Dodaj do ulubionych

WIELOWROCŁAW

IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 22.06.05, 12:43

Wrocław, zamiast rozdrapywać rany historii, wykorzystuje ją do budowy swego
wizerunku jako miasta wspólnej, wielokulturowej przeszłości. W
przeciwieństwie do Warszawy.


KLAUS BACHMANN

Powoli zapełnia się wielka barokowa sala Auli Marianium w głównym gmachu
Uniwersytetu Wrocławskiego. Przez godzinę gości ona w ten dzień około stu
studentów z Francji, Niemiec i Polski, którzy odbywają wspólny rajd
samochodowy z Paryża do Kijowa. We Wrocławiu mają za sobą krótkie zwiedzanie
miasta i konferencję prasową, teraz kilku pracowników naukowych Centrum
Willy’ego Brandta ma im zorganizować debatę na temat „Czy Wrocław jest
miastem wielokulturowym”. Na początek głosowanie: Kto uważa, że tak jest?
Ponad 60 rąk idzie do góry, w tym też studentów z Paryża, Marsylii, Monachium
i Berlina. Młodzi ludzie, którzy pochodzą z metropolii z dzielnicami
etnicznymi, gettami, gdzie konflikty z imigrantami są na porządku dziennym,
już po godzinie pobytu we Wrocławiu uznali to miasto za wielokulturowe, mimo
że nie ma tu ani dzielnicy żydowskiej, ani islamskich imigrantów, ani China
Town, nieliczne pizzerie są przeważnie w polskich rękach, a ukraińscy turyści
i robotnicy nawet nie rzucają się w oczy. W trakcie dyskusji tylko jeden
student polemizuje z tezą o wielokulturowości Wrocławia: „Wrocławska
wielokulturowość nie polega na tym, że on taki jest, lecz na tym, że chciałby
takim być”. Ale jak to jest możliwe, że grupa studentów – wszystkich spoza
Wrocławia – już po krótkim zwiedzaniu miasta akceptuje ten mit o
wielokulturowości?

Pojęcie „miasta wielokulturowego” powstało w latach 70. i 80. w Europie
Zachodniej jako pewna koncepcja, która miała umożliwić bezkonfliktowe
współżycie miejscowej ludności i imigrantów (głównie z Europy Południowej i z
krajów muzułmańskich i afrykańskich) w wielkich aglomeracjach. Koncepcja
wielokulturowości była odpowiedzią na rosnący niepokój rdzennych mieszkańców
w biednych dzielnicach Frankfurtu, Amsterdamu, Brukseli i Paryża, którzy
obawiali się pogorszenia szans swych dzieci na rynku pracy w sytuacji, kiedy
wzrost liczby gorzej wykształconych, nie znających języka dzieci imigrantów
mógł prowadzić do obniżenia poziomu nauczania w szkołach. Potem doszły do
tego obawy przed wzrostem przestępczości i utratą tradycyjnego charakteru
tych dzielnic, które coraz bardziej stawały się gettami dla przybyszów.

Rzecznicy koncepcji wielokulturowości domagali się nie tylko tolerancji, ale
przystosowania się rdzennej ludności do imigrantów. Dokonywali też
odpowiedniej reinterpretacji przeszłości, odwołując się do rzekomo
wielokulturowej historii Austro-Węgier, wskazując na to, że żadne europejskie
państwo nigdy nie było monoetniczne, odkrywając nawet wielokulturowe wątki
historii Prus, Niemiec, Francji.

W tym sensie Wrocław nie jest żadnym miastem wielokulturowym. Nie ma tu
żadnych gett, nie ma prawie żadnych imigrantów, są jedynie turyści. Nikt nie
domaga się, aby wrocławianie – celem lepszej integracji z niepolskimi
mieszkańcami miasta – uczyli się na przykład czeskiego lub niemieckiego w
szkołach. Koncepcja wielokulturowości we Wrocławiu jest rozwiązaniem
nieistniejącego problemu. Dlaczego więc Wrocław stara się o wizerunek, który
nie przystaje do rzeczywistości? Odpowiedź jest stosunkowo prosta: taki
wizerunek jest korzystny i dość zgodny z tym, jak to miasto jest postrzegane
z zewnątrz. Również Wrocław dokonał reinterpretacji swojej historii,
integrując (niektórzy mogliby powiedzieć zawłaszczając) w nią całą przeszłość
miasta: wątki czeskie, austriackie, niemieckie, polskie, ukraińskie. Nawet
niemieckimi noblistami – choć zasługi niektórych dla ludzkości są wątpliwe –
nie gardzono i zaliczano ich do tradycji Uniwersytetu Wrocławskiego, który
dziś odwołuje się do spuścizny po Uniwersytecie Lwowskim i do dawnego Breslau
jednocześnie.

Wielokulturowość Wrocławia jest więc mitem – ale w przeciwieństwie do mitu,
jaki prezydent Kaczyński i jego zwolennicy pragną narzucić Warszawie, jest on
bardzo pożyteczny, bo odwołuje się do sposobu myślenia i do pojęć, które w
Europie Zachodniej są natychmiast rozumiane i podchwytywane. To może brzmieć
paradoksalnie, ale kontrowersyjna propozycja, aby we Wrocławiu budować
alternatywne wobec projektowanego przez Erikę Steinbach Centrum przeciwko
Wypędzeniom, nie byłaby możliwa, gdyby ów wrocławski mit o wielokulturowości
nie został zaakceptowany przez część niemieckiej opinii publicznej.
Niemieccy, francuscy, holenderscy turyści przyjeżdżają do „wielokulturowego
Wrocławia” i wcale im nie przeszkadza, że nie ma tu ani China Town, ani
odpowiednika berlińskiego Kreuzbergu czy podparyskich bidonvilles. Patrzą na
architekturę, podziwiają stary rynek, zwiedzają Panoramę Racławicką, a potem
japoński ogród, cmentarz żołnierzy włoskich, dziwią się czołgom radzieckim na
cmentarzach wojskowych, być może dowiadują się o istnieniu Ossolineum i
kiwają głowami: owszem, bardzo wielokulturowe to miasto. Któż to wie, że
przedstawiciele tych wszystkich kultur nie mieli okazji, aby się spotkać, bo
wszystkich po kolei przepędzano w mało wielokulturowy sposób tam i z
powrotem.

Błędem byłoby jednak sprowadzenie zalet tego wrocławskiego mitu tylko do
zysków z turystyki. Tak samo jak Warszawa Wrocław mógł się kreować na miasto
męczenników, cierpienia i roszczeń. Stałby się wtedy polskim miastem
wypędzonych, ofiar przesiedleń, wygnanych z raju, obrońców polskości (na
Kresach!) i ofiar ukraińskich nacjonalistów. Takie środowiska są w mieście,
ale na jego wizerunek nie mają one żadnego wpływu. Zamiast kreować się na
miasto bojowników i ofiar, Wrocław wybrał wizerunek bardziej twórczy,
aktywny, obywatelski. Wrocławski mit podkreśla nie to, co zostało stracone
(Lwów, Kresy, dawna mała ojczyzna), lecz to, co zostało zdobyte, osiągnięte:
odbudowa i renowacja miasta integrująca wszystkich. Wrocławianinem może dziś
być każdy: powracający Niemiec, przybyły z Kresów Polak, Austriak, który
sobie kupuje stary zamek pod miastem, Ukrainiec, który tu osiadł, Żyd ze
wschodniej Polski, który tu uciekł po wojnie, aby rozpocząć nowe życie.
Wrocław nie tylko różni się od Warszawy, ale też od wielu innych miast,
budujących swój wizerunek na rzekomej lub prawdziwej polskości. Za koronny
przykład może tu służyć Przemyśl – miasto, które ma prawie wszystkie zalety
Wrocławia, ale postanowiło z nich nie korzystać, tylko kreować się na
forpocztę polskości wobec Ukrainy. Skutki są opłakane: mimo że Przemyśl ma
dziś proporcjonalnie więcej niż Wrocław niezniszczonej architektury i
spuścizny, której można by przypisać wielokulturowość, to w Polsce i za
granicą uchodzi za prowincjonalne, zamknięte w sobie i ksenofobiczne
miasteczko. Austriaccy, niemieccy, amerykańscy turyści (i młodzi
wrocławianie), którzy przesiąknięci mitami o wielokulturowości szukają śladów
mniejszości, innych wyznań – jeżdżą do hanzeatycko-wileńskiego Gdańska, do
Wrocławia. Albo do ukraińskiego Lwowa, którego elity starają się nawiązać do
sukcesu wrocławskiego mitu.

Żaden z tych mitów, żaden z tych wizerunków nie jest prawdziwy, wszystkie
budowane są na sztucznej konstrukcji dziejów, która abstrahuje od faktu, że
ani w Warszawie, ani we Wrocławiu, ani w Przemyślu większość mieszkańców nie
ma bezpośrednich związków z przedwojenną ludnością tych miast. Wrocławski,
niemal postmodernistyczny, mit wielokulturowości jest pewną sztuczną
konstrukcją, ale w przeciwieństwie do warszawskiego i przemyskiego jest
przynajmniej nowoczesny, pożyteczny, integrujący, umożliwia otwartość na
świat, nastraja optymistycznie, zachęcając do kreatywności i nadaje się, aby
go sprzedać za granicą.

Klaus Bachmann jest wieloletnim korespondentem prasy niemieckiej i
austriackiej w Polsce i w krajach
Obserwuj wątek
    • map4 Re: WIELOWROCŁAW 22.06.05, 12:47
      Wypadało by jeszcze podać, że artykuł ukazał się w zeszłotygodniowej "Polityce".
      • Gość: Escape Re: WIELOWROCŁAW IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.06.05, 12:48
        Erni - i co z tego? I tak trzeba stąd uciekać!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka