Gość: Pi
IP: 172.16.0.*
13.04.02, 20:17
Hm, dziś po pracy zapragnałem zjeść obiad. Pomyślałem o Sfinksie - nie byłem
tam chyba z rok czasu. Wsiedliśmy z kumplem w samochód i pojechaliśmy.
Każdy pamięta chyba tę miłą atmosferę i niewyobrażalnych rozmirów dania, które
można było tam dostać rok temu.
Wchodzimy, siadamy i... przez 10 minut nikt do nas nie podchodzi. Wreszcie
jest - kelner! Tradycyjnie zamawiam Shoarmę z kurczaka z serem - w menu
zaznaczone jako SPHINX SPECIAL.
OK. Teraz zaczyna do nas docierać muzyka. Muzyka??? Z głośników leci
Stachursky z mocą, której nie powstydziłaby się żadna porządna dyskoteka...
Nie słyszymy się nawzajem więc oddajemy się obserwacjom.
Przy barze siedzi dwóch łysoli. Nie wyglądają na stałych klientów, ale ich
rytmiczne podrygi w rytm Stachurskiego świadczą, że czują się tu jak w domu.
Czekamy na danie. Przez drzwi przetacza się drużyna baseballowa. Czy baseball
wymaga od zawodników by zgolili włosy na zero? I czy ta knajpa jest jakimś
fanklubem drużyny??? Staramy się nie zwracać uwagi...
W końcu jest: DANIE. Danie? Z dawnych dań zostało tylko wspomnienie... To co
dostałem wyglądało mniej więcej tak: 80% talerza to jakaś sałatka z kapusty
ubita na płasko (by wyglądało, że jest jej więcej...), obok kilka kawałków
mięsa z kurczaka polanego serem i 12 (dawanaście!!! dokładnie policzyłem...)
frytek. W dodatku wszystko w temperaturze wody w Siczkach w maju.
Uroniłem łzę, przypomnałem sobie wspaniałe czasy kiedy można było tu przyjść,
zjeść i napić się piwa (Żywiec), a nie jakieś popłuczyny, które serwują teraz
(jakiś bliżej nieznany browar w Brzesku...). Te czasy chyba nigdy nie wrócą...
Szkoda.
Czy każda knajpa w Radomiu ma TYLKO swoje pięć minut???!!!