Dodaj do ulubionych

Protesty antywojenne w Rzeszowie

05.04.03, 05:18
Mozebys'cie pozbierali s'mieci !-wiekszy pozytek!!! Nobody knows
where Rzeszow is !!!
Obserwuj wątek
    • Gość: Marcin Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.gze.pl / 192.168.1.* 05.04.03, 11:51
      masz racje buzek2... jakby byla taka moblizacja w sprzytaniu to
      rzeszow lsnił by czystoscia jak sie patrzy... a swoja droga
      bardzo chetnie poslalbym tych protestujacych hipokrytow do
      Iraku aby sobie pozyli z Saddamem.. ciekawe ktory by spieprzal
      szybciej...
      a z drugiej strony hasla jakie gloszone sa na takich
      demonstracjach nie maja nic wspolnego ze zdrowym rozsadkiem...
      nie mowiac juz z inteligencja...
      • Gość: kulturalny Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 05.04.03, 22:52
        Gość portalu: Marcin napisał(a):

        > masz racje buzek2... jakby byla taka moblizacja w sprzytaniu to
        > rzeszow lsnił by czystoscia jak sie patrzy... a swoja droga
        > bardzo chetnie poslalbym tych protestujacych hipokrytow do
        > Iraku aby sobie pozyli z Saddamem.. ciekawe ktory by spieprzal
        > szybciej...
        > a z drugiej strony hasla jakie gloszone sa na takich
        > demonstracjach nie maja nic wspolnego ze zdrowym rozsadkiem...
        > nie mowiac juz z inteligencja...

        ho ho ho, jakie to mądre towarzystwo tu mamy!
        • Gość: Marcin Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.gze.pl / 192.168.1.* 06.04.03, 00:46
          Gość portalu: kulturalny napisał(a):

          > Gość portalu: Marcin napisał(a):
          >
          > > masz racje buzek2... jakby byla taka moblizacja w sprzytaniu to
          > > rzeszow lsnił by czystoscia jak sie patrzy... a swoja droga
          > > bardzo chetnie poslalbym tych protestujacych hipokrytow do
          > > Iraku aby sobie pozyli z Saddamem.. ciekawe ktory by spieprzal
          > > szybciej...
          > > a z drugiej strony hasla jakie gloszone sa na takich
          > > demonstracjach nie maja nic wspolnego ze zdrowym rozsadkiem...
          > > nie mowiac juz z inteligencja...
          >
          > ho ho ho, jakie to mądre towarzystwo tu mamy!

          No a jak... madre madre... tylko debile protestuja przeciwko rezimowi. a swoja
          droga ciekawe co by powiedzieli Polacy jakby swiat potepił wystapienia
          strajkowe Walesy w latach 80... oraz mieszanie sie Amerykanow w tzw.
          wewnetrzne sprawy Polski...
          • Gość: kulturalny Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 06.04.03, 23:08
            Gość portalu: Marcin napisał(a):


            > No a jak... madre madre... tylko debile protestuja przeciwko rezimowi. a
            > swoja droga ciekawe co by powiedzieli Polacy jakby swiat potepił wystapienia
            > strajkowe Walesy w latach 80... oraz mieszanie sie Amerykanow w tzw.
            > wewnetrzne sprawy Polski...

            A swoją ciekawe co byś powiedział jakby Cię Reagan "wyzwalał" od Jaruzelskiego
            po 13.12.1981 bombami i rakietami, zabijając nimi Twojego brata, ojca, syna lub
            matkę i obracając w riunę Twój dom - dorobek całego życia. Do tego zostawił na
            parę dni bez jedzenia i z wodą w kałuży zamiast w kranie. Dobrze się siedzi,
            puszcza bąki i udaje bohatera i intelektualistę w ciepłym mieszkaniu, zza
            klawiatury.
            Na szczęście (na to wychodzi!) był wtedy Układ Warszawski i odrobinę (naprawdę
            tylko troszkę) mądrzejszy prezydent USA.

            Na domiar złego ta najgłupsza armia na świecie nauczona strzelać do wszystkiego
            co się rusza (to skutek telwizyjnego wychowania na westernach pogryzanych
            chipsami) bombarduje nawet sama siebie, i to co parę dni. Dziś dwóch cymbałów
            za sterami amerykańskich samolotów, wezwanych do osłony konwoju amerykańskich
            żołnierzy wiozących Kurdów, zbombardowało sześć ciężarówek, które mieli
            osłaniać...
            Mysleli, że to wojska irackie się przegupowją. No i na co im ta nowoczesna
            technologia, jak we łbach sieczka?

            PS Czytaj na przyszłość co piszesz bo mam wrażenie że piszesz co innego niż
            zamierzyłeś.
            • Gość: stan7 Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: 195.117.30.* 07.04.03, 09:20
              Mądrości uczmy się choćby od Czechów. Na co dzień nie potrafimy
              wyciągać wniosków i dbać o swoje interesy. Ciągle włazimy komuś
              do dupy i przelewamy krew, stając się mądrymi dopiero "po
              szkodzie". Szkoda że tylu z nas ma rozum w mięśniach lub poniżej
              pasa.
            • Gość: Marcin Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.gze.pl / 192.168.1.* 07.04.03, 20:31
              Gość portalu: kulturalny napisał(a):

              > Gość portalu: Marcin napisał(a):
              >
              >
              > > No a jak... madre madre... tylko debile protestuja przeciwko rezimowi. a
              > > swoja droga ciekawe co by powiedzieli Polacy jakby swiat potepił wystapien
              > ia
              > > strajkowe Walesy w latach 80... oraz mieszanie sie Amerykanow w tzw.
              > > wewnetrzne sprawy Polski...
              >
              > A swoją ciekawe co byś powiedział jakby Cię Reagan "wyzwalał" od
              Jaruzelskiego
              > po 13.12.1981 bombami i rakietami, zabijając nimi Twojego brata, ojca, syna
              lub
              >
              > matkę i obracając w riunę Twój dom - dorobek całego życia. Do tego zostawił
              na
              > parę dni bez jedzenia i z wodą w kałuży zamiast w kranie.

              Dobrze się siedzi,
              > puszcza bąki i udaje bohatera i intelektualistę w ciepłym mieszkaniu, zza
              > klawiatury.
              > Na szczęście (na to wychodzi!) był wtedy Układ Warszawski i odrobinę
              (naprawdę
              > tylko troszkę) mądrzejszy prezydent USA.
              >
              > Na domiar złego ta najgłupsza armia na świecie nauczona strzelać do
              wszystkiego
              >
              > co się rusza (to skutek telwizyjnego wychowania na westernach pogryzanych
              > chipsami) bombarduje nawet sama siebie, i to co parę dni. Dziś dwóch
              cymbałów
              > za sterami amerykańskich samolotów, wezwanych do osłony konwoju
              amerykańskich
              > żołnierzy wiozących Kurdów, zbombardowało sześć ciężarówek, które mieli
              > osłaniać...
              > Mysleli, że to wojska irackie się przegupowją. No i na co im ta nowoczesna
              > technologia, jak we łbach sieczka?
              >
              > PS Czytaj na przyszłość co piszesz bo mam wrażenie że piszesz co innego niż
              > zamierzyłeś.

              Nie wiem "kulturalny" czy jestes człowiekiem upośledzonym umysłowo czy tylko
              takiego udajesz. Zupełnie nie mogę pojąć dlaczego ludzie w tym również i Ty,
              majacy dostęp do informacji, do historii, ludzie wykształceni uważają, że
              wojna w Iraku jest zbbrodniczym pomysłem jednego czlowieka, ktory w imie
              swoich osobistych ambicji chce podporzadkowac sobie biednych Irakijczyków.
              Dlaczego jetses taki podatny na propagande jaka jest rozsiewana przez
              przeciwników wojny, propagande opartą na wątpliwej jakości argumentach
              odwołujących sie do istotnych wartości tj sprawiedliwości, samostanowienia czy
              wreszcie pokoju. Argumantach, ktore czynią te wartości stekiem bzdur
              sprowadzając je do nic nie znaczących słow, ktore nie mają pokryci w
              rzeczywistości. Dlaczego Ty i Tobie podobni nie wsłuchacie sie w to co ma do
              powiedzenia zwykły obywatel Iraku na temat sytuacji jaka panuje w jego kraju,
              dlaczego nikt nie da posłuchu ludziom wolajacym o wolnośc w kraju w ktorym tej
              wolności nie ma, wolajacym o mozliwośc samowolnego stanowienia o własnym
              losie, wreszcie dlaczego jestescie takimi hipokrytami, ktorzy pod słowem pokoj
              chca zafundowac tym ludziom uciemieżenie... Może jednak warto sie wsłuchac w
              głos człowieka, lecz nie tego, ktory mowi, ze Saddam to nasz ukochany ojciec,
              stojac pod lufami karabinów gotowych do strzału, lecz w głos człowieka, ktory
              ma możliwosc swobodnego wyrazania swoich opinii... Dlaczego nikt nie chce tego
              słuchac... dlaczego wszyscy pozostaja głusi na ich argumenty i słowa..

              Piszesz, ze udaje inteligenta puszczajac bąki siedzac za klawiatura... może i
              udaje lecz wydaje mi sie to o wiele lepszym od fałszywej troski o pokoj i o
              wiele lepszym od niezrozumienia pewnych faktow, ktore mowia o faktycznym
              stanie rzeczy jakie maja miejsce w Iraku. Bo wydaje mi sie ze Ci ktorzy nie
              potrafia tego dostrzec sa poprostu pozbawieni czynnika refleksji...

              Wiesz, jesli Polityka Reagana mialaby doprowadzic do tego, ze nasz kraj
              zyskałby wolnośc to powiem, ze podpisałbym sie pod tym obydwiema rekami. I
              wiem, ze wiele osob by tak zrobilo. Lepiej poniesc pewne ofiary i moc odzyskac
              mozliwosc samostanowienia niż tkwic w Orwellowskim swiecie bojac sie na kazdym
              kroku o wlasne zycie. Widze ze ty wolalbys to drugie rozwiazanie... no coz
              zalatuje to po troszku komuna...

              Kolejna rzecz... wszyscy uwazaja, że Amerykanie to banda debili. W takim razie
              prosze mi wytłumaczyc fenomen ich dobrobytu.. dlaczego tacy debile maja tyle
              forsy? dalczego tacy debile potrafia prowadzic wojny i je wygrywac, dlaczego
              tacy debile maja nowoczesne technologie? dlaczego wszyscy chce dla pieniedzy
              tych debili pracowac? przeciez oni tylko wpiperzaja chipsy i ogladaja westerny
              a przy tym maja decydujacy wplyw na losy swiata-to sie nazywa fart - gowno
              robic a przy tym wiele miec - typowe Polskie myslenie pana Kulturalnego,
              a taki swiatowy człowiek oczytany pan kulturalny, człowiek ktory spedzil
              mnostwo czasu studujac ksiazki, ktory wydal sporo kasy aby nabyc madrosci
              potrafi wyglaszac tylko poglady zasłyszane pod budka z winem... Panie
              kulturalny glowa słuzy do myslenia, a nie do walenia nia w mur... jak Pan
              jestes taki madry to Polska czeka na Panskie recepty dotyczace np wyjscia z
              kryzysu...
              Acha jakbys byl uwaznym słuchaczem wiadomosci czy przeczytal jakas pozycje
              traktujaca o wojnie to moze tez wiedzilbys ze czasem zdarzaja sie wypadki na
              wojnie i ogien zostaje skierowany nie tam gdzie powinien. zreszta siedzac za
              pulpitem Windowsa nie za pulpitem samolotu latwo kogos oskarzac... o sieczke
              we lbie jak sie samemu ma tylko plewy...

              Na koniec chce Ci powiedziec ze doskonale wiem o czym pisze i wlasnie to co
              wyczytales chcialem przekazac - choc z Toba to nigdy nic nie wiadomo - moze
              znowu zrozumiales opacznie...
              Pozdrawiam i zycze wikszej refleksji nad tym co sie dzieje dookola...
              • Gość: kulturalny Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 08.04.03, 01:01
                Właściwie to powinienem napisac tylko 2 zdania: jedno do Ciebie:
                "Nie chce mi się z tobą gadac"
                a drugie do innych.
                "Uwaga, uwaga. Nadchodzi. Pop-corn-inteligencja.

                Początek Twoich błyskotliwości zmilczę. To naprawdę wyłącznie Twój problem.
                Dalej mamy bełkotliwą przemowę wielkimi słowami o niczym i w zaden sposób nie
                odnoszącą się do tego co wcześniej napisałem. Nadajesz sie na posła. Gratulacje.
                Jest to znana metoda zmiany tematu nazywana czasem rozpuszczaniem meritum w
                hektolitrach wody.
                Interesujący jest wątek o zwykłym obywatelu Iraku, "mówiącym o sytuacji, jaka
                panuje w Iraku" i wołającym o ratunek. Wołającym zapewne Stany Zjednoczone.
                Zapewne usłyszałeś o tym w którejś z amerykańskich telewizji albo nawet od
                samego Georga 2Busha. Nie wiem czy też słyszałeś, ale podobno mieszkańcy Śląska
                i Kujaw też witali w 1939 roku wojska hilerowskie ze łzami w oczach i z
                kwiatami w rękach. Podobnie kresowiacy witali Armię Czerwoną. Tak przynajmniej
                podawały wtedy niemieckie i sowieckie media, liczące na tych co ślepo wierzą
                wszystkimu co usłyszą dzięki "dostępowi do informacji". Informacje Marcinie,
                pełne są tego co nazywa się wojną propagandową, i to bynajmniej nie tylko w
                czasie wojny, i radzę o tym pamiętać.

                Pragnę zwrócić na to uwagę, że spór jaki toczymy nie dotyczy oceny Saddama
                Husajna, ale metod (a i przesłanek też) obalania tego watażki.
                Jeśli jesteś entuzjastą oswobadzania przez zabijanie oswobadzanych, to nie wiem
                czy raczej nie do Ciebie odnosi się początek Twojego listu. Orwellowski świat w
                istocie zalewa nas wszędzie i nie ma przed nim ucieczki. To co nas otacza jest
                tylko na użytek masowego odbiorcy, pop-corn-inteligenta właśnie, ubierane w
                ideały. Widać to coraz wyraźniej. Za tą zasłoną rozgrywa się prawdziwa walka o
                wpływy i panowanie. Paradoksem jest to, że tak naprawdę rok 1984, ku pożytkowi
                i władzy rozdajacych światowe karty i robiących prywatne fortuny współbudują
                ci, którym wydaje się, że z nim walczą. To skutek wyrafinowanej socjotechniki,
                jaką się wobec nich stosuje, m.in. mówienia głupcom że są mądrzy, mądrym że są
                nic nie rozumiejącymi głupcami, nazywania zła dobrem, dobra złem, a
                wykolejenia - ekspresją naturalnych ludzkich stanów i skłonności, i powtarzania
                w kółko tych samych frazesów, które działają na mózg odbiorcy niczym reklama
                podprogowa.

                A te skojarzenia z komuną - wybacz, ale przypomina mi to eksperymenty z
                odruchem Pawłowa, psy śliniły się, gdy pokazywano im czerwony kolor. Nie
                dlatego bynajmniej, że były to psy antykomunistyczne :), ale dlatego, że
                wytworzono u nich odruch warunkowy, tj. określoną reakcję na określone
                zdarzenie. Wcześniej po pokazaniu czerwonego kartonika dostawały mięso. I teraz
                czerwony kartonik kojarzy im się już zawsze z żarciem.
                Pomijając natomiast mechanizm odruchów warunkowych, a idąc Twoim tokiem
                rozumowania, trzeba by powiedzieć, że komunistą jest nie tylko Schroeder,
                Chirac, ale też i Jan Paweł II. Gratulacje po raz kolejny.

                Fenomen Stanów Zjednoczonych i ich bogactwo w zasadzie nie różni się od
                fenomenu i bogactwa Niemiec i innych, z historii znanych fenomenów poteg, aż po
                Cesarstwo Rzymskie nawet sięgając. Po prostu ten kto łupi, rabuje, wszczyna
                wojny, eksploatuje i narzuca swoje porządki w krajach podbitych i na świecie,
                ma za co budować swoją potęgę. Tworzy się samonapędzający się mechanizm. A w
                przypadku Stanów dochodzi jeszcze wielokulturowość i naturalne dążenie ludzi w
                nowym miejscu do lepszego i innego zbudowania wszystkiego od podstaw. Przy czym
                proszę zauważyć, że ideologia amerykańska tak bardzo nie odbiega od ideologii
                komunistycznej, też mówi o wolności i o karierze pucybuta, tyle że tu pucybut
                aby zajść wysoko nie musi wyznawać kultu Marksa, tylko kult dolara. W
                komunizmie drzwi otwierano przed zaprzedanymi idei, tu drzwi otwiera się przed
                zaprzedanemu pieniądzowi, przy czym im mniej sentymentów i zasad, tym większe
                szanse na sukces. W obu przypadkach.


                Jeśli więc różnimy się czymś, to może tym, że ja już dawno temu przestałem
                naiwnie wierzyć, że wielka polityka rządzi się moralnością, a nie ukrytym
                interesem grup czy państw pragnących przewodzić innym. Oraz tym, że nie uznaję
                zasady, że cel uświęca środek. Jeśli ktoś chce zarzucać mi hipokryzję, niech
                sam się zastanowi raz jeszcze nad tym co napisałem wcześniej: jak można mówić o
                ideałach, współczuciu, wyzwalaniu i wolności, najeżdżając bez zgody
                międzynarodowych instytucji jakikolwiek kraj i - powiedzmy wprost - zabijajac
                jego obywateli i obracając w niwecz ich domy mówić, ze robi się to dla ich
                dobra i że mają być wdzięczni? Czy to nie hipokryzja właśnie?
                Zastanów się przez chwilę co byś powiedział gdyby tak zachowła sie np. Rosja, a
                nie Stany Zjednocozne?

                Mentalność bohaterów chowających się za klawiaturą, wyrzutnią czy w kabinie
                supernowoczesnego bombowca nie różni się specjalnie.
                Kiedyś obowiązywał na wojnie kodeks honorowy i zabijanie cywilów z bezpiecznego
                ukrycia uznane byłoby za łajdactwo i tchórzostwo. Dziś propaganda kreuje takie
                postawy na bohaterwsto, a czyniących to na wyzwolicieli zabijanych.

                Nieznośna prawda o wyzwalaniu nas od np. niemieckiej okupacji mówi o tysiącach
                czerwonoarmistów, którzy nie zza wyrzutni rakietowej ani zza steru bombowca,
                ale z kałasznikowem w ręce wyswobadzali od Niemców w miastach dom po domu. I to
                było prawdziwe narażanie życia i bohaterstwo. Nawet pomimo tego, że robili to
                pod przymusem, a za dezercję groziła śmierć. Przy czym nie interesują mnie
                zupełnie smutni panowie w skórzanych płaszczach, którzy snuli się za nimi,
                kiedy milkły strzały z pola walki.

                Dziś można by tez pytać o motywacje pójścia na wojnę do Iraku ochotników-
                Murzynów z ubogich dzielnic Nowego Jorku, a i naszych chemików, i wtedy cała
                ideologia wylewana strumieniami z mediów weźmie w łeb. To nie bohaterowie
                przesiąknięci ideałami wyzwolenia Irakijczyków, ale ryzykanci, którzy wierzą ze
                wrócą, a zarobione pieniądze pomogą im się wyrwać z biedy i ułożyć w zyciu.
                I to jest tragiczne, bo widać wyraźnie, jak każdy z nas, i irakijscy cywile i
                dzieci ginące pod amerykńskimi bombami, i iraccy żółnierze zmuszeni do służenia
                reżimowi i bronienia go, i prości ochotnicy-rezerwiści - żółnierze amerykańscy,
                w dużej częsci zmuszeni do tej wojny czynnikami materialnymi stają się
                trybikiem wielkiej machiny światowych interesów. Zasady moralne, wytrwale
                rugowane przez to czym karmią nas media i rzecziwistość pieniądza i przetwania
                tylko najsilniejszych jako naturlanej kolei rzeczy, odchodzą w mrok
                przeszłości. I zapewne Orwell znowu by się ukłonił.

                Reasumując więc, jeśli Marcinie masz gdzieś w okolicy budkę z winem, pod którą
                słyszysz to co tu czytasz, to nie marnuj czasu, idź tam a na pewno wrócisz
                mądrzejszy. Może wtedy m.in. nie napiszesz, że "tylko debile protestują
                przeciwko reżimowi". A jedną z refleksji będzie min. refleksja o potrzebie
                panowania nad językiem i emocjami.

                Ugodowo, na koniec zgodzę się z Tobą co do życzenia na końcu Twejego listu:
                Pozdrawiam i zycze większej refleksji nad tym co sie dzieje dookola.

                • Gość: Li Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.proxy.aol.com 08.04.03, 15:26
                  Dzien dobry

                  Pisze z drugiej strony oceanu i zastanawiam sie czym jest spowodowana nienawisc
                  Pana Kulturalnego do Ameryki.
                  Mieszkam w Stanach od 12 lat i twierdze, ze jest to jeden z najwspanialszych
                  krajow na swiecie. Nikt nas do niczego nie zmusza- skad te informacje, ze w
                  naszej armii sluza biedacy ze slamsow Nowego Jorku?
                  Sluza, bo chca, bo pewna wierza, ze musimy zapobiec nastepnemu 9-11.
                  Duzo sie mowilo, ze nikt Polsce nie pomogl gdy Hitler nas zaatakowal,
                  a w obecnych czasach UN zatwierdza jedynie rezolucje- nic nie robiac aby pomoc
                  ludziom terroryzowanym przez swoje rzady.
                  Panie Kulturalny,zycie nie jest bajka. Moze przenioslby sie Pan do Francji?
                  Oni zawsze duza mowia, malo robia, a na koniec beda chcieli sie dolonczyc gdy
                  Amerykanie juz zrobia brudna robote.

                  By,





                  • Gość: kulturalny Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 08.04.03, 19:46
                    Dzień dobry, ale u nas mówi się do widzenia a nie "by" (albo "bye")

                    Proszę Pana, ja wcale nie nienawidzę Ameryki ani Amerykanów, przeciwnie,
                    potrafię na spokojnie dostrzec to, co jest w nich wartościowego, choć -
                    przynam - to z trudem przychodzi.
                    Natomiast nie znoszę głupkowatej amerykanizacji. Uprzedam, że jeśli ktoś nie
                    rozróżnia jednego od drugiego, to nie ma sensu dalsza rozmowa.
                    Młodsi zapewne zrozumieją, bo to coś podobnego jak stosunek do wsi, a do
                    szeroko pojętego "wieśniactwa".

                    Amerykanie stworzyli kulturowy i moralny mix i są nim zachwyceni, ale niech nie
                    wymagają tego od całej reszty świata, w tym Europejczyków. Wymownym symbolem
                    tego mixu jest amerykańska popkultura z holywoodską produkcją na czele.
                    Mnie ta papka nie smakuje i nie życzę sobie być nią karmiony na siłę i zmuszany
                    do uśmiechu przy jedzeniu.

                    Cieszę się, że Panu się ułożyło w Stanach. Mam znajomą, która mieszkała
                    wczesniej w Bieszczadach, a teraz mieszka w Warszawie i też mówi, że to
                    najwspanialsze miasto na świecie. Wszystko jest rzeczą gustu i zasobu
                    doświadczeń.

                    Biedacy służą w amerykańskiej armii dla żołdu, który jest dla nich szansą na
                    wyrwanie się z biedy. 11 września może ich jakoś obchodzi, ale podejrzewam, że
                    raczej nie on ich motywuje do udziału w tej wojnie. Oprócz nich są oczywiście
                    biali patrioci amerykańscy różnego regimentu, wśród nich ci wychowani na
                    westernach i chipsach także.

                    Stany Zjednoczone mają dosyć specyficzne pojęcie misji wobec innych narodów,
                    które najtrafniej ujmuje amerykańska doktryna wojenna mówiąca o tym, że USA
                    zastrzega sobie prawo do użycia siły w każdym miejscy kuli ziemskiej o ile
                    uzna, że wymagają tego "zywotne interesy Stanów Zjednoczonych".
                    Jeśli prześledzić losy amerykańskich interwencji zbrojnych w ciągu ostatnich
                    lat, to widać, że do czynienia z amerykańską armią mieli nie ci przywódcy,
                    którzy łamią prawa człowieka (choć to oficjalna wersja dla opinii publicznej),
                    ale ci, którzy otwarcie występują z krytyką przeciw Ameryce. Tymczasem
                    dyktatorzy i niedemokratyczne rządy łamiące prawa człowieka i gnębiące
                    społeczeństwa w innych częściach globu mogą liczyć na dalsze spokojne rządy, o
                    ile trzymają z Ameryką lub przynajmniej zachowują się wobec niej neutralnie.

                    Wszystko to skutek pełnienia przez USA roli jedynego światowego supermocarstwa,
                    i dlatego Ameryka wobec świata zachowuje się jak rotweiler, który urwał się z
                    łańcucha. Do tego, jak powiedział niedawno duński bodaj minister spraw
                    zagranicznych, ten Goliat został 11.09. boleśnie zraniony i stał się dlatego
                    trochę nieobliczalny.

                    Niedawno na łamach "Forum" można było przeczytać artykuł arabskiego (Egipt)
                    politologa, który w dość jednoznaczny sposób zarzucał błędne rozumowanie
                    kulturze zachodnioeuropejskiej, która swój system odczuć i wartości próbuje na
                    siłę zaimplementować tam, gdzie kultura i demokracja europejska jest z gruntu
                    obca lokalnej tradycji. Mówił też o tym, że owszem, Irak łamie rezolucje ONZ i
                    prawa człowieka, ale jeśli Irak złamał ich 17, to Izrael zrobił to z 70-cioma,
                    a masakry dokonywane na cywilach przez izraelskich żołnierzy i w przeszłości
                    również ich sprzymierzeńców, pozostają bezkarne; Izrael cieszy się ze względu
                    na spory żydowski elektorat w USA olbrzymim protektoratem Stanów Zjednoczonych.

                    Moja refleksja na temat tego co wydarzyło się w Iraku jest następująca:

                    1. Wojna z Husajnem była planowana dużo wcześniej, i przyznał to przed BBC
                    jeden z przedstawicieli amerykańskiej administracji jeszcze we wrześniu ub.
                    roku, informując o tym, że atak na Irak nastąpi w marcu 2003 roku.

                    2. Celem nieoficjalnym jest zastraszenie rządów państw i ostrzeżenie przed
                    konsekwencjami "wchodzenia w drogę" Stanom Zjednoczonym oraz, co równiez
                    potwierdzone zostało przez jednego z anonimowych przedstawicieli armii
                    amerykańskiej, przetestowanie nowych rodzajów broni. Jak powiedział, armia
                    potrzebuje sprawdzenia swoich możliwości i nowych rodzajów broni na prawdziwej
                    wojnie i nie jest tego w stanie zastąpić żaden poligon.
                    Oficjalnie, na użytek i dla zdobycia poparcia opinii społeczeństw, mówi się o
                    wolności i prawach człowieka.

                    3. Reżim iracki w ostatnim czasie spuszczał z tonu i podejrzewam, że gdyby ONZ
                    (a nie Bush) przycisnął Husajna o oddanie władzy, to ten by to zrobił. Cel
                    można było osiągnąć bez jednego wystrzału i bez jednego trupa. Poza aspektem
                    ambicjonalnym, że Amerykanie musieliby się wynieść z okolic Iraku bez jednego
                    wystrzału, nie zarobiłyby na odbudowie Iraku amerykańskie i brytyjskie firmy
                    budowlane.
                    W warunkach amerykańskiej recesji kontrakty na odbudowę do duża pomoc i ratunek
                    przed plajtą dla niejednej firmy budowlanej. A najpierw zamówienia na używany i
                    niszczony w wojnie sprzęt wojskowy dla zbrojeniowych firm amerykańskich to też
                    lukratywny interes.

                    4. Zle się stało, że upowszechnia się zwyczaj zbójecko-kowbojskich metod
                    postępowania na arenie międzynarodowej. Brak zgody ONZ na atak na Irak powinien
                    powstrzymać Stany przed agresją na ten kraj nie dlatego nawet, że tego wymaga
                    przyzwoitość i prawo międzynarodowe, ale dlatego, że to deprecjonowanie roli
                    ONZ przez USA może kiedyś obrócić się przeciwko samym Stanom. Danie wzoru do
                    łamania prawa międzynarodowego i autorytetu cieszącej się jednak jeszcze jakimś
                    autorytetem ONZ może kiedyś sprowokować jakieś państwo do podobnych działań,
                    nawet nie tylko przeciw Ameryce. Jeśli dziś porównuje się ONZ do przedwojennej
                    Ligii Narodów, to właśnie w dużej mierze dzięki Stanom Zjednoczonym. Świat w
                    ten sposób traci jedyny instrument wpływania na państwa i przywódców łamiących
                    normy przyzwoitości. Tymczasem to Stany Zjednoczone ze swoim potencjałem i
                    liczebnością i nowoczesnością armii mogłyby stac się trzonem międzynarodowych
                    sił szybkiego reagowania ONZ, wymuszającym przestrzeganie prawa i porządku w
                    państwach członkowskich, i właśnie z mandatu ONZ. Tylko trzeba by do tego
                    jasnych reguł, także moralnych w polityce zagranicznej USA, a nie polityki
                    zabezpieczania interesu narodowego i prywatnego ekipy rządzącej.

                    5. Nie mogę się nadziwić, dlaczego G.1Bush nie doprowadził do obalenia Husajna
                    w czasie poprzedniej wojny w Zatoce Perskiej. Byłoby to ze wszech miar
                    uzasadnione, także moralnie. Tamta wojna była wojną w obronie najechanego
                    Kuwejtu, a będące w rozsypce irackie wojska poddawały się masowo Amerykanom.
                    Prawdopodobie stary Bush wierzył w to, ze osłabionego Husajna obalą sami
                    irakijczycy. Tak się jednak nie stało, bo w Iraku nigdy nie było ma właściwie
                    żadnej skutecznej opozycji. Raz, że na to nie pozwalał reżim, dwa, że irackie
                    społeczeństwo, jak większość arabskich społeczeństw Bliskiego Wschodu ma raczej
                    sympatię do silnych rządów, choć bez wątpienia Husajn był już nie dyktatorem, a
                    tyranem.

                    6. Myślę, że Stany będą miały spory problem z zainstalowaniem w Iraku ekipy,
                    która byłaby z jednej strony posłuszna Waszyngtonowi, a z drugiej, byłaby w
                    stanie cieszyć się autorytetem Irakijczyków i kontrolować całe terytorium Iraku.
                    Może to oznaczać dla tego państwa okres anarchii i walk wewnętrznych.
                    Bliski Wschód to nie Europa. Tam ludzie hołdują w pierwszym rzędzie trochę
                    innym wartościom niż Amerykanie czy nawet Europejczycy.

                    Wiem, Panie Li, że życie to nie bajka. Właśnie to usiłuję tu fantastom ślepo
                    zapatrzonym w Amerykę uświadomić. Nawet, posługując się prowokacyjnie takimi
                    samymi, tylko z przeciwnego bieguna, stereotypami, ale to po to, żeby moi
                    Szanowni Adwersarze zauważyli, że świat nie jest czarno-biały.
                • Gość: as Re: Niefortunny przykład pan Kulturalnego IP: *.shbiuro.com.pl / 172.21.4.* 09.04.03, 13:00
                  Pan Kulturalny w obronie swoich pacyfistycznych przekonań, ich egzemplifikacją
                  stała się wojna w Iraku, przeprowadził taką oto analogię ze stanem wojennym w
                  Polsce. Zadał mianowicie swojemu adwersarzowi pytanie: "Co byś powiedział,
                  gdyby Reagan Cię wyzwalał od Jaruzelskiego po 13.12 bombami i rakietami,
                  zabijając Twojego brata, ojca, syna lub matkę (...) Na szczęście był wtedy
                  Układ Warszawski". Wprawdzie pytanie nie jest skierowane do mnie, ale ponieważ
                  ma pewne przesłanie ogólne, pozwalam sobie zabrać głos.
                  Jest rzeczą oczywistą, że śmierć mieści się w katalogu zła i ze swej istoty
                  zasługuje na potępienie. Ale ponieważ nie ma zjawisk jednowymiarowych, przeto i
                  śmierć ma rozmaite odcienie (wyłączam jej aspekt religijny); czy zatem
                  komukolwiek przychodzi do głowy kwestionować np. zrywy narodowe, a ofiarom
                  zarzucać bezsensowną śmierć? Nie, ponieważ ludzkie życie nabiera sensu po
                  spełnieniu elementarnej przesłanki - wolności. Czyż nie w imię tej wartości
                  ginęły pokolenia ojców w nadziei przywrócenia wolności synom?

                  Dlatego różnica pomiędzy bombą Reagana (a priori), a kulą Jaruzelskiego (a
                  posteriori) - trzymając się przykładu pana Kulturalnego - polega na tym, że
                  jedna mogłaby przynieść wolność, druga zaś, broniąc socjalizmu, petryfikowała
                  zniewolenie. Istotą sensu ponoszenia ofiar jest więc cel. W tym kontekście
                  przywoływanie przez autora Układu Warszawskiego (zbrojnego oręża zniewolenia),
                  dzięki któremu podobno uniknęliśmy amerykańskiego zbombardowania (pogląd to
                  osobliwy), jest w rzeczy samej próbą kontunuacji poglądów historycznych sprzed
                  lat.
                  • Gość: kulturalny Re: Niefortunne rozumowanie Pan Asa IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 09.04.03, 16:15
                    Na początek proszę uprzejmie Pana Asa o większą staranność cytatów, jeśli już
                    Pan As się cytować decyduje.

                    Pan As pozwala sobie - i słusznie - głos zabierać, szkoda tylko, że po
                    zdecydowanie za krotkich przemyśleniach.
                    Gdyby bowiem był łaskaw pomyśleć dłużej, to doszedłby do wniosku, że istnieje
                    zasadnicza różnica pomiędzy ofiarą z życia, ponoszoną przez naród dobrowolnie
                    (do której zaliczamy np. przwoływane przez Pana Asa zrywy powstańcze), a
                    odbieraniem tego życia komuś drugiemu, co nazywamy morderstwem, zabójstwem,
                    zabijaniem lub podbojem. Różnica pomiędzy obiema w/w sytuacjami zasadniczo
                    polega na tym, że wyzwoliciel zabija ciemiężyciela, a nie wyzwalanego, gdyż
                    wtedy jego postępowanie nie jest wyzwalaniem, lecz patologią, lub obleśnym
                    fałszem. Nie zmieni tego absolutnie żadne tłumaczenie.
                    Życzyłbym sobie zatem, żeby Pan As zastanowił się na przyszłość co pisze i
                    zechciał uważnie przeczytać moje słowa, chwilkę pomyśleć, a potem dopiero
                    odpowiadać i przyklejać mi łatki.

                    Pan As jako człowiek światły powinien tez wiedzieć, że nie po raz pierwszy, i
                    niestety pewnie nie ostatni, hasła o wyzwoleniu niesie się na lufach czołgów,
                    karabinów i na zapalnikach bomb i rakiet i że wówczas właśnie najczęściej są to
                    hasła z gruntu fałszywe.

                    Różnicy pomiędzy bombą Reagana a kulą Jaruzelskiego nie widzę żadnej, bo obie
                    przynoszą śmierć, a nie wolność, no, może ewentualnie różnica jest taka, że
                    bomba przynosi tę śmierć i zniszczenie dorobku życia, znacznie większej ilości
                    osób.

                    Jak to zazwyczaj bywa, istotą sporów moralnych bywa zróżnicowania hierarchia
                    wartości. Wyraźna różnica poglądów pomiędzy mną a Panem Asem polega na tym, że
                    dla mnie wartością nadrzędną jest życie drugiego człowieka, jako coś, w co nie
                    jestem upoważniony godzić. Jedyną sytuacją, jaką mogę sobie wyobrazic w
                    kategoriach wyjątku od tej zasady, jest samoobrona moją lub najbliższych mi
                    osób. Przy czym jeśli zachodzi warunek drugi, to moja agresja skierowanea jest
                    w stronę agresora, a nie osoby bronionej. Ergo, usprawiedliwiam obronę i
                    zagrożenie w niej życia agresora, a nie ofiary.

                    Pan As raczy też zauważyć, że skamielinę pseudo-socjalizmu, jaki zafundował nam
                    PRL udało się jednak rozkruszyć metodą inną niż użycie domniemanych
                    amerykańskich bomb i rakiet, niosących rzekomo wolność zabijanym przez nie
                    cywilom.
                    W tym kontekście przywołanie pamięci instytucji jaką był Układ Warszawski ma
                    ukazać paradoks historii polegający na tym, iż wobec nieobliczalności
                    niektórych - także widocznych w tej dyskusji postaw - stał się on, zasadniczo
                    będąc, podobnie zresztą jak inne pakty wojskowe, narzędziem obrony status quo
                    politycznego państw członkowskich, parasolem chroniącym nas przed libertyńskimi
                    szaleńcami.

                    Pan As, jako - jak widzę - znawca historii stosunków międzynarodowych, niech
                    także nie dziwi się tak temu co napisałem i nie wiedzieć dlaczego nie nazywa
                    moich hipotetycznych przykładów osobliwymi, a poglądów - poglądami sprzed lat.
                    Jeśli bowiem istotną różnicę pomiędzy amerykańską bombą a radziecką kulą Pan As
                    postrzega przez pryzmat wolności, nie powinien mieć złudzeń ani co do tego, że
                    podobnie lub jeszcze bardziej radykalnie mogli myśleć ( i jak widać to dziś -
                    myślą) ci, którymi jest zafascynowany, ani co do tego, po co po II wojnie
                    światowej Stany Zjednoczone rozwijały program nuklearny, ani co do tego, iż
                    faktem było pozostawanie przez Polskę w bloku wojskowym antagonistycznym wobec
                    Stanów Zjednoczonych Ameryki i NATO ze wszystkimi tego potencjalnymi
                    konsekwencjami.

                    Proszę jeszcze o możliwość wyartykułowania podsumowującej refleksji. Otóż żyjąc
                    od wieków w kręgu europejskiego systemu kulturowego, który dopuszczał jako
                    sposób na rozwiązywanie problemów sprawowania władzy wojny, najazdy, podboje i
                    terror religijny, mieliśmy jednak jako Europejczycy przy tym wszystkim coś, co
                    nazwać by można duchem rycerskości jako zbioru reguł i zachowań uznawanych za
                    nienaruszalne przy prowadzeniu wojen. Ten świat odchodzić zaczął w przeszłość
                    wkrótce po rozkręceniu się tego co dziś nazywamy rewolucją przemysłową, u
                    której podłoży leży kult pieniądza i chciwość, niezważająca na metody osiągania
                    celu, chęć posiadania - rozumiana w szerokim tego słowa znaczeniu.
                    Pierwsze oznaki upadku w tym względzie odnotowała pierwsza wojna światowa i
                    użycie na jej polach walki broni chemicznej. Kontynuacją, przybierającą formę
                    jeszcze bardziej straszliwą, była II woja światowa, uderzająca już nie tylko w
                    wojsko - w końcu też ludzi stanowiących część zwykłego społeczeństwa, ale już
                    na skalę masową - w ludność cywilną. Wieńczącym tę spiralę zniszczenia
                    wydarzeniem było zrzucenie przez Amerykanów w sierpniu 1945 roku bomb atomowych
                    na Hiroszimę i Nagasaki. Nie dalej, jak 10 lat temu Europą, a konkretnie
                    Bałkanami, wstrząsały fale czystek etnicznych popełnianych nawzajem przez
                    spokrewnione narody bałkańskie. Do tego trzeba dodać ofiary terroru
                    stalinowskiego, reżimu Pol Pota w Kambodży, ofiary hitlerowskich obozów śmierci
                    i wiele innych.

                    Widać zatem wyraźnie, że stosowanie zasady osiągnięcia zamierzonego celu bez
                    względu na środki, jakich się przy tym używa, jest coraz powszechniejsze, a za
                    jedną z metod umożliwiających jego osiągnięcie, z coraz mniejszymi oporami
                    przyjmuje się niszczenie i eksterminację tych, którzy stanowią w osiągnięciu
                    tego celu przeszkodę, przy czym przyjmuje się, że nawet jeśli ktoś przy okazji
                    niewinnie ucierpiał czy stracił życie, to takie właśnie działanie było/jest
                    konieczne do osiągnięcia jakiegoś ważniejszego dobra innych niż on osób:
                    przestrzeni życiowej, równości klas, powszechnego dobrobytu i stanu, na który
                    często uzurpujący sobie prawo do tego typu działań się powołują: WOLNOŚCI. Za
                    tą pozorną wolnością jednak zawsze w istocie stała jakaś forma dyktatu lub
                    wręcz terroru, i uprzywilejowania silniejszych kosztem słabszych. Skutkiem tak
                    przyniesionej wolności było zawsze jeszcze większe zniewolenie, a zwyciężcy
                    posługiwali się i posługują kłamstwem i manipulacją by osiągnięty stan utrwalić.

                    W moim przekonaniu mamy do czynienia z rozwijającą się "kulturą" egoizmu
                    połączonego z agresją i rosnącą obojętnością wobec ponoszących największe
                    ofiary w wyniku tej agresji. Jest to widoczne zarówno na polu stosunków
                    społecznych, jak i polityki międzynarodowej. Ważny jest komfort zwyciężcy, a
                    nie ofiar walki. Jeśli myślimy o wolności, to dobrze byłoby rozumieć ją jako
                    podporządkowany pewnym regułom moralnym indywidualny stan ducha każdego
                    człowieka, a przy tym uszanować, jako jej integralną część, cała spuściznę
                    kulturową, jaka z tym stanem ducha się łączy.
                    Tematem na oddzielną dyskusję byłoby, o czym już wspomniałem, nadużywanie
                    pojęcia wolności dla w istocie zniewolenia innych i wygrania własnych
                    przywilejów. Na użytek tego, by ze zwykłego człowieka uczynić posłuszną,
                    agresywną i głupawą maszynkę do zabijania, pracuje dziś, świadomie bądź nie,
                    niemal cała technika medialna.

                    Jeśli zaś już mówimy o wartościach najwyższych, to dla mnie wartością najwyższą
                    w życiu jest... samo życie. Jeśli nie ma życia, nie ma ani wolności, ani
                    miłości, ani świadomości.
                    Pierwszą zaś wartością w życiu jest godność osoby. Z poszanowania życia i
                    godności osoby rodzi się zdolność do wartości trzeciej - miłości bliźniego.
                    Dlatego właśnie, i z tej kolejności hierarchii wartości, bierze się moje
                    przekonanie, że jeśli kocham, to walczę nie tylko o swoją, ale też i o czyjąś
                    godność, a jeśli kocham naprawdę, to gotów jestem w imię tej miłości poświęcić
                    własne życie - moją najwyższą wartość - za kogoś drugiego. Jeśli coś takiego
                    można by nazwać dobrem, to antytezą tego jest zło.
                    Dlatego mylą się ci, którzy nazywają mnie pacyfistą, choć generalnie cenię
                    sobie tę ideę jako pożądany kierunek ludzkości, ale jak sądzę tu nie jestem
                    chyba odosobniony.
                    Problemem dzisiejszej wojny jest motywacja przywódców, dowódców i żółnierzy. Z
                    • Gość: kulturalny Re: Tylko dokończę... IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 09.04.03, 16:29
                      (...)
                      Problemem dzisiejszej wojny jest motywacja przywódców, dowódców i żołnierzy.
                      Z tym, o czym pisałem wyżej, ma to coraz mniej wspólnego.

                      Wiem również, że świat był i jest skomplikowany i pełen odcieni szarości
                      raczej, niż bieli i czerni.
                      Te ostatnie istnieją tylko w propagandzie, teorii, i - w co niektórzy, a wśród
                      nich i ja - wierzą - w zaświatach.
                      Boję się jednak, że zamiast moralnie w swej popielatości jaśnieć, robimy się w
                      naszych postawach, przynajmniej niektórzy, coraz bardziej czarni.

                      Mam nadzieję, że te bodaj już trzy przydługie moje teksty rozjaśniły nieco
                      przesłanki moich postaw w omawianych sprawach.
                      Pozdrawiam.
                    • Gość: as Re: Niefortunne rozumowanie Pan Asa IP: *.shbiuro.com.pl / 172.21.4.* 10.04.03, 00:46
                      Na początek proszę Pana Kulturalnego o przyjęcie z serca płynących
                      przeprosin, że niestarannie Go cytowałem i obiecać, że od tej pory najpierw
                      uważnie przeczytam to, co napisał, chwilkę pomyślę (czy przez chwilkę będę w
                      stanie ogarnąć Jego myśli?) i dopiero odpowiem, oczywiście, bez przyklejania
                      łatki. Przepraszam też Pana Kulturalnego za to, że musiał aż zażartować z mojej
                      znajomości historii stosunków międzynarodowych i światłości, bym mógł spłąnąć
                      ze wstydu. Miałbym przeto nieśmiałą prośbę do Pana Kulturalnego, by tak, jak
                      doradzał innym w poskromieniu własnych emocji, tudzież uszczypliwości,
                      skierował ten apel także pod swoim adresem. Sprzyja to i kindersztubie, i
                      kulturze sporu.

                      Odmienne widzenie świata, hierarchia wartości i wnioski jakie wyciągamy z
                      otaczajacej rzeczywistości czynią, że każdy z nas zapewne pozostanie przy
                      swoich racjach. Oto postawiłem tezę, że ludzkie życie nabiera sensu, gdy może
                      być realizowane w warunkach wolności i w imię tej wolności ojcowie je oddawali.
                      Jaka jest zatem różnica w wolności zdobytej bagnetem ojca, a bagnetem
                      sprzymierzeńca przynoszącego tę wolność? Celem jest wolność i jeśli zryw
                      narodowowyzwoleńczy jest usprawiedliwiony - z czym zdaje sią zgadzać Pan
                      Kulturalny - to co powiedzieć o sytuacji, gdy zryw taki jest z rozmaitych
                      powodów niemożliwy?
                      Historia świata wielokrotnie dowodziła, że gdyby społeczność międzynarodowa
                      reagowała nie werbalnie, lecz siłą na niegodziwości i okrucieństwa, wielu z
                      nich udałoby się uniknąć. Oczekiwanie, żeby w głąb historii się nie zapuszczać,
                      że legitymację do walki i usunięcia Pol Pota ma naród kambodżański, zakończyło
                      się śmiercią ok. 3 mln ludzi; Kurdowie sami upomnieli się o swoje prawa do
                      autonomii (5 tys. zagazowanych), czyż oczekiwanie od nich kolejnego zrywu
                      narodowego nie byłoby zwykłą obłudą?
                      Gdy wchodzi do kraju wyzwoliciel, by uwolnić od ciemiężyciela (ja o takim
                      przypadku rozprawiałem), ofiarami mogą być także (niestety) wyzwalani,
                      nazywanie zaś tego mordem lub zabójstwem jest pomieszaniem porządku
                      semantycznego.


                      Przykro mi, że Pan Kulturalny nie dostrzega różnicy pomiędzy bombą Reagana (a
                      priori), a kulą Jaruzelskiego (a posteriori), bo to oznacza, że sprawa wolności
                      lub zniewolenia ma dla niego drugoplanowe znaczenie wobec kwestii zasadniczej -
                      życia drugiego człowieka. Paradoksalnie, można by rzec, że właśnie w
                      zniewoleniu śmierć najczęściej zagląda drugiemu człowiekowi, bo życie nie
                      stanowi tam żadnej wartości.

                      Nie wiem co ma na myśli Pan Kulturalny pisząc o pseudo-socjalizmie w PRL,
                      doprawdy, czyżby ten którego dwa pokolenia Polaków doświadczały nie był
                      prawdziwy? Pytam się więc gdzie był ten prawdziwy?
                      Powiada Pan, że PRL udało się jednak rozkruszyć metodą inną niż użycie
                      domniemanych amerykańskich bomb i rakiet, niosących rzekomo wolność zabijanym
                      przez nie cywilom, jednak ceną tego było życie tych, którzy ginęli w latach
                      piećdziesiątych w procesach "kiblowych", a także rok 1956, 1970, 1976, 1981. W
                      aspekcie ekonomicznym ceną jest 20-letnie zapóźnienie do najbiedniejszych w UE
                      (Grecja, Portugalia), chociaż w okresie trwania II Rzeczypospolitej dochód
                      narodowy (per capita) mieliśmy od nich wyższy; co powiedzieć o spustoszeniu
                      moralnym, etosie pracy etc. Abstrahuję rzecz jasna od realnych możliwości
                      politycznych skrócenia okresu PRL, mówię o zasadzie, że metoda pokojowa jest
                      równie kosztowna i nie zawiera bynajmniej tylko elementow pozytywnych, czego
                      chce dowieść Pan Kulturalny.

                      Dobrze jednak odczytałem Pańskie oceny Układu Warszawskiego, który jawi się
                      Panu, nawet jeśli paradoksalnie, jako parasol ochronny przed libertyńskimi
                      szaleńcami. Na temat tego parasola i jego defensywnego charakteru (utrzymanie
                      status quo) dokładnie co innego mówiła długo skrywana doktryna wojenna i
                      przekonany jestem, zresztą taka jest ocena wojskowych, że gdyby doszło do jej
                      realizacji zapłacilibyśmy srogą cenę za ten - wedle Pana - parasol ochronny.

                      Powiada Pan, że nie jest Pan przekonań pacyfistycznych, ale przeciez to nic
                      wstydliwego, problem jednak w tym, że całkowite odrzucanie siły kończy się jej
                      uzyciem przez tego, z którym chcieliśmy debatować pokojowo, bo myśleliśmy, że
                      jego poglądy w tej materii są tożsame z naszymi. Naiwność może zawalić nie
                      tylko świat naszych ideałów.


                      • Gość: kulturalny Odpowiedź na pytania Pana Asa IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 10.04.03, 23:56
                        Robi Pan wyraźne postępy. Mnie bowiem również lepiej dyskutuje się z Panem w
                        drugiej osobie. To również sprzyja zarówno kindersztubie, jak i kulturze sporu.
                        Co do zagadnienia uszczypliwości, to radzę stosować mądre przysłowie: nie czyń
                        drugiemu co tobie niemiłe.
                        Mam niestety tę słabość, że potrafię być agresywny wobec ludzi agresywnych.
                        Pracuje nad tym usilnie, ale jakoś bez specjalnych rezultatów, więc prosiłbym o
                        branie tego pod uwagę w przyszłości.
                        Żałuję, ze jest Panu przykro z powodu moich poglądów.

                        To prawda, że pierwszoplanową wartością dla mnie jest życie drugiego człowieka.
                        Gdyby Pan As zechciał jednak zadać sobie trud prześledzenia końcówki mojej
                        ostatniej wypowiedzi, zauważyłby, że na drugim miejscu postawiłem jego godność.
                        Ta hierarchia bierze się stąd, że jeśli rozmawiamy o godności (i wolności, o
                        czym za chwilę) osoby, to zakładamy, że chodzi o osobę żywą. Godność osoby
                        martwej to już tylko godność - albo inaczej cześć - jej pamięci, z mówiąc
                        delikatnie - małym pożytkiem dla niej samej. Słuszne zaś prawo do wolności, na
                        które zwraca Pan uwagę, jest - proszę zauważyć - emanacją prawa do godności
                        właśnie, bowiem uszanowanie wolności wynika wprost z uszanowania godności
                        drugiego człowieka. Idąc tym tokiem rozumowania, wszystko, co godzi w godność
                        drugiego człowieka, godzi automatycznie w jego prawo do wolności. Nie mogę się
                        więc zgodzić, że są sytuacje (np. przywoływanie przez Pana zniewolenie), w
                        których życie nie stanowi żadnej wartości, a to z tego powodu chociażby, że
                        utrata wolności, zniewolenie, może być sytuacją li tylko przejściową, zaś
                        utrata życia jest procesem nieodwracalnym,. Zatem obiektywnie, życie jest
                        wartością wyższą niż wolność i godność osoby. Tę zasadę zdaje się potwierdzać
                        istnienie czegoś, co nazywa się instynktem przetrwania. Gdyby - jak Pan pisze -
                        życie nie stanowiło żadnej wartości w warunkach zniewolenia, zniewoleni nie
                        podejmowaliby zrywów powstańczych, tylko popełniali samobójstwa.

                        Pisząc o pseudo-socjaliźmie w PRL mam na myśli pseudo-socjalizm w PRL. To
                        bowiem, co panowało u nas w latach 1944-1989, było w istocie naiwnym
                        przygotowywaniem się władzy do wprowadzenia ustroju powszechnej szczęśliwości,
                        zwanego komunizmem. Aspekt socjalny tamtego ustroju, bo wszak od tego
                        określenia pochodzi słowo "socjalizm" był tylko elementem wspomagającym tych
                        dążeń, a mającym na celu zdobycie przyzwolenia społecznego na marsz
                        ku "najwyższej formie rozwoju ludzkości", czyli czemuś, co próbowano na serio
                        wprowadzać w Chinach Mao Tse Tunga i Korei Północnej. W Polsce więc nie było
                        nigdy - na szczęście - ani prawdziwego komunizmu, ani nie było prawdziwego
                        socjalizmu. Tego drugiego zresztą nie było nigdy nigdzie na świecie.
                        Określenie "socjalizm" zostało zawłaszczone przez komunistów i jako takie
                        odcisnęło się w niewłaściwej potocznej definicji na umysłach - jak widać
                        zresztą - wielu Polaków. Jeśli zaś Pana dziwi to co piszę, to proszę łaskawie
                        zauważyć, że członkiem Polskiej Partii Socjalistycznej był np. marszałek Józef
                        Piłsudski.

                        Co do procesów "kiblowych" i lat 56, 70, 76 i 81 w Polsce, to pragnę wyrazić
                        swoje zdziwienie, iż zasada dopuszczalności ofiar dla jakiejś idei tu jakoś nie
                        bardzo u Pana obowiązuje. Jeśli dopuszczamy - a dotyczy to nas obu - zryw
                        patriotyczny ze wszystkimi jego konsekwencjami co do kosztów także w postaci
                        życia porywających się do walki o własną godność, to niech będzie cześć i
                        chwała jego bohaterom i jeśli uważamy jego koszty za rzecz normalną i
                        dopuszczalną, to bądźmy konsekwentni w każdej sytuacji. Proszę jednak zauważyć,
                        o czym już pisałem, że chęć narażania własnego życia za innych z reguły bierze
                        pod uwagę minimalizację cierpień tych, dla których życie się oddaje i to jest
                        sedno naszego sporu (na marginesie to co robią Amerykanie w Iraku jest czymś
                        dokładnie odwrotnym: minimalizacja własnej ofiary za cenę niewinnej ofiary z
                        życia tych wyzwalanych).

                        Wracając do Polski tamtego okresu: Proszę też zważyć, iż straty liczebne
                        wywalczających nam wolność w sposób w jaki to się odbyło, są dużo mniejsze niż
                        w przypadku domniemanego zastosowania wobec nas wówczas "wariantu irackiego" (o
                        zniszczeniach materialnych, wobec w dodatku zapóźnienia w stosunku do
                        najbiedniejszych krajów o jakim Pan pisze, nie wspominając). Dlatego ci, którzy
                        wówczas narażali swoje życie na prześladowania dla naszej wolności, są dla mnie
                        bohaterami. Ci zaś, którzy wówczas sprzedawali zachodnim wywiadom np.
                        informacje o rozmieszczeniu i potencjale naszych wojsk i wojsk Układu
                        Warszawskiego, są dla mnie, wobec nie tylko przesłanek ekonomicznych i
                        moralnych ich pracy, ale i wobec zagrożenia jakie tym wobec nas powodowali -
                        zdrajcami. Proszę też zauważyć, że dla ówczesnej władzy opozycjoniści byli
                        grupą przeszkadzającą wcieleniu w życie idei, które właśnie w założeniu miały
                        przynieść powszechną szczęśliwość społeczeństwu, a zasada dopuszczenia
                        niewinnych ofiar w walce o szczytny cel, zwana czasem też zasadą mniejszego zła
                        w imię większego dobra, której to zasady Pan i inni tu tak bronią, była
                        naczelną przesłanką represyjnego postępowania tamtej władzy. Skrytą, ale
                        prawdziwą intencją władz była zaś chęć utrzymania się przy władzy i
                        przywilejach. Chichot historii polega na tym, że dokładnie ci, którzy krzyczeli
                        wtedy, że nie istnieje pojęcie "mniejszego zła", bo zło zawsze jest złem, dziś
                        właśnie zasadę dopuszczalności "mniejszego zła" głoszą wobec amerykańsko-
                        brytyjskich zbrojnych działań w Iraku, a ludzi sprzeciwiających się tej
                        względności postaw nazywają w najlepszym razie naiwnymi. Sekret tej metamorfozy
                        leży w ludzkiej naturze i jej - w istocie identycznych - skłonnościach. I na
                        marginesie: ja nigdzie nie napisałem, że metoda pokojowa zawiera tylko elementy
                        pozytywne. Jest - to prawda - ich w niej jednak przytłaczająco więcej, niż w
                        przypadku metod zbrojnych, w krótko i długofalowym okresie i w wielu innych
                        wymiarach: społecznym, ekonomicznym oraz wymiarze utrwalania pewnych postaw
                        rozwiązywania konfliktów także.
                        Póki więc metoda pokojowa jest możliwa, nie należy forsować i usprawiedliwiać
                        metod siłowych.

                        W sprawie Układu Warszawskiego nigdy nie twierdziłem, że był on porozumieniem
                        aniołów i miał wyłącznie szczytne cele. Każdy pakt wojskowy ze swej natury z
                        jednej strony broni przede wszystkim władzy (status quo), a z drugiej zakłada
                        także i agresję dla wygrywania korzyści tych, którym ma służyć. To samo zresztą
                        dotyczyło (o czym nie wprost pisałem) i dotyczy w pewnych szczególnych
                        sytuacjach nadal również i NATO i odpowiednie - tajne zapewne - uregulowania
                        wewnętrzne o tym niewątpliwie też mówią. Paradoks o którym pisałem polegał na
                        tym, że ta instytucja (Ukł.Warsz.) stała się, zapewne wbrew swej woli, jednym z
                        licznych czynników umożliwiających pokojowe, a nie zbrojne - obalenie tego co
                        zwykło się nazywać komunizmem we wschodniej Europie. Co się zaś tyczy
                        realizacji (sugerowanej przez Pana Asa) tajnej doktryny wojennej Układu
                        Warszawskiego, jestem spokojny, że do takowej by nie doszło i za nic nie
                        płacilibyśmy "srogiej ceny", a to dlatego, że potencjał obronny i zaplecze
                        ekonomiczne i gospodarcze państw UW nie było w stanie, nawet w marzeniach władz
                        radzieckich, wygrać z potencjałem militarnym, ekonomicznym i propagandowym
                        drugiej strony potencjalnego konfliktu, z czego cywilne władze ZSRR doskonale
                        zdawały sobie sprawę. W tym sensie - jestem przekonany - doktryna o jakiej Pan
                        pisze, służyła wyłącznie dobremu samopoczuciu sztabowców ZSRR. Dziś zaś służy
                        dobrze celom propagandowym.

                        Na koniec raz jeszcze zwracam uwagę, ze się nie rozumiemy do końca, gdyż ja nie
                        odrzucam możliwości użycia siły, ale staram się poddać pewnym rygorom tego
                        użycia siły zasady.
                        Proszę mi więc nie imputować poglądów analogicznych do tych, które np.
                        doprowadziły do poprzedzającego II wojnę światową układów monachijskich, ani do
                        usprawiedliw
                        • Gość: kulturalny Re: Odpowiedź na pytania Pana Asa (dok.) IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 11.04.03, 00:05
                          Proszę mi więc nie imputować poglądów analogicznych do tych, które np.
                          doprowadziły do poprzedzającego II wojnę światową układów monachijskich, ani do
                          usprawiedliwiania bierności opinii światowej wobec zbrodni Pol Pota, przy czym
                          to ostatnie jest szczególnie nietrafionym porównaniem w kontekście Pańskich
                          zarzutów, gdyż reżim Pol Pota cieszył się mniej lub bardziej skrywaną aprobatą
                          i przychylnością Stanów Zjednoczonych, bo stanowił prochińską przeciwwagę dla
                          ówczesnych wpływów radzieckich w tym rejonie świata, a samo wyzwolenie Kambodży
                          spod rządów Czerwonych Khmerów na których czele Pol Pot stał, odbyło się przez
                          wojska - no niech będzie - komunistycznego i proradzieckiego Wietnamu, a nie
                          miłujących od zawsze demokrację i wolność - Stanów Zjednoczonych. Jak na
                          ironię, podobnie było z afgańskimi Talibami i po części z samym Saddamem
                          Husajnem też.
                          To tyle tytułem wyjaśnienia.

                          I mam prośbę o zakończenie tej dyskusji. Można rozbudowywać wątki poboczne w
                          nieskończoność i nad nimi dyskutować. Nie o to chodzi. Nie uważam się za
                          pacyfistę. Uważam tylko, podobnie jak np. Jan Paweł II, że nie wyczerpano
                          wszystkich możliwości pokojowego zmuszenia Husajna do oddania władzy, mimo że
                          rezim aracki miękł w ostatnim czasie wobec ONZ.
                          USA mogłyby zaatakować Irak po uzyskaniu zgody ONZ wyrażonej w rezolucji, po
                          wyczerpaniu wszystkich innych możliwości. Myślę nawet, że koalicja antyiracka
                          byłaby wtedy znacznie większa, a wojna przyniosła łatwiejsza do
                          psychologicznego nawet zwycięstwa, i pewnie byłoby mniej ofiar.
                          Do takiego obrotu spraw nie dopuściła arogancka pycha obecnej administracji
                          amerykańskiej, w której pierwsze skrzypce gra sekretarz obrony USA, krytykowany
                          za to co zrobił nawet przez amerykańskich wojskowych.
                          Pisałem o tym wszystkim już tu bardzo wyraźnie i nie zamierzam pisać po raz
                          kolejny, jeśli nie ma woli przyjęcia faktów, tylko chęć tworzenia sobie
                          wyimaginowanych obrazów świata na obronę Państwa ulubieńców.
                          Wtedy ma idealne zastosowanie przysłowie: dziadek o wozie, babka o kozie.
                          Pozdrowienia
                          • Gość: as Re: Odpowiedź bez odpowiedzi IP: *.shbiuro.com.pl / 172.21.4.* 11.04.03, 23:48
                            Nie chciałbym Panu dokuczać, ale na miłość boską, czy nie dałoby się skrócić
                            Pańskich komentarzy? Bo jeśli tak dalej pójdzie, to wszystkich Pańskich
                            adwersarzy, nim przeczytają rzecz do końca, trafi po prostu szlag – co byłoby
                            modelową antytezą do głoszonego tu poglądu, że życie ludzkie jest najwyższą
                            wartością.
                            Szanując Pańską wytrzymałość, polemikę ograniczę do rzeczy najistotniejszych.

                            Nie kwestionuję życia jako wartości najwyższej, natomiast powiadałem i
                            powiadam, że nie można jej rozpatrywać w kategoriach absolutu, bowiem są stany
                            wyższej konieczności, gdy życie ustępuje innej wartości – wolności. Gdyby
                            przyjąć zatem Pański pogląd, że „ (...)życie jest wartością wyższą niż wolność
                            i godność osoby” musielibyśmy zakwestionować sens, przywoływanych już w naszej
                            polemice, zrywów narodowowyzwoleńczych, obrony ojczyzny etc., boć przecież ich
                            celem nie jest obrona życia, lecz uzyskanie lub obrona wolności.
                            Gdy pisałem, że życie nie stanowi żadnej wartości w warunkach zniewolenia, bo
                            właśnie tam śmierć najczęściej zagląda drugiemu człowiekowi, miałem na myśli
                            niewielką wartość życia zniewolonych zgotowaną im przez zniewalających
                            (ciemiężycieli). Historia mi świadkiem. Jak można z tego było wysnuć taki oto
                            wniosek: „Gdyby - jak Pan pisze (tzn. ja – przyp. as) - życie nie stanowiło
                            żadnej wartości w warunkach zniewolenia, zniewoleni nie podejmowaliby zrywów
                            powstańczych, tylko popełniali samobójstwa” pozostanie dla mnie zagadką.

                            W PRL obowiązywał ustrój społeczno-polityczny określany mianem socjalizmu, Pan
                            Kulturalny zaś stwierdził, iż był to pseudo-socjalizm, dlatego postawiłem
                            pytanie: jeśli to był socjalizm pseudo, to gdzie był ów prawdziwy socjalizm?
                            Pański wywód na ten temat w zasadzie można by zamknąć w pierwszym zdaniu -
                            „Pisząc o pseudo-socjalizmie w PRL mam na myśli pseudo-socjalizm w PRL.”, co w
                            istocie tłumaczy wszystko i zarazem nie tłumaczy niczego. O ileż łatwiej byłoby
                            wycofać się z błędu niż prowadzić karkołomny wywód o Chinach, Korei Płn. i na
                            koniec w to towarzystwo wmieszać - Bogu ducha winnego – marszałka Piłsudskiego
                            i jego PPS . Ale gdzie był prawdziwy socjalizm, tego się od Pana nie
                            dowiedziałem.

                            Postawiłem tezę, że dochodzenie do wolności metodami pokojowymi, ze swej istoty
                            długotrwałe, wcale nie musi oznaczać mniejszych kosztów, niż metodami siłowymi.
                            Przeciwstawiłem to Pańskiemu poglądowi, iż w Polsce udało się dobrnąć do celu
                            (1989 r.) pokojowo, ale przecież za 40 lat trwania w Polsce socjalizmu
                            płaciliśmy cenę życia, a płacimy - zapóźnienia w rozwoju . A Pan swoje, że
                            procesy ”kiblowe” i ofiary roku 56’, 70’, 76’, 81’ mieszczą się w kosztach
                            narodowowyzwoleńczych zrywów. Czyżby wyrażał Pan pogląd, że zrywy z tamtych
                            lat miały cokolwiek wspólnego z odzyskaniem niepodległości i wolności w
                            samostanowieniu o własnym losie? O jakiej zatem wolności możemy mówić u boku
                            ówczesnego ZSRR.

                            Wątku o Amerykanach w Iraku nie będę podejmował, podobnie płk. Kuklińskiego,
                            ponieważ mamy krańcowo odmienne poglądy na te tematy, a w materii ogólnej, w
                            której się spieramy, służyłyby one, co najwyżej, jako kolejne przykłady na
                            poparcie głoszonych tez.

                            W sprawie Układu Warszawskiego i Pańskiej wiary, że skrywana doktryna wojenna o
                            możliwości zaatakowania państw NATO opracowana była, przepraszam, "dla jaj",
                            kłóci się choćby z Pańską tezą o zdradzie płk. Kuklińskiego, który przecież
                            przekazał dokładne plany tego ataku Amerykanom. Czy można zatem mówić o
                            zdradzie, gdy przekazuje się "jajcowe" kwity?

                            Pozdrawiam


                            • Gość: kulturalny Odpowiedź kończąca mam nadzieję tę wymiane zdań... IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 12.04.03, 07:30
                              Dobrze, Drogi Panie, choć miałem już naprawdę nic nie pisać.

                              1. Również uważam, że wolność (godność ludzka) jest dla życia, a nie życie dla
                              wolności (godności). Z tego wynika, że życie jest wartością wyższą. Właśnie
                              walczymy w zrywach o wolność i godność, ale dla życia przecież. Chyba się Pan
                              nieco zaplątał i stąd te obszary zagadkowości w Pana konstrukcji logicznej.
                              Zaznaczam, że nie chodzi mi o dokuczanie nikomu, tylko o jasność spojrzenia i
                              szukanie prawdy.

                              2. Prawdziwego socjalizmu nie było nigdzie. Było tam to wprost napisane
                              (przykro mi, że muszę cytować samego siebie: cyt." Tego drugiego zresztą nie
                              było nigdy nigdzie na świecie."). Nie mam więc jak Pan widzi z czego się
                              wycofywać, mqam - może mylne - wrażenie, że to raczej Pan nie rozumie (albo nie
                              chce zrozumieć) tego, co wprost napisałem.

                              3. W wątku o zrywach z kolei ja autentycznie nie rozumiem o co Panu chodzi.
                              Również - jak sądzę - pisałem jasno. Podejrzewam tę samą przyczynę co w punkcie
                              pierwszym: Zaplątał się Pan i teraz głupio się do tego przyznać. Może tylko
                              tyle napiszę, pomagając humanitarnie wyplątać się Panu z chaszczy w jakie był
                              się Pan wpakował, że gdyby nie te zrywy właśnie, nękanej jednak nimi
                              władzy "ludowej" (w dodatku przypominającej właśnie na nasze szczęście w swoim
                              komunizmie rzodkiewkę, w przeciwieństwie do np. komunistycznego aparatu
                              chińskiego o którym Pan nie chce słuchać i jego metod działania - tych z Placu
                              Tienanmenn) nie przyszłoby zapewne do głowy siadać z Wałęsą do okrągłego stołu.

                              4. O Amerykanach w Iraku wylaliśmy rzekę - hmm - bitów chyba. Gdyby mnie czytać
                              uważnie, zauważy Pan, że widziałbym nawet ich armię w Iraku, ale na trochę
                              innych, sankcjonowanych prawem międzynarodowym zasadach. Nie traktuję bowiem
                              rządów Husajna jako raju dla Irakijczyków. A już szczytem moich marzeń jest, by
                              kolos pod nazwą USA częściej używał, i uczył swoje dzieci i wielbicieli używać
                              najpierw - głowy, a nie najpierw pięści. Może nawet wtedy dałby się przeze mnie
                              bardziej polubić.

                              5. Co do Pańskiego wątku ostatniego, to jawi on mi się jako już zupełne
                              pomieszanie przyczyn, skutków, tez i antytez. Doktryna wojenna Ukł. Warsz. Nie
                              była "dla jaj", tylko dla dobrego samopoczucia generałów radzieckich. Proszę mi
                              np. dalej zarzucać pacyfizm, ale wojsko w przeważającej ilości swych
                              przedstawicieli to doprawdy specyficzna formacja społeczna, której choć nie
                              grzeszy specjalnie uniwersalną inteligencją wydaje się, że jest ulepiona z
                              gliny o wiele lepszej niż cywilny motłoch. Piszę to, mając w niedawnej historii
                              swej rodziny czterech wyższej rangi wojskowych. (Przy czym - na marginesie -
                              nic tak nie wyrabia poglądów pacyfistycznych, jak poznanie wojska od środka,
                              bynajmniej nie przede wszystkim w rodzinie.) Ta mieszanka częstego kompleksu
                              wyższości i złudzeń o swej misji, pozwoliła generalicji ZSRR na stworzenie
                              zabawki, którą mogli się oni zabawiać i nią dowartościowywać. Ale w istocie
                              zabawka ta (doktryna) miała tyle wspólnego z realiami, co samochód na ulicy z
                              tym na trzy baterie R-6. Dziś straszy się nią znów mentalne dzieci. Realność
                              zaś hipotetycznego ataku amerykańskiego była dużo większa, ze względu zarówno
                              na przewagę technologiczną i ekonomiczną, jak i na specyficzną mentalność
                              niemal wszystkich amerykańskich przywódców, którą poznać można było
                              wielokrotnie w historii, m.in. w Wietnamie, Libii a ostatnio w Iraku. O
                              zdradzie zaś mówić można, gdy ktoś zobowiązany dobrowolnie złożoną przysięgą o
                              dochowanie tajemnicy, tajemnicę tę zdradza komuś, kto ma wobec tego komu
                              przysięgało się służyć wrogie zamiary. Otrzymywanie zaś np. pieniędzy za tego
                              typu działalność tę zdradę jeszcze bardziej podkreśla i powiększa.

                              Na koniec musze podzielić się odczuciem, że w gruncie rzeczy różnimy się
                              poglądami w sprawach naprawdę zasadniczych o wiele mniej, niż można by odnieść
                              wrażenie po lekturze naszej wymiany poglądów w tym wpisie.

                              PS. Życzę Irakijczykom wszystkiego najlepszego, ale na razie wolność sprowadza
                              się tam do szabru i dewastacji. Doniesiono m.in., że tłum niszczy pracownie,
                              laboratoria i sprzęt elektroniczny na uniwersytecie bagdadzkim oraz że
                              bezpowrotnie zniszczonych w wyniku szabru i dewastacji Muzeum Archeologiczne
                              Kultury Perskiej w Bagdadzie, z wieloma bezcennymi dla całej ludzkości
                              rekwizytami. W Bagdadzie niema wody, prądu, żywności i lekarstw. W mieście
                              Nadżaf, do którego Amerykanie przywieźli pierwszego duchowego przywódcę, który
                              miał zacząć organizować miejscowe władze, doszło do brutalnego samosądu na
                              przywiezionym i do jego zabójstwa oraz do próby przepędzenia żołnierzy
                              amerykańskich. Dość to ciekawe zachowanie, jak na liczne doniesienia o
                              powszechnej euforii Irakijczyków i wdzięczności w stosunku do USA. Jak się ma
                              kamerę i pieniądze, to obiektywem można sfilmować wszystko, czego dusza
                              zapragnie, nawet obalanie pomników przez miejscowych. Drugi osobnik w rękawie
                              amerykańskim, który kreowany jest na przywódcę Iraku, przez ponad 40 lat na
                              emigracji, a więc mało znany, był dodatkowo, jak się okazuje, skazany za
                              defraudacje dużych kwot pieniężnych. To właśnie skutki używania pięści, a nie
                              głowy w pierwszej kolejności. Decydując się już na atak, Amerykanie i
                              Brytyjczycy powinni zawczasu zadbać o wyznaczenie administracji irackiej
                              zdolnej zaprowadzić porządek po wojnie i przewidzieć całą logistykę działań dla
                              powojennej stabilizacji codziennego życia w Iraku.
                              Teraz zaś, gdy jedyny ratunkiem dla porządku w Iraku i zapobieżenia uczynienia
                              z niego wylęgarni światowego terroryzmu godzącego jak na ironię głównie w USA,
                              ale i niestety pewnie w Polskę byłoby wprowadzenie administracji ONZ iw Iraku,
                              nie chcą się na to zgodzić... Stany Zjednoczone.
                              Odsyłam do mojego tekstu sprzed kilku dni, z moimi wnioskami, a szczególnie do
                              zawartych tamże punktów 5 i 6.
                              I mam propozycję, aby może już przejść do podsumowań...?

                              Pozdrawiam.
                              • Gość: as Re: Odpowiedź kończąca mam nadzieję tę wymiane zd IP: *.shbiuro.com.pl / 172.21.4.* 13.04.03, 22:40

                                1. W sprawie wolności i życia powiedziałem już wszystko. Mogę tylko uzupełnić
                                to krótkim, logicznym wywodem: życie poświęcam dla wolności, lub wolność
                                poświęcam dla życia - obydwa zdania są prawdziwe; życie poświęcam dla życia,
                                lub wolność poświęcam dla wolności – obydwa zdania są fałszywe. Jeśli wobec
                                tego wywodu mój adwersarz stoi także w opozycji, to oznaczałoby, że jednego z
                                nas źle nauczano logiki formalnej.
                                Umieram (oddaję życie) dla ideałów (wolności, godności, niezawisłości, prawdy),
                                ale nie umieram przecież w imię życia. Skoro oddaję życie dla ideału, to
                                oznacza, że stanowi on dla mnie wyższą wartość niż moje życie.
                                Pańskiej tezie, że wolność nie może istnieć bez życia, przeto życie jest
                                wartością najwyższą, przeciwstawię pogląd, że bez tlenu nie ma życia, przeto
                                tlen jest wartością wyższą od życia itd. Absurdy można tworzyć bez liku, tylko
                                po co? I proszę, dajmy już temu spokój.

                                2. Jeśli prawdziwego socjalizmu nie było – z czym się Pan zgadza – to czy mógł
                                istnieć pseudo-socjalizm? Przeto czy można nazwać okres PRL, że panował tam
                                pseudo-socjalizm? Panował po prostu najprawdziwszy socjalizm, empirycznie
                                dowiedziony. Upieram się przy tym dlatego, że są tacy, którzy twierdzą, iż w
                                PRL panował pseudo-socjalizm (właśnie) i z tego powodu doświadczaliśmy
                                wypaczonej rzeczywistości, gdyby zaś obowiązywał socjalizm prawdziwy –
                                powiadają oni – byłoby zupełnie inaczej. Jakbym słyszał propagandową pieśń
                                przeszłości: socjalizm – tak, wypaczenia – nie.

                                3. Genezą wszystkich kryzysów w okresie PRL była niewydolność ekonomiczna
                                systemu. Dlatego w żądaniach protestujących pojawiały się przede wszystkim
                                postulaty poprawy warunków materialnych, czasem swobód politycznych (Wolne
                                Związki Zawodowe), jednak w żadnym razie nie formułowano postulatów o
                                charakterze niepodległościowym (z góry określane jako nierealne) – a przecie
                                właśnie one są istotą zrywów narodowowyzwoleńczych.
                                Nie podzielam Pańskiej opinii, że dzięki tym protestom doszło w Polsce
                                do „okrągłego stołu” i – jak rozumiem - zrodzenia się niepodległej III
                                Rzeczypospolitej, bowiem bez bankructwa ekonomicznego systemu, a w następstwie
                                politycznego upadku Moskwy ani w Polsce nie byłoby „okrągłego stołu”, a w
                                Pradze - „aksamitnej rewolucji”, ani muru berlińskiego nikt by nie ważył się
                                ruszyć itd. Rola opozycji demokratycznej i ofiar systemu jest nie do
                                przecenienia, ale klucz do zmian tkwił poza Polską. Piszę hasłowo, ponieważ
                                temat to zbyt obszerny na tego typu dyskusję.
                                Podtrzymuje więc mój wcześniejszy pogląd, że pokój może być równie kosztowny,
                                co wojna; 40 lat pokoju w warunkach socjalistycznych, okupiliśmy - oprócz
                                zacofania cywilizacyjnego - ofiarami zbrodni komunizmu (nie zaś ofiarami
                                poległymi na polu chwały – różnicy, której Pan nie dostrzega lub ją lekceważy).

                                4. O Amerykanach w Iraku będzie jeszcze czas podyskutować po zakończeniu wojny.
                                Nie wydaje mi się wszak, żeby lekceważący ton, nawet jeśli się ich nie lubi,
                                czy wręcz obsesyjnie nienawidzi, był dobrą płaszczyzną do rozpoczynania
                                dyskusji.

                                5. Powiada Pan, że doktryna wojny ofensywnej (1964 r.) prowadzonej przez Układ
                                Warszawski stworzona była dla dobrego samopoczucia radzieckich generałów.
                                Zapewne z tego samego powodu w 1949 r. ZSRR dokonał pierwszej eksplozji bomby
                                atomowej, w 1957 r. wystrzelił rakietę międzykontynentalną, a w 1961 r.
                                dokonał próby z bombą wodorową o sile 50 megaton (grzyb sięgnął 64 km
                                wysokości). Żeby to samopoczucie radzieckich generałów poprawić, Chruszczow np.
                                wysłał na Kubę wyrzutnie rakietowe zdolne do ataku atomowego na USA, a
                                wcześniej Stalin rozpętał wojnę koreańską. Tylko gwoli przypomnienia; doktryna
                                wojny ofensywnej zakładała wyprzedzające użycie broni jądrowej przez Układ
                                Warszawski i szczegółowo wyznaczała cele.
                                Można oczywiście słuchać rodzinnej generalicji i dawać im wiarę, osobiście
                                wolę sięgać do powszechnie dostępnych materiałów źródłowych i opracowań
                                historycznych. W nich nie ma wyłącznie imperializmu radzieckiego, ale i nie ma
                                tylko amerykańskiego. Bo nie ma świata czarno-białego, o czym Pan przekonywał
                                nie tak dawno jednego z forumowiczów.
                                Pozdrawiam
                                • Gość: kulturalny Nie chem ale muszem odpowiedziec - kiedy koniec? IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 13.04.03, 23:54

                                  1. a) Swoje życie poświęcam dla życia drugiego. b) Swoje życie poświęcam dla
                                  wolności drugiego. Co na to Pańska logika formalna? Jeśli moje życie ma dla
                                  mnie wartość mniejszą niż życie drugiego, to znaczy że kocham tego, dla kogo
                                  oddaję swoje życie, niezależnie od tego, że obiektywnie każde życie jest
                                  wartością, w którą wpisuje się wolność, a nie na odwrót. Coś takiego nazywa się
                                  potocznie ofiarnością, czyli poświęceniem rzeczy większej, ale własnej dla
                                  rzeczy mniejszej, ale cudzej. Motywacją zaś jest miłość.

                                  2. Jest Pan, jak większość Polaków skażony ideologią i chyba również zapadł Pan
                                  na ideologiczną alergię. Czy Pan też uwierzył, że socjalizm istnieć może
                                  wyłącznie jako forma przejściowa w drodze do komunizmu? Co do propagandy, to
                                  podobno filozofii marksistowskiej podobno uczą na wykładach z filozofii w
                                  seminariach. Czy sądzi Pan, ze to z miłości do Marksa? Gdyby w Polsce był
                                  prawdziwy socjalizm, a nie socjalizująca przykrywka poczwarki komunizmu, na
                                  pewno byłoby trochę inaczej. Czy było lepiej - nie wiem. Podejrzewam, że chyba
                                  nie. Socjalizm taki byłby mniej ideologizujący, choć samo jego założenie jest
                                  obciążone chyba zbyt dużą dozą idealizmu. Ideały trudno wcielają w życie
                                  ludzie, którym - każdemu zresztą z nas - do ideału z reguły daleko.

                                  3. Nie podzielam pańskiej Opinii, ze jedynym podłożem i intencją protestów i
                                  strajków w Polsce był aspekt ekonomiczny. Proszę prześledzić 21 postulatów
                                  sierpniowych. Równoległym, choć nie eksponowanym celem było rozszerzenie
                                  zakresu swobód i wolności, a celem jeszcze bardziej skrywanym, który na krótką
                                  metę uderzał także i w nas, ale na dłuższą dał nam wolność - ekonomiczne,
                                  ideologiczne osłabienie systemu i morale towarzyszy w systemie, jaki wówczas
                                  panował. Zgoda, że bez woli zmian w obrębie samych elit bloku (co w skrócie ja
                                  opisałem jako "rzodkiewkowatość" naszych komunistów, tym bardziej ujawnianą, im
                                  bardziej na Wschodzie rozwijała się gorbaczowowska pieriestrojka), nie było by
                                  przemian. Komunizm (nazwijmy to tak umownie) zdychał, ale mógł jeszcze gdyby
                                  chciał zrobić to, co zrobili w Chinach 4.06.1989 prawdziwi komuniści chińscy i
                                  nie byłoby zmiłuj się. Nawet nie dali by Panu świeczki na pomniku zapalić.
                                  Dlatego właśnie
                                  różnicę pomiędzy ofiarami na polu chwały, a ofiarami walki z systemem
                                  dostrzegam i o niej wielekroć pisałem. Może tylko dodam, ze jest to mniej
                                  więcej co do skutków taka przewaga pierwszych nad drugimi, której się Pan
                                  uparcie dopatruje, jak przewaga powstań listopadowego i styczniowego i
                                  traconych na stokach cytadeli, nad przygotowaniem koncepcji państwowości i
                                  pojedynczymi ofiarami strzelaniny przy rozbrajaniu Niemców, Rosjan i Austriaków
                                  w 1918 roku. Powstania dały tylko ofiary i represje; zaś rok 1918 przyniósł
                                  Polsce niepodległość. Proszę zauważyć podobieństwa sytuacji zewnętrznej do roku
                                  1989 i przestać mówić, że bilans ofiar samobójczego zrywu w PRL-u
                                  lub "wyzwalania" nas przez Amerykanów, na które odpowiedzią mogłaby być próba
                                  zastosowania doktryny jądrowej przez państwa Układu Warszawskiego byłby suma
                                  summarum mniejszy niż bilans 45 lat PRL-u i okrągłego stołu, bo zakrawa to w
                                  najlepszym razie na złą wolę i kpinę z faktów, pomijając już to że chyba sobie
                                  sam Pan przeczy.

                                  4. Nie używam w stosunku do Amerykanów ani lekceważącego tonu, ani ich nie
                                  nienawidzę.
                                  Posądzanie zaś o obsesję jest wyłącznie częścią Pańskiej złośliwości, a nie
                                  opisu stanu faktycznego. To włąsnie amerykanofobowie nie mogą znieść prawdy o
                                  pewnych faktach, niezbyt dla USA poręcznych i dlatego zarzucają innym
                                  nienawiść do Ameryki.

                                  5. ZSRR dokonał pierwszej, PRÓBNEJ podkreślam eksplozji bomby atomowej w 5 lat
                                  po zrzuceniu takiej samej bomby atomowej przez Stany Zjednoczone na dwa
                                  japońskie miasta. Już to powinno dać Panu do myślenia kto naprawdę był do czego
                                  zdolny. Chruszczow zaś rozmieścił rakiety na Kubie (Kryzys Karaibski) w
                                  odpowiedzi na rozmieszczenie rakiet amerykańskich wymierzonych w ZSRR w Turcji.
                                  Proszę być na tyle uczciwym, by nie przemilczać faktów, które są dla Pana
                                  niezbyt wygodne w dyskusji, tym bardziej gdy Pan powołuje się w niej
                                  na "materiały źródłowe".

                                  Pozdrawiam
                                  • Gość: as Re: Może to juz koniec? IP: *.shbiuro.com.pl / 172.21.4.* 15.04.03, 00:04
                                    1.Podtrzymuję – życie jest wartością najwyższą, ale nie w kategoriach absolutu,
                                    są bowiem stany wyższej konieczności, gdy ustępuje ono innej wartości. Moja
                                    logika formalna podpowiada mi, że rozprawiamy o życiu i wolności w kategoriach
                                    skończonych pojęć (samodzielnych idej w danym ściśle określonym czasie) nie zaś
                                    o wielu życiach i wielu wolnościach, bo takich nie ma, przeto nie możemy
                                    zastępować jednej kategorii pojęciowej tą samą, lub je ze sobą porównywać.
                                    Nie zmienię zdania nawet wtedy, gdy Pan onnmax będzie jeszcze ambitniej
                                    wspierał Pańskie poglądy; myślał, pisał i argumentował w Pańskim stylu oraz
                                    korzystał z łącza tego samego operatora.

                                    2. Tylko ideologia społeczno-polityczna zmaterializowana daje się realnie
                                    ocenić – w PRL i w całym bloku wschodnim obowiązywał socjalizm. Różnice
                                    pomiędzy teoretycznymi założeniami, a praktyczną realizacją wcale nie muszą
                                    skłaniać do dezawuowania praktyki (jakoby był to pseudo-socjalizm), zwłaszcza
                                    że żadnego innego (lepszego) wdrożenia w życie teorii socjalizmu nie znamy.
                                    Zatem jego wartość praktyczną zweryfikowało życie. Z pozostałą częścią
                                    Pańskiego wywodu na ten temat nie podejmuje polemiki, ponieważ jest –
                                    przepraszam – od rzeczy.

                                    3. Nie pisałem, że jedynym podłożem protestów był aspekt ekonomiczny, lecz że
                                    przede wszystkim - o politycznych przesłankach też wspomniałem. Artykułowałem
                                    natomiast brak żądań (nie ma w tym żadnej mojej krytyki) o charakterze (sensu
                                    stricte) niepodległościowym. Postulaty sierpniowe choć poszerzały granice
                                    wolności – zgoda – nie były żądaniami niepodległościowymi (abstrahuje od ich
                                    racjonalności i realności).
                                    Nie bardzo rozumiem, dlaczego władza w Polsce miałaby urządzać krwawą jatkę(na
                                    wzór placu Tian’anman) u schyłku lat 80-tych, kiedy znacznie więcej mogła
                                    osiągnąć drogą negocjacji i w istocie osiągnęła. No nie, aż tak nisko tej
                                    władzy nie oceniam. Przykład o tyle nietrafny, że sytuacja polityczna i
                                    ekonomiczna państw satelickich ZSRR, była całkowicie różna od Chin.
                                    W pozostałej kwestii ręce mi opadają, przecież cały mój wywód był hipotetyczny
                                    i dotyczył tezy, że jeśli ginąć to w imię wolności (bomba Reagana) a nie
                                    zniewolenia (kula Jaruzelskiego). Pan na to, że do wolności doszliśmy bez
                                    amerykańskich rakiet i cywilnych ofiar – ja zaś, że cenę jednak zapłaciliśmy.
                                    Cała reszta to jakaś groteska.

                                    4. Powiada Pan, że nie używa w stosunku do Amerykanów ani lekceważącego tonu,
                                    ani ich nie nienawidzi. Oto próbki Pańskich określeń zaczerpnięte z tego
                                    forum: „Biedacy służą w amerykańskiej armii dla żołdu, który jest dla nich
                                    szansą na wyrwanie się z biedy. 11 września może ich jakoś obchodzi, ale
                                    podejrzewam, że raczej nie on ich motywuje do udziału w tej wojnie (chodzi o
                                    Irak – przyp. mój). Oprócz nich są oczywiście biali patrioci amerykańscy
                                    różnego regimentu, wśród nich ci wychowani na westernach i chipsach także”.
                                    „Przy czym proszę zauważyć, że ideologia amerykańska tak bardzo nie odbiega od
                                    ideologii komunistycznej, też mówi o wolności i o karierze pucybuta, tyle że tu
                                    pucybut aby zajść wysoko nie musi wyznawać kultu Marksa, tylko kult dolara. W
                                    komunizmie drzwi otwierano przed zaprzedanymi idei, tu drzwi otwiera się przed
                                    zaprzedanemu pieniądzowi, przy czym im mniej sentymentów i zasad, tym większe
                                    szanse na sukces”. Czy mam to komentować?

                                    5. Mój stosunek do USA nie jest bałwochwalczy, dostrzegam w ich polityce,
                                    zwłaszcza po II wojnie światowej cały splot miernych zachowań (Jałta, potem
                                    1956 r.), ale postrzegam ten kraj jako imperium rywalizujące z ZSRR. Pan
                                    tymczasem uznaje imperialne zachowania ZSRR jako moralnie uzasadnione, boć
                                    przecież Rosjanie odpowiadali jedynie na zagrożenia amerykańskie. Temat na
                                    odrębną dyskusję – z powodu późnej godziny, z pewnością nie na teraz.

                                    Pozdrawiam

                                    • Gość: kulturalny Re: Tak, to już chyba koniec IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 15.04.03, 16:52
                                      1. Drogi Panie, ma Pan chyba nadmiar wolnego czasu (emerytura?), ja niestety go
                                      w takiej aż ilości nie mam i korespondencja na forum nie jest dla mnie ani
                                      nakazem chwili, ani absolutem, ani też natręctwem, w związku z powyższym bardzo
                                      mi przykro, ale najprawdopodobniej nie będę kontynuował wymiany zdań. Pan
                                      onnmax zachowuje się wobec nas obu obraźliwie, więc nie chcę rozwodzić się ani
                                      nad tym co pisze ani nad Jego osobą, a że ma podobny styl pisania - no cóż -
                                      rzeczywiście, posługuje się tym samym językiem polskim.
                                      Być może też jego logika formalna zbliżona jest do mojej. Zaś z modemowego
                                      łącza TP SA, szanowny Panie, korzysta w Rzeszowie - podejrzewam - lekko biorąc
                                      co najmniej z tysiąc osób, jeśli nie więcej.

                                      Co do meritum, to życie jest proszę Pana nie tylko pojęciem filozoficznym, ale
                                      i stanem fizjologicznym niepowtarzalnym gdy je rozpatrywać w punktu widzenia
                                      poszczególnych jednostek. To chyba dość oczywiste, że istnieje coś takiego jak
                                      moje życie, i Pana życie i dla każdego z nas jest to stan indywidualny i
                                      niepowtarzalny. Podobnie jest z przeżywaniem wolności. Ktoś umiera, ktoś inny
                                      się rodzi. Czyjeś doświadczenie się kończy, czyjeś dopiero zaczyna. Jeśli tak,
                                      to nie wiem dlaczego nie może Pan przyjąć prawdy o ofierze z życia jednej osoby
                                      jako darze dla życia drugiej osoby. Chyba nie jest Pan aż takim egoistą, że nie
                                      jest sobie w stanie takiej sytuacji wyobrazić? Nie rozumiem więc Pana zupełnie,
                                      gdy Pan pisze: "[rozmawiamy nie] o wielu życiach i wielu wolnościach, bo takich
                                      nie ma, przeto nie możemy zastępować jednej kategorii pojęciowej tą samą, lub
                                      je ze sobą porównywać."
                                      Podejrzewam, że Pan po prostu w ten sposób ucieka od tematu, gdy dyskusja
                                      przybiera niewygodny dla Pana obrót. Dlatego Pana odpowiedź, która zapewne dość
                                      szybko się pojawi, pewnie nie wzbudzi już mojego zainteresowania. Proszę już z
                                      góry, aby mi to wybaczyć.

                                      Co do punktu 2. - to co Pan prezentuje, zeszło i logicznie, i pod względem
                                      savoir vivre'u do poziomu, do którego ja schodzić nie zwykłem. Przykro mi więc,
                                      ale nie znajdzie Pan tam już mojego towarzystwa. Pańskie dywagacje, które
                                      sprowadzają się do tego w istocie, że rozmawiać można tylko o tym, czego
                                      doświadczyliśmy, wskazują jednak chyba na spore mankamenty poznawcze Pańskiej
                                      logiki formalnej. Rzeczywiście, rozmowa nie ma tu więc sensu, nawet przy dobrej
                                      woli.

                                      Co do punktu 3. radzę nie marnować czasu na opisywanie tego co już napisaliśmy,
                                      tym bardziej, jeśli - co widać jednoznacznie - w istocie nie rozumie Pan ani co
                                      piszę ja, ani nawet tego, co pisze Pan sam. Nie czuję się upoważniony jednak do
                                      formułowania pilnych - jak mi się wydaje w tej sytuacji - wniosków i
                                      postanowień, które leżą w Pana raczej kompetencjach i Pana dotyczą.

                                      Co do punktu 4 - nabieram coraz większego przekonania, że przed kursem logiki
                                      formalnej powinien Pan przejść test na stopień rozumienia tekstu napisanego w
                                      języku polskim.
                                      Zanim zacznie się pisać epistoły o teorii względności, warto by było może
                                      sprawdzić najpierw jak jest ze znajomością tabliczki mnożenia. Ciekaw jestem,
                                      czy jeśli gdzieś usłyszy Pan np.informację o Polakach żyjących poniżej minimum
                                      socjalnego albo o - bo ja wiem - np. bywalcach wiejskich dyskotek z muzyką
                                      disco-polo, również uzna to za przejaw nienawiści do Polski i Polaków. Niczego
                                      nie pragnę więcej ponad to, by Pan już niczego nie komentował.

                                      Co do punktu 5, to znów zachęcałbym, aby - jeśli już Pan zdecydował się
                                      powoływać się na logikę formalną, spróbował, zaczął, ją studiować. Ćwiczenia
                                      nad rozumieniem tekstu byłyby tu niezłą rozgrzewką. (Rok 1956 a polityka
                                      amerykańska - bardzo jestem ciekaw, co Pan miał na myśli podając to hasło jako
                                      przejaw mierności zachowań amerykańskich, ale pytał nie będę, bo jak sądzę,
                                      niczego sensownego na ten temat się od Pana nie dowiem, nawet, gdyby Pan wylał
                                      tu przede mną całe morze tekstu.)

                                      Pana intencje co do tego, co by Pan chciał ode mnie przeczytać (a czego ja
                                      wcale nie napisałem) proszę zaś sobie schować do kieszeni, zamiast wkładać w
                                      moje usta niewypowiedziane przeze mnie tezy, by potem z nimi zaciekle walczyć.
                                      Proszę przyjąć, że ja nie uznaję żadnych imperialnych zachowań za moralnie
                                      uzasadnione. Nie jestem też - i to mówiąc delikatnie - fanem ZSRR. Wszystko co
                                      zrobiłem, to po prostu przytoczyłem fakty, które po raz kolejny wzbudziły
                                      Pańską agresję, której skrywanie przychodzi Panu jak widzę z coraz większym
                                      trudem. W trosce zatem o Pana (i swoje) zdrowie i nadciśnienie
                                      najprawdopodobniej zaprzestanę dalszej dyskusji, bo widzę, że ani ona nie ma
                                      sensu, ani nie jest mile widziana, ani niczego nowego już sobie nie powiemy.
                                      Najwyżej coś, czego potem można by żałować.

                                      Zatem pozdrawiam i życzę Wesołych Świąt.

                                      PS jeśli Pan będzie miał w czasie Świąt gości, albo goście Pana ( :) ), to
                                      radzę uprzejmie rozmawiać o pogodzie. Tu zazwyczaj logika formalna
                                      poszczególnych osobników nie wykazuje aż tak daleko posuniętych różnic
                                      interpretacyjnych.

                                      Pozdrawiam
                                      • Gość: as Re: Tak, to już chyba koniec IP: *.shbiuro.com.pl / 172.21.4.* 16.04.03, 18:27
                                        Drogi Panie Kulturalny,
                                        powiada Pan, że moja odpowiedź już nie wzbudzi Pańskiego zainteresowania i z
                                        tego powodu z góry prosi Pan o wybaczenie. A ja jestem pewien, że ją Pan
                                        przeczyta, choćby dlatego, że ma Pan polemiczną duszę, przeto i ja nie będę
                                        musiał niczego wybaczać. Żałuję wszak, że ta Pańska dusza daje się ponieść
                                        emocjom i zamiast podpowiadać, by dyskurs wieść w kierunku racji, skłania
                                        właśnie ku emocjom, z którymi trudno polemizować. Ale ja nie jestem
                                        człowiekiem małostkowym, więc ani się tym nie obrażam, ani nie dobędę
                                        odwetowego oręża, by zaspokoić próżną satysfakcję dołożenia Panu, zwłaszcza że
                                        spór jaki toczymy dotyczy, wedle mnie, rzeczy istotnych, o których coraz mniej
                                        ludzi chce rozmawiać.
                                        Proszę Pana, wydaje mi się, że mamy sprecyzowane poglądy, które każdy z nas
                                        stara się wyartykułować, a następnie obronić. Zdarza się więc, że w ferworze
                                        polemiki jeden drugiemu dopiecze próbując obalić argumenty przeciwnika,
                                        zwłaszcza gdy obaj mają temperament polemiczny, a i ostre pióro nie jest im
                                        obce. Ale żeby z tego powodu rwać szaty i obrażać się?
                                        Doprawdy, im szybciej nabieramy dystansu wobec samych siebie, tym łatwiej nam
                                        uwierzyć, że Ci, którzy myślą od nas inaczej niekoniecznie muszą należeć do
                                        świata, którym pogardzamy: pop-corn-inteligencji, disco-polo lub emerytów z
                                        nadmiarem czasu. Wpadanie w manierę arogancji niweczy możliwość tolerowania
                                        poglądów innych niż własne. Co przedkładam Pańskiej rozwadze w przededniu
                                        zbliżających się Świąt Wielkanocnych.

                                        1. Dziękuję za przypomnienie mi, że życie może być stanem fizjologicznym, co
                                        nie wpływa bynajmniej na stan mojej świadomości w kwestiach pojęć i ich
                                        hierarchii wartości.

                                        Z Pańskich sformułowań zawartych w punktach 2,3,4 da się jedynie wywieść, że
                                        człowiekiem światłym jest Pan Kulturalny (chociaż dalibóg z czego miałoby to
                                        wynikać - poza oczywiście przekonaniem Pana Kulturalnego – nie bardzo
                                        wiadomo), zaś jego adwersarz, czyli ja człowiekiem marnych predyspozycji
                                        intelektualnych. Nie będę odwoływał się do katalogu norm moralnych, dlatego
                                        powiem, że ludzie mówią na to – pycha.


                                        5. Ponieważ nie chce Pan słuchać mnie na temat roku 1956 i Amerykanów, proszę
                                        więc przeczytać, co mają do powiedzenia inni, których nie da się zbyć kpiarską
                                        odmianą logiki formalnej przez wszystkie przypadki: „ Jesień 1956 r. była
                                        ostatnim okresem, w którym amerykańska polityka wyzwolenia Europy Środkowo-
                                        Wschodniej miała jakieś szanse. Związek Radziecki nie posiadał jeszcze pocisków
                                        atomowych o zasięgu globalnym, a bezpośrednia konfrontacja USA – ZSRR nie
                                        niosła za sobą ryzyka natychmiastowego bombardowania miast amerykańskich przez
                                        radzieckie rakiety z ładunkiem nuklearnym. Był to przełomowy moment w historii
                                        powojennej. W chwili gdy imperium radzieckie kruszyło się w Polsce i na
                                        Węgrzech, a sam Kreml przeżywał trudności wewnętrzne, pakt północnoatlantycki
                                        okazał się niespójny, prezydent USA Eisenhower zaś zachował bierność.”
                                        (Wojciech Roszkowski – Półwiecze. Historia polityczna świata po 1945 roku.
                                        Wydawnictwo Naukowe PWN 2002 r.)

                                        Dziękując za życzenia dla mnie oraz moich gości życzę z kolei Panu, by te
                                        Święta były oprócz tradycyjnych wartości, również czasem przemyśleń.
                                        Pozdrawiam
                                        • Gość: kulturalny Mój protokół rozbieżności IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 21.04.03, 00:57
                                          Panie As, proszę mnie już nie wodzić na pokuszenie i nie otwierać tu nowych
                                          frontów. Mnie już ten szczęk oręża znużył, tym bardziej, iż nabieram coraz
                                          głębszego przekonania, że to raczej (na szczęście) nie wojna, a pokaz dla
                                          publiczności, niczym w Golubiu-Dobrzyniu albo czymś innym takim. Proszę też nie
                                          stosować wobec mnie metody kija i marchewki - ja naprawdę nie wiem co sobie Pan
                                          o mnie myśli, ale osobiście wcale się nie czuję osłem.

                                          Emocje owszem, były, ale to po obu stronach i Pan dobrze o tym wie. Mamy owszem
                                          sprecyzowane poglądy, i może Pana zdziwię, ale - nie żałując niemal niczego co
                                          napisałem - uważam Pana za barwną i ciekawą postać do słownego pojedynkowania
                                          się.
                                          W tę barwność wpisuję również cały arsenał uników i sztuczek, i chwytów z
                                          pogranicza dopuszczalności, jakie było mi dane u Pana poznać. Ja naprawdę lubię
                                          i cenię ludzi o czytelnych poglądach, umiejących bronić swych racji, nie
                                          zmieniających ich w zależności od politycznych wiatrów. Mam słabość do ludzi
                                          lubiących iść pod prąd intelektualnemu czy politycznemu owczemu pędowi, bo
                                          pomijając już zarazę konformizmu uważam, że człowiek powinien kontrolować
                                          szarymi komórkami - ku własnemu i innych pożytkowi - swe instynkty stadne. A
                                          tym, którzy starają się to robić na argumenty i w sposób mieszczący się w
                                          regułach przyzwoitego zachowania, należy się mój szczery szacunek, a po
                                          zakończeniu pojedynku zwykła ludzka życzliwość. Za innymi od naszych poglądami
                                          bowiem stoi człowiek taki sam jak ja i jak Pan i jeśli to co mówi i robi nie
                                          jest rażąco naganne moralnie - przeważnie całkiem poczciwy, choć czasem zdarty
                                          jak stara winylowa płyta, na którą przed laty ktoś coś nagrał i ona to w dobrej
                                          wierze tylko odtwarza jak poczuje przypływ energii. Czasem ewentualnie może ona
                                          denerwować jak się zatnie i zacznie w kółko o tym samym.

                                          Emerytami - zapewniam - nie gardzę. Chodziło mi wyłącznie o to że mają dużo
                                          czasu. Co do pozostałych to chyba się Pan zgodzi, że aby nie wpaść w pychę i
                                          nie być oskarżanym o arogancję, nie muszę wcale pisać, iż podzielam ich
                                          fascynacje i gusta.
                                          I chyba zgodzi się Pan także, że owszem, każdy człowiek zasługuje na szacunek,
                                          ale nie każdy styl i sposób pojmowania życia wart jest umieszczania w panteonie
                                          równorzędnych sobie wzorców do naśladowania.

                                          Pozwoli Pan, że w nawiązaniu do pierwszego zdania tego listu nie odniosę się do
                                          tego co Pan napisał w punktach 1-4. Może co najwyżej radziłbym częściej
                                          zaglądać w lustro. Chociaż może niekoniecznie w to w przedpokoju.

                                          Odnośnie punktu 5., to zachodzę w głowę, co naprawdę miał na myśli P.Roszkowski
                                          pisząc, że „Jesień 1956 r. była ostatnim okresem, w którym amerykańska polityka
                                          wyzwolenia Europy Środkowo-Wschodniej miała jakieś szanse." Bardzo jestem
                                          ciekaw na co miała szanse i w jaki sposób. Trochę rozjaśnia mi tu sprawę
                                          następne zdanie, że "Związek Radziecki nie posiadał jeszcze pocisków atomowych
                                          o zasięgu globalnym, a bezpośrednia konfrontacja USA – ZSRR nie niosła za sobą
                                          ryzyka natychmiastowego bombardowania miast amerykańskich przez
                                          radzieckie rakiety z ładunkiem nuklearnym". Dalej mamy jeszcze oskarżenie NATO
                                          i prezydenta USA o bierność. Wychodzi na to, że jedynym krajem, który mógł
                                          sobie pozwolić na bombardowanie miast przeciwnika (czyli też i nas) pociskami
                                          jądrowymi, były Stany Zjednoczone i autor w/w cytatu nie może sobie znaleźć
                                          miejsca z żalu, ze do tego nie doszło. Jak Pan zapewne wie, taka aberracyjna
                                          koncepcja wyzwalania jest dla mnie nie do przyjęcia i moim osobistym zdaniem
                                          świadczy o poważnych zakłóceniach w zakresie systemu wartości i zdolności
                                          logicznego myślenia. I nic tu nie pomoże ani wydawca, ani wydawnictwo, ani
                                          cytowany, ani cytujący. PWN swego czasu wydawał też inne książki, także te typu
                                          dzieła Kim Ir Sena. To wszystko więc, co miało tu podejrzewam budować autorytet
                                          powyższego cytatu, ma dla mnie wartość względną, natomiast - ja tak uważam -
                                          jeszcze raz potwierdza tylko, i to bardzo dobitnie, moje tezy, które
                                          przedstawiłem już wcześniej w tej dyskusji.

                                          A co do przemyśleń, to chyba zdarzają mi się nawet za często. Wnioski z nich w
                                          sumie nie są raczej budujące, choć mają ten plus, że pozwalają łatwiej budować
                                          zdrowy dystans do otaczającej nas rzeczywistości i pozbywać się złudzeń.

                                          Na koniec, mimo to, chciałbym Panu i Pana Bliskim złożyć najlepsze życzenia
                                          świąteczne i życzyć, ażeby wszyscy mogli doświadczać zwycięstwa w sobie i
                                          wokół siebie tego, co prowadzi ku życiu, a nie ku pogubieniu.

                                          Pozdrawiam.

                                • Gość: onnmax Odpowiedź kończąca mam nadzieję tę wymiane zdań. IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 14.04.03, 00:58
                                  Gość portalu: as napisał(a):

                                  >
                                  > 1. W sprawie wolności i życia powiedziałem już wszystko. Mogę tylko uzupełnić
                                  > to krótkim, logicznym wywodem: życie poświęcam dla wolności, lub wolność
                                  > poświęcam dla życia - obydwa zdania są prawdziwe; życie poświęcam dla
                                  > życia lub wolność poświęcam dla wolności – obydwa zdania są fałszywe. Jeśli
                                  > wobec tego wywodu mój adwersarz stoi także w opozycji, to oznaczałoby, że
                                  > jednego z nas źle nauczano logiki formalnej.
                                  > Umieram (oddaję życie) dla ideałów (wolności, godności, niezawisłości,
                                  > prawdy), ale nie umieram przecież w imię życia. Skoro oddaję życie dla
                                  > ideału, to oznacza, że stanowi on dla mnie wyższą wartość niż moje życie.
                                  > Pańskiej tezie, że wolność nie może istnieć bez życia, przeto życie jest
                                  > wartością najwyższą, przeciwstawię pogląd, że bez tlenu nie ma życia, przeto
                                  > tlen jest wartością wyższą od życia itd. Absurdy można tworzyć bez liku,
                                  > tylko po co? I proszę, dajmy już temu spokój.

                                  Wolność jest zdaje się jednym ze stanów opisujących jakość życia? Życie
                                  natomiast nie jest już jednym ze stanów opisujących jakość tlenu. Absurdy można
                                  tworzyć bez liku, tylko właśnie po co, Panie As?
                                  Czy Pan jest pewny, że Pan naprawdę rozumie o co tu chodzi?

                                  A tak w ogóle to może byście już skończyli tę przydługą dyskusję? Czy też wieść
                                  ją będziecie aż do końca świata, zapełniając w ekspresowym tempie serwer gazety
                                  tasiemcowymi kartochami, ku rozpaczy Ad-Mi-n-a i jego kolegów z Centrali?
    • Gość: kris Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.prz.rzeszow.pl 08.04.03, 15:51
      Ci protestujący to oni zawsze będą przeciwko nawet jak uwolniono Afganistan od
      talibów oni też byli na nie. Kiedyś (koło 1989-90 roku)tej grupie kazano w
      ramach kolegium posadzić drzewostan koło Polibudy. Dziś rosną piękne drzewa.
      Widać do czegoś się przyczynili. Może tak teraz coś pożytecznego porobią.
      • Gość: Saladyn Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 10.04.03, 20:44
        Wszytskim pacyfistom, w szczególności Kulturalnemu proponuję działanie zamiast
        wypisywania tysięcy zdań na tym forum.
        Najlepsza data 1 maja i to nie tylko dlatego, że to świeto robotnicze, ale
        także dlatego, że dzień ten jest bardzo świętowany w najbardziej pacyfistycznym
        kraju Europy-Francji.
        W jedną łapkę sztandary z pacyfą w drugą grabki lub miotełka i zróbcie coś
        pożytecznego w imię pokoju na świecie ;)
        • Gość: werner Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.rzeszow.sdi.tpnet.pl 10.04.03, 23:06
          Gość portalu: Saladyn napisał(a):

          > Wszytskim pacyfistom, w szczególności Kulturalnemu proponuję działanie
          zamiast
          > wypisywania tysięcy zdań na tym forum.
          > Najlepsza data 1 maja i to nie tylko dlatego, że to świeto robotnicze, ale
          > także dlatego, że dzień ten jest bardzo świętowany w najbardziej
          pacyfistycznym
          >
          > kraju Europy-Francji.
          > W jedną łapkę sztandary z pacyfą w drugą grabki lub miotełka i zróbcie coś
          > pożytecznego w imię pokoju na świecie ;)

          Polecam Kulturalnemu przeprowadzic się do żabojadów. Oni miłują pokój: swój
          własny -szczególnie kosztem innych.
          • Gość: kulturalny Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 10.04.03, 23:47
            Papieża też wyślesz do "żabojadów"?
        • Gość: kulturalny Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 10.04.03, 23:44
          Gość portalu: Saladyn napisał(a):

          > Wszytskim pacyfistom, w szczególności Kulturalnemu proponuję działanie
          zamiast
          > wypisywania tysięcy zdań na tym forum.
          > Najlepsza data 1 maja i to nie tylko dlatego, że to świeto robotnicze, ale
          > także dlatego, że dzień ten jest bardzo świętowany w najbardziej
          pacyfistycznym
          >
          > kraju Europy-Francji.
          > W jedną łapkę sztandary z pacyfą w drugą grabki lub miotełka i zróbcie coś
          > pożytecznego w imię pokoju na świecie ;)

          Nie jestem Saladynie pacyfistą. Ale chyba wiem, dlaczego sie nie rozumiemy.
          Jedni starają się myśleć, innym wystarczy co im powiedzą inni.
          • Gość: Elekon Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 11.04.03, 09:20
            Panowie, dajcie już spokój naprawdę...

            Każde dziecko wie, że polityka jest dziwką, a Wy tu piszecie o niej jak o
            dziewicy.
    • Gość: kris Re: Protesty antywojenne w Rzeszowie IP: *.prz.rzeszow.pl 11.04.03, 09:02
      Po tym jak mieszkancy Iraku dziękują Ameryce że ich wyzwoliła protesty
      antywojenne zniknęły jak rękał odjął. Ciekawe dlaczego?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka