
      powiedzieli, że

      jak nie przestanę krzyczeć, to wyproszą z sali mojego męża !
      Nie wiem co we mnie wstąpiło i jakim cudem dałam radę w tym momencie.. Może to
      zasługa tego

      naćpania... A może ta groźba, że pozbędą się jedynej mi przychylnej duszy.. Wyć
      mi się

      chciało z rozpaczy, ale zacisnęłam zęby i walczyłam dalej....
      Te cholery nie pozwoliły mi zmienić pozycji....
      Płakałam i błagałam, aby się ten koszmar skończył...
      Na szczęście, po kilkudziesięciu minutach zołzy mi pozwoliły przeć i mój synuś
      wyskoczył

      śliczny i różowy... Ale mnie te cholery pocięły tragicznie, do dzisiaj nie
      zapomnę bólu...

      To bolało bardziej niż sam akt rodzenia...

      No więc wyskoczył ten mały biedaczek, całą ciążę narażany na stresy, na
      depresję, a w

      ostatnich dniach to już w ogóle..
      Wyskoczył różowiutki, bez śluzu (a ja męża ostrzegałam, że dziecko może być
      nieco sinawe i

      białawe od śluzu ;) ) i dostał 10 pkt w skali APGAR..
      JA juz tak totalnie naćpana lekami i nieprzytomna, że z ledwością komunikowałam,
      co się

      wokół mnie dzieje...

      POtem lekarz stwierdził, że trzeba mnie szyć pod narkozą, bo to, bo tamto....
      Potem się okazało...
      Bo nie dosyć, że mi urządzili na amen krocze, to jeszcze zafundowali rozerwanie
      przy cewce i

      wewnątrz pochwy. W sumie około 17 szwów....
      Obudziwszy się z narkozy nie wiedziałam totalnie, co jest grane... Po jakichś 20
      minutach

      jakoś doszłam do siebie... Po 40 minutach mogłam po raz pierwszy trzymać synka...

      No i tu się zaczynają koszmary...

      Przewieźli mnie na wózku na ginekologię, bo na położnictwie miejsc nie mieli...
      Korytarz

      wąski w trzy dupy, a ja nawet podnieść do pozycji 45 stopni nie mogę, bo od razu
      robi mi się

      słabo... I jak tu przejść z łóżka z porodówki na salę z łóżkiem na oddziale
      ginekologii ?
      Gdyby nie mąż, to bym nie przeszła... Każde postawienie mnie w pozycji choćby
      półleżącej

      równało się z całkowitym odlotem i stratą przytomności... Mimo ciemności przed
      oczami jakoś

      się doczołgałam... JEszcze wtedy mnie nic nie bolało za bardzo, po prostu
      • geospiza Re: Moja historia....CD2 09.02.08, 04:45
        ...po prostu chciałam spać i odespać to znieczulenie, które mi szumiało w głowie
        jak alkohol....
        Następnego dnia rano przewieziono mnie piętro wyżej, na oddział położniczy...
        Chyba się miejsce zwolniło ?
        Przedtem pobrano mi krew do analizy, no ale mniejsza z tym... Trafiłam na
        oddział położniczy, choć nadal mi się strasznie ciemno robiło przed oczami i nie
        mogłam się podnieść z łóżka..
        Środki znieczulające przestały działać, więc cierpiałam podwójnie.. Każde
        wstanie, usiądzenie na łóżku to niewyobrażalny ból... Czegoś takiego nie
        doświadczyłam nigdy wcześniej...
        Leżałam więc, modląc się, aby nie zechciało mi się do ubikacji....
        Jakos wytrzymywałam i po 12 godzin bez sikania... Starałam się zażywać jak
        najmniej płynów...
        Okresy karmienia - tylko 2, które tam przeżyłam, to też był koszmar... Wokół
        mnie jakieś doświadczone mamusie, które już mają nie pierwsze dziecko.. A mnie
        wręczają noworodka.. Małego, bezbronnego, ja nie wiem, co mam z nim robić ? 15
        minut męczenia się, nie chce ssać, aż mi się płakać chce... Przychodzi w końcu
        jakaś położna, od niechcenia próbuje wcisnąć cyca małemu, zero postępów.. W
        końcu zabiera i tyle prób...

        Co do krwi... W końcu okazało się, że straciłam ponad 300 ml... Zafundowano mi
        taką anemię, że tylko po prostu położyć się i umrzeć... Kilka dni później
        stwierdzili, że jednak tę jednostkę, choć jedną, krwi, warto by mi przetoczyć
        (pewnie po to, abym im nie kojfnęła na oddziale...), a potem mieć ze mną wszelki
        spokój...
        Jednostka przetoczona - 1 jednostka.
        A bilans ?
        Anemia - do dziś...
        Zaburzenia elektrolitowe i krzepniecia krwi... - do dziś...
        Niedowaga - co najmniej 10 kg (bmi = 15,5)
        Anoreksja i bulimia...
        Depresja chyba nieuleczalna...

        I nie wiem, co mam jeszcze powiedzieć... Słów mi brak...

        PS. U mojego psychiatry leczę się od wielu lat.. Nie wiem, co innego mogłabym
        zrobić oprócz ciągłych zmian leków.... Jestem tak bardzo w kropce, że wymiękam
        już zupełnie...

        • merrymaj Re: Moja historia....CD2 09.02.08, 11:18
          Bardzo Ci współczuję, bo z pewnością nie było i nie jest Ci łatwo. Jednak z
          tego, co piszesz wynika, że już przed porodem miałaś problemy psychiatryczne,
          dlatego - moim zdaniem - tak ciężko zniosłaś poród, który dodatkowo te Twoje
          problemy pogłębił. Poza tym chyba miałaś za duże oczekiwanie wobec państwowej
          służby zdrowia jeśli chodzi o przebieg porodu, a przy tym kontakt z Tobą mógł
          być dla lekarzy utrudniony ... Ponieważ nie dajesz sobie rady ze sobą, a leki Ci
          nie pomagają, to chyba powinnaś zmienić psychiatrę, pójść na jakaś
          psychoterapię, a nie tylko faszerować sie lekami, może nawet warto pomyśleć o
          skierowaniu do jakiegoś spokojnego szpitala psychiatrycznego, gdzie zajmują się
          pacjentem kompleksowo ...
          • anetta1980 Re: Moja historia....CD2 09.02.08, 11:46
            Całkowicie się zgadzam z przedmówczynią. Spróbuj poszukac jakiegos
            innego psychologa i nie bierz już żadnych leków. Wiem, że łatwo
            powiedzieć, bo ciężko znależć dobrego lekarza, ale spróbuj wziaść
            się w garść dla dobra Twojego dziecka, które cię kocha mimo
            wszystko. A co do szpitala św. rodziny, to rzeczywiście czasem jest
            się pechowcem. Ja tez tam rodziłam 3 miesiące temu i tez nie było za
            ciekawie: Tylko leżenie w jednej pozycji pod ktg cały poród,
            znieczulenie:dolargan a nie zewnątrzoponowe jak obiecywano,
            przebicie pęcherza i bolesne nacięcie bez mojej zgody, poród w
            pozycji, jak nazwałaś "na chrząszcza" no i po porodzie zero pomocy z
            dzieckiem, mnie tez zostawili sam na sam z noworodkiem i płakałam bo
            nie umiałam nakarmić, a sala ogólna do porodu - masakra, poodzielana
            parawanami. No, ale juz prawie zapomniałam o tym co było. Teraz zyję
            dla dziecka, które mimo, że urodziło się z cięzką sinicą po
            dolarganie , teraz jest zdrowe jak ryba. A ty trzymaj się i staraj
            nie wspominac tych chwil co były. Pomyśl, że zawsze mogło byc
            gorzej. Powodzenia!
            • marysienka44 Re: Moja historia....CD2 09.02.08, 14:53
              Przykro to stwierdzic ale jestes chora psychicznie i wszystkie co to czytaja
              niech wezmą to pod uwagę a nie czytaja ze strachem.
              Ty już miałaś poważne problemy ze sobą dużo wcześniej, wydaje mi sie, obojętnie
              gdzie bys rodziła i z jakim personelem to i tak opis byłby podobny.
              A skoro masz problemy ze sobą to lekarz mógł miec problem z nawiązaniem kontaktu.
              Dla mnie jestes chora i potrzebne Tobie pilne leczenie.
              • truscaffka Re: Moja historia....CD2 10.02.08, 11:12
                geospiza,twoja historia zafrapowała mnie tak bardzo, że przeszukałam forum
                gazety i znalazłam twoje inne wypowiedzi na innych forach...między innymi na
                forum poświęconym anoreksji i bulimii...z tego co piszesz i tam i tu, wynika, że
                twoje problemy zaczęły się dużo, dużo wcześniej, jeszcze przed ciążą i
                porodem...dlatego też wydaje mi się, że - mimo, iż nie kwestionuję, iż stała ci
                się krzywda - obarczanie tylko i wyłącznie szpitala za twój obecny stan ducha,
                jest pewnym przejaskrawieniem...Zgadzam się z marysienka44 - gdziekolwiek byś
                nie rodziła, twoje odczucia i wrażenia byłyby podobne, bo twoja wrażliwość
                przekracza pewne standardowe normy a i odbieranie świata jest obarczone Twoimi
                doświadczeniami związanymi z chorobą...

                Może pomyślałabyś o jakiejś terapii grupowej lub o jakichś niekonwencjonalnych
                sposobach leczenia (o ile takie są) skoro medykamenty Ci nie pomagają...?

                Bo że wymagasz natychmiastowej pomocy to pewne...
                • maggi111 Re: Moja historia....CD2 10.02.08, 13:35
                  Jeżeli zdecydowałaś sie opisać swoją historię na forum to posłuchaj osób, które
                  zareagowały na nią. Zmień lekarza i wybierz się na jakąś terapię grupową. Jeśli
                  jesteś już po kilku próbach samobójczych to kolejna może się udać i co wtedy? Co
                  będzie z twoim dzieckiem? Przecież sprowadziłaś go na świat nie po to aby
                  wychowywało się z jednym rodzicem. Walcz dziewczyno dla siebie (przecież życie
                  nie zawsze jest okropne)i dla dziecka. PRZECIEż JE KOCHASZ A LUDZIOM KTóRYCH SIę
                  KOCHA śWIńSTW SIę NIE ROBI!!!! Rozpamiętywanie tego co było jest bezsensem!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka