essimoza
02.09.09, 07:31
Mija lato i trzeba przyznać, że było wyjątkowo udane. Ciepłe, słoneczne dni
sprzyjały wypoczynkowi na łonie natury. Ci Wrocławianie, którzy zdecydowali
się pozostać w mieście bardzo często udawali się na pikniki, grille czy po
prostu długie spacery do wrocławskich parków. Ja również należę do tej grupy.
Tego lata spędziłam w parkach więcej czasu niż we własnym domu:P No cóż,
uwielbiam pikniki połączone z rekreacyjnym sportem w gronie przyjaciół:)
Wiadomo, że gdy w parku siedzi się wiele godzin, czasami nawet większość dnia,
to pojawia się potrzeba wysikania się co jakiś czas. I tu zaczyna się kłopot,
ponieważ większość zielonych enklaw Wrocławia nie jest wyposażona w szalety,
ani nawet w toitoie. Człowiek, MUSI złamać prawo i załatwić się pod
krzaczkiem, bo co innego można zrobić? Problem ten urósł do sporej rangi na
Wyspie Słodowej, którą w ciepłe dni ludzie obsiadali niczym muchy. Otóż na tej
wyspie są strefy, koło których przechodząc można zwymiotować z powodu
panującego tam smrodu (np. pod zieloną kładką). A wszystko dlatego, że na
Wyspie Słodowej, nie ma się gdzie załatwić. Cały ten miejski przybytek natury
został pięknie wyremontowany, zrobiono ścieżki, postawiono designerskie ławki
i latarnie - wszystko wygląda cud miód, ale zapach... :/
Sama nieraz, spędzając wolny czas czy to na Wyspie Słodowej, czy to w jednym z
wrocławskich parków, pomimo ogromnych wyrzutów sumienia i lęku, że zostanę
ukarana mandatem, szukałam odosobnionego miejsca między krzakami, żeby
załatwić potrzebę. I muszę przyznać, że choć jestem spokojną i pogodną osobą,
to sfrustrowałam się ogromnie, gdy pewnego, weekendowego dnia, będąc w parku
Szczytnickim przypadkiem natrafiłam na pokaz naszej dumy lokalnej - fontanny.
Obejrzałam go do końca, przecież drugi raz taka okazja może się nie
przytrafić, zważywszy, iż raczej wątpię, by kiedykolwiek chciało mi się
specjalnie przyjeżdżać tylko, żeby zobaczyć to tryskające wodą cudo. Po
zakończonym pokazie poczułam, iż bardzo pilnie muszę skorzystać z toalety i
przypomniało mi się, iż niedaleko, przy Mickiewicza stoi szalet. Pobiegłam tam
czym prędzej, zresztą nie ja jedna, bo tłum na pokazie fontanny był całkiem
spory. Niestety - szalet był zamknięty. Mocno zawiedziona zaczęłam szukać
dogodnej lokacji w krzakach, podobnie uczyniła grupka innych ludzi, no bo cóż
mieli zrobić? Szkoda, że nikt z władz miasta (czy komu tam podlega ten
nieszczęsny szalet) nie wpadł na pomysł, że skoro organizuje się wieczorne
pokazy fontanny, na które walą tłumy, warto byłoby zapłacić osobie siedzącej w
tym kibelku za nadgodziny, żeby w dni pokazu szalet czynny był nieco dłużej.
Zdaję sobie sprawę, że są ważne wydatki publiczne jak budowa obwodnicy,
stadionu, remonty dróg etc. Ale zasikane parki, parki w których ludzie
zmuszani są niejako, do łamania prawa, to problem, który można rozwiązać, bez
wielkich nakładów finansowych. Budowa jednego szaletu nie pochłania chyba
milionów. Wystarczyłoby wybudować po jednym, w większych parkach po dwa, a
ułatwiłoby to życie wrocławianom. W ostateczności, można postawić toitoie na
żetony, schowane w krzaczkach, tak by nie zakłócały parkowych krajobrazów.
Wiem, że to nie jest palący problem, ale na prawdę bardzo nie lubię sikać po
krzakach, zważywszy, iż jest to wykroczeniem.
No to wylałam swój żal:)