Tak bym proponował

Na początek może takie pytanie: w jakiej kolejności
uszeregowalibyście ich płyty? Z krótkim uzasadnieniem...
Moje typy:
1) The Queen Is Dead - szczytowe osiągnięcie: album najrówniejszy,
najbardziej spójny brzmieniowo... Zawierający prawdopodobnie największe ich
osiągnięcie, czyli hymn "There Is A Light That Never Goes Out". Fantastycznie
melodyjna płyta. Morrissey w rewelacyjnej formie pisarskiej. Potrafi wzbudzić
uśmiech ("Frankly Mr Shankly"), by po chwili wzruszyć ("I Know It's Over").
Klasyk, którego wstyd nie znać. A najlepiej znać na pamięć.
2) The Smiths
Debiut. Genialne "Reel Around The Fountain", poza tym trzy pierwsze ich
single, w tym "This Charming Man"... Do tego nieco słabiej znane "Pretty
Girls Make Graves", albo inny mój cichy faworyt, "I Don't Owe You Anything".
2-3 mniej błyskotliwe fragmenty nie psują ogólnego wrażenia: jednego z
najlepszych debiutu dekady.
3) Strangeways, Here We Come
W zasadzie na równi z kolejnym na liście "Meat Is Murder". Trzy ostatnie, co
najmniej dobre single The Smiths (a "Girlfriend In A Coma" i "Last Night I
Dreamt..." wręcz fenomenalne), bardzo podobają mi się jeszcze początek - "A
Rush And A Push And The Land Is Ours" i zamknięcie - "I Won't Share You". Ale
już takie "Death At One's Elbow" - niekoniecznie.
4) Meat Is Murder
Te same zarzuty co w przypadku poprzedniej pozycji: to nierówna płyta. Zawsze
odbieram ją tak, że połowa jest genialna, a druga... już trochę mniej. Z
jednej strony "Barbarism Begins At Home" z fantastycznym finałem (w roli
głównej Andy Rourke), energiczny, otwierający płytę "Headmaster Ritual" czy
dobrze znane "How Soon Is Now?". Z drugiej - takie sobie "Well I Wonder"
albo "Rusholme Ruffians".
Pozdr.