pillbox
28.06.04, 09:07
Jedna z lepszych płyt w historii zespołu. Z jednej strony inna, a z drugiej -
typowa dla the Cure. Inna, bo bardziej ostra, bezkompromisowa. Zwłaszcza
Robert Smith inaczej śpiewa - w niektórych utworach niemal krzyczy.
Typowa, bo jak zwykle jest to składanka różnych nastrojów. Począwszy od
niezwykle melancholijnych, smutnych kawałków jak "Going Nowhere", czy
przepiękne "Anniversary", przez typowo popowe utwory "alt.end", "(I Don't
Know What Is Going) On", czy singlowe "The End of the World", a skończywszy
na ostrych brzmieniach, otwierający płytę "Lost", agresywne "Us or Them", czy
niezwykłe, transowe "The Promise".
Zmiana wytwórni, producenta chyba dobrze wpłynęła na zespół. Ross Robinson
wydobył z the Cure esencję czystego, rockowego grania. Moim zdaniem sporym
plusem albumu jest fakt, iż był on nagrywany na żywo - muzycy siedzieli na
przeciw siebie i grali. Tą interakcję doskonale słychać na płycie. W zasadzie
nie ma tu słabych punktów, każdy utwór ma w sobie magiczną moc przyciągania
słuchacza. Zdaję sobie zprawę z faktu, że nie każdemu spodoba się ta płyta,
co po niektórzy będą kręcić nosem, że zbyt ostra, za mało mrocznych,
melancholijnych klimatów, za mało "Bloodflowers" (ostatni studyjny album z
2000 roku, uznany za jeden z najlepszych w historii zespołu). A niech sobie
narzekają. Mnie ten album się podoba. I czekam z niecierpliwością na
planowane dwa koncertu w Polsce pod koniec roku.
Ps. Nie podoba mi się tylko fakt, że wersja europejska (12 utworów) jest
uboższa, niż ta wydana w Wielkiej Brytanii (13), czy w Japonii (14). A
najwięcej utworów, aż 15, jest na winilowej wersji albumu!! Robert Smith
podobno obiecał, iż pozostałe utwory będą wydane na singlach. I tak 5 lipca
ma ukazać się singiel "The End of the World", który będzie zawierał
dodatkowo "This Morning" i "Fake". Zobaczymy czy RObert dotrzyma obietnicy.
("You promised me...")