rzeszowski15
04.02.14, 08:59
nie pozbyli się krwiożerczych instynktów swoich rodziców!?
W każdej niemieckiej gminie działa jugendamt, urząd ds. dzieci i młodzieży, którego zadaniem jest dbanie, by dzieci dorastały w odpowiednich warunkach. Teoretycznie, gdy dziecko jest zaniedbywane, bite lub wykorzystywane seksualnie, jugendamt powinien doprowadzić do sądowego odebrania go rodzicom. Przez lata w Niemczech toczyła się dyskusja, czy uprawnienia urzędu nie są zbyt szerokie. Jugendamty odbierały dzieci np. chorym na raka matkom, uważając, że walcząc z chorobą, nie poradzą sobie z ich wychowywaniem. Albo reagowały na anonimowe donosy, że dzieci są gwałcone, nie próbując tego weryfikować.
Tymczasem Tsokos i Guddat udowadniają, że ten system, choć pożera 7,5 mld euro rocznie, ma o wiele poważniejsze wady. Pracownicy jugendamtów spędzają całe dnie na papierkowej robocie. Gdy wychodzą z biur i odwiedzają powierzone ich pieczy rodziny, są zwykle nieefektywni. Do niektórych w ogóle nie trafiają. Rodzice, którzy katują dzieci, to często bezrobotni, nieradzący sobie z życiem alkoholicy, narkomani. I na nich koncentruje się uwaga urzędów. Ale kto by pomyślał, że do przemocy mogą posunąć się też dobrze sytuowani Niemcy?
Cały tekst: wyborcza.pl/1,75477,15394577,Niemcy_maltretuja_dzieci.html#ixzz2sFAb3VYX