Gość: joe
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
14.04.10, 21:17
sobota, 6 lutego 2010
Rządowe samoloty TU-154 numery 101 i 102
Tusk i Kaczyński naprawdę latają złomem?
Kto kiedyś mógł pić na pokładzie, kto pije teraz, komu wydziela się torebki
herbaty, jak biało-czerwony tupolew stał się narzędziem polityki i skąd wziął
się mit, że lot samolotem polskich VIP-ów grozi katastrofą? Oto cała prawda o
maszynach, często nazywanych w mediach "latającym złomem".
Dwa wysłużone rządowe tupolewy odejdą do lamusa polskiego lotnictwa. Ich
piloci zostali już przeszkoleni na brazylijskich embraerach 175. Wkrótce to
właśnie te samoloty zastąpią przestarzałe tutki.
W taki dzień jak dziś na szkolenie jest dużo czasu. Bo oba rządowe Tu-154 znów
są zepsute. Pierwszy do końca lipca przechodzi remont w Rosji, a drugi czeka
na naprawę. Autopilot ma usterkę od ostatniej wyprawy do Haiti. A części
zamienne wciąż nie dotarły. Na Światowe Forum Ekonomiczne w Davos 28 stycznia
prezydent Lech Kaczyński dotarł więc spóźniony – zamiast tupolewem, musiał
polecieć małym jakiem. A już za parę dni, także korzystając z jaka, premier
Donald Tusk dostanie się na nadzwyczajny szczyt gospodarczy w Brukseli.
Trzej pierwsi piloci siedzą w bazie na warszawskim Okęciu. Mają tu swój pokój,
ale niezbyt duży, dość skromnie urządzony. – To nie tak, że rządowe tupolewy
są szczególnie awaryjne. Nie psują się ani częściej, ani rzadziej niż inne.
Idealnych samolotów nie ma. Boeingi miewają kłopoty z systemem hermetyzacji, z
kolei airbusy – z systemem sterowania – zapewnia podpułkownik Bartosz
Strojeński, dowódca eskadry. – Tu-154 to naprawdę fajny samolot. Każdy, kto
nim latał, ma do niego sentyment. Jest mocny. Dużo do powiedzenia ma w nim
pilot, a nie komputer. Ma trzy silniki, a to daje poczucie bezpieczeństwa.
Lata wyżej niż większość samolotów pasażerskich. Turbulencje czy burze może
obejść górą – dodaje kpt. pilot Grzegorz Pietruczuk.
Skąd kłopoty?
To dlaczego ciągle słyszymy o awariach? – dopytujemy. – Awarie, o których się
tyle mówi, przeważnie nie są poważne – zapewniają piloci. Chodzi o to, że w
samolocie rządowym nie może być żadnej, ale to żadnej usterki. Gdy poluzuje
się śrubka w klamce, samolot nie wystartuje, dopóki nie zostanie dokręcona.
Inaczej jest w samolotach pasażerskich. Istnieje cała lista usterek, z którymi
samolot może lecieć, bo nie wpływają one na bezpieczeństwo.
Piloci przekonują: – Naprawdę nie o to chodzi, że Tu-154 się psują. One są
przestarzałe i zbyt głośne i dlatego nie mogą lądować na lotniskach w UE. Z
tego powodu Aerofłot pozbył się ich w ubiegłym roku. Nasze dwa tutki latają na
zasadzie wyjątku. To samoloty rządowe, a przecież nikt nam nie będzie mówił,
czym mamy latać.
Według Strojeńskiego problem nie w maszynie, tylko w tym, że jesteśmy biednym
krajem. Nasz prezydent leci w delegację jednym samolotem. A prezydent Sarkozy
trzema. W jednym on, w drugim reszta ekipy, a trzeci jest zapasowy, jakby
któryś z poprzednich się popsuł. Tak samo Obama – choć w przypadku podróży
prezydenta Stanów Zjednoczonych leci jeszcze więcej maszyn: Air Force One, Air
Force One zastępczy i trzy inne, którymi Amerykanie wożą ze sobą wszystko, co
może być potrzebne. A my? Mamy tylko dwa tupolewy. Jak się zepsują, to VIP-om
zostają jaki. Mało wygodne i zupełnie niereprezentacyjne.
Piloci są zgodni: Polska powinna mieć flotę składającą się z trzech dużych
maszyn, którymi prezydent i premier mogą latać bez międzylądowania. Takie
samoloty mogłyby zabrać także około 200 żołnierzy na misję do Afganistanu czy
Czadu. Do tego 4, 5 małych samolotów – ekonomicznych, które mogą służyć jako
zastępcze środki transportu.
Koniec tupolewów zapowiadano po wielokroć. Po raz pierwszy właściwie tuż po
tym, jak wcielono je do służby w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego
"Obrońców Warszawy". Pierwszy o numerze 101 trafił do niej w 1990 roku. Drugi,
102, cztery lata później. Po przełomie ustrojowym nastały nowe czasy, do
których "poradziecki złom" nie bardzo pasował. Szybko – słusznie czy nie –
samolotom zaczęto przypisywać wyjątkową awaryjność.
– Jako szef rządu po kolejnych awariach wydałem polecenie wymiany taboru
ministrowi transportu Bogusławowi Liberadzkiemu. Od 15 lat nie zmieniło się
nic – opowiada były premier Józef Oleksy, którego lęk przed lataniem jest
legendarny. – Latać tym samolotem to była zgroza – mówi Oleksy. I przypomina
zdarzenie, które miało miejsce na lotnisku w Tel Awiwie, gdy w maszynę
uderzyła ciężarówka i zrobiła dziurę w skrzydle. Zdaniem Oleksego to dlatego,
że tupolew po prostu był niewymiarowy. – Miałem lecieć na szczyt europejski do
Cannes i samolot nie zapalił, bo to maszyna wrażliwa na wilgoć i po deszczu
nie zapala. Potem tak samo było w Budapeszcie i musieliśmy wracać samochodem –
wspomina Oleksy.
Gorsza przygoda przytrafiła się Markowi Belce, gdy jako premier leciał na
szczyt UE – Azja do Wietnamu. W Kunmingu w Chinach, gdzie było
międzylądowanie, z jednego z silników zaczęły się wydobywać kłęby dymu. Polski
premier, by zdążyć na szczyt, musiał pożyczyć samolot od Chińczyków.
Wszystkie przygody kończyły się jednak bezpiecznie. Nawet uderzenie pioruna
uwiecznione przez jednego z obecnych na pokładzie operatorów telewizyjnych.
Powietrzne limuzyny
Rządowy samolot to atrybut najwyższej władzy, jaki przysługuje tylko
prezydentowi, premierowi, marszałkom Sejmu i Senatu. Ale zwykle szybko
powszednieje. – To żaden przywilej, to usprawnienie pracy. Premier nie
powinien udawać, że lata jak każdy obywatel, bo ma inne obowiązki – komentuje
Oleksy.
Próbował zaprzeczyć temu Donald Tusk, który na początku swojej kadencji
zapowiedział, że w ramach oszczędności będzie korzystać z rejsowych lotów.
Szybko się okazało, że trudno pogodzić udział w unijnych szczytach z nerwowym
zerkaniem na zegarek, by nie spóźnić się na rejsowy samolot.
Absolutną katastrofą pod tym względem była jego wyprawa za Atlantyk. Gdy
boeing z Tuskiem był w powietrzu, do nowojorskiego biura LOT-u zadzwonił ktoś,
przedstawiając się jako członek Al-Kaidy. – Na pokładzie samolotu, którym leci
polski premier, jest bomba – oświadczył i przerwał połączenie. Alarm był
fałszywy, ale skrupulatni Amerykanie musieli sprawdzić, czy faktycznie nie ma
żadnej bomby. Później, podczas spotkania z Polonią, Tusk żartował na temat
"bombowego" przywitania. Ale w efekcie przekonał się do tutków. I wkrótce
Tu-154 stał się – podobnie jak krzesło na unijnym szczycie – symbolem
politycznej wojny premiera z prezydentem.
Narzędziem polityki rządowe tupolewy stały się niedawno. Pierwszy raz podczas
wojny rosyjsko-gruzińskiej. Lech Kaczyński chciał się dostać do Tbilisi przed
Nicolasem Sarkozym, prezydentem sprawującej wówczas unijną prezydencję
Francji. Obawiał się, że prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili zgodzi się na
proponowane przez Francuza warunki rozejmu, w których nie będzie punktu o
zachowaniu terytorialnej integralności Gruzji. Dlatego zaczął naciskać na
pilota, by niezgodnie z ustalonym wcześniej planem poleciał wprost do stolicy
Gruzji, a nie do Azerbejdżanu, skąd, jak planowano, Kaczyński i towarzyszący
mu prezydenci Litwy, Estonii i Ukrainy oraz premier Łotwy mieli samochodami
pojechać do Tbilisi. Pilot odmówił jednak, bo nad przestrzenią powietrzną
Gruzji panowało rosyjskie lotnictwo. Na pokładzie doszło do ostrego spięcia. –
Ja naprawdę obawiałem się o życie nie tylko prezydenta, ale całej załogi –
przekonuje kapitan Grzegorz Pietruczuk.