isis!
14.03.02, 22:29
MNIAM!!! Jedno wielkie mniam!
Nie wiem czy zacząć od wspomnień, czy od nowości, ale radzę Wam – spieszcie na
Dni Kuchni Bułgarskiej w Vincencie, bo trwają tylko do 21 marca.
Byłam dzisiaj po raz drugi na tych dniach i jestem zachwycona, zwłaszcza, że
wcześniej nie znałam kuchni bułgarskiej.
Tych, którzy będą mi wypominać, że chwalę się drogimi knajpami, od razu
zapewnię, że bez szaleństw można w pojedynkę, a nawet w dwójkę najeść się za 32
zł.! Można skomponować zestaw (do którego karafka wina kosztuje tylko 8 zł),
składający się z przystawki, zupy i dania głównego, lub tylko przystawki lub
zupy i dania głównego, jeśli jest ono droższe.
Ljutenica – Apetitka: pikantny mus z pomidorów, papryki i bakłażana (na zimno,
podawany z gorącymi, rewelacyjnymi bułeczkami razowymi z ziarnami). Po raz
pierwszy w knajpie nie musiałam niczego doprawiać – zazwyczaj sypię niesamowite
ilości pieprzu i papryki (zawiodłam się pod tym względem na „Dniach Kuchni
Węgierskiej” – też zresztą w Vincencie). Zupa, qrcze, zapomniałam nazwy, ale z
białej fasoli – pycha, mniam, delikatna, ale wyrazista, z widoczną ciemną
zasmażką, ale klarowna. Był jeszcze chłodnik (ponoć tez pyszny – z opowiadań
ludzi bywających w Bułgarii), ale dziś było za zimno, a poprzedniego razu
miałam droższe drugie, więc na zupę nie starczyło. Szopski salat – ogromna
sałata z kapustą pekińską (to trochę zepsuło smak), pomidorami i ogórkami, za
duża, by potem wsunąć danie główne. Sirenie po szopski – feta (ale zupełnie
inna niż grecka), zapiekana z papryką i cebulą, a na wierzchu jajko sadzone.
Kulinarne mistrzostwo! Z tym, że za pierwszym razem papryka była w płatach i
przypieczona wcześniej – chyba na patelni, ale mięciutka, delikatna, a za
drugim – w paskach i półsurowa. Mnie zdecydowanie odpowiadała bardziej ta
pierwsza. Jajko mało ścięte (wolę mocniej), zmieszało się w trakcie jedzenia z
warzywami i trzeba było wybierać łyżką. Giuwecz – wieprzowina z warzywami –
megadanie! Podobnie jak sirenie po szopski podane w glinianym naczyniu,
zapieczone w piecu (przez co do końca konsumpcji trzyma ciepło), ale naczynie 3
razy większe!!! Wieprzowina mięciutka, warzywa urozmaicone: cukinia, fasolka
szparagowa, ziemniaki, brokuły (choć jeśli się nie mylę – w prawdziwym giuweczu
nie powinno ich być!), o typowych marchewkach i reszcie nie wspominając. Całość
bardzo pikantna, okraszona „kępkami” gęstego sosu pomidorowego. Ale za duża,
więc polecam jako danie dla dwojga.
Polecano mi też jagnięcinę w listkach kapusty, ale mam uprzedzenia do baranów
(patrz: Zwieracz, hehe). No i uwieńczenie – deser! Wybrałam, za namową
przemiłej kelnerki pudding karmelowy – i oniemiałam. Tak pyszny deser typu
budyniowego jadłam tylko w Valras Plage na Lazurowym Wybrzeżu (nosił tam nazwę
deseru angielskiego), ale nie miła tak wspaniałego dopełnienia w postaci sosu
karmelowego! Deser podany na firmowym talerzu Vincenta (płaskim, kwadratowym,
szklanym z pęcherzykami powietrza i napisem „Vincent” – zarówno na szkle jak i
na cukrze – pudrze; ten drugi wykonany ręcznie, wykałaczką, przez
utalentowanego kucharza). Całość uwieńczona listkiem melisy.
Ludzie, to nie jest reklama, powiem więcej – gdybym chciała być interesowna,
robiłabym antyreklamę, bo właściciel Vincenta zalazł mi, mojej pianistce i
mojej studentce (niezależnie!) za skórę i jest wrednym typem. Czasami mam
wyrzuty sumienia, że daję mu na sobie zarobić.
Ale trzeba mu przyznać – lokal ma klasę (on nie!), a jedzenie jest
pierwszorzędne.
Za chwilę ciąg dalszy...