Ostatnio brałem udział w dość burzliwej dyskusji, której tematem był wydany
dwadzieścia lat temu album Black Sabbath, „Born Again” (kieeeedyś tam
wspominana na Forum Muzyka). Płyta to kontrowersyjna ze względu na skład
(wokalistą był wówczas znany z Deep Purple Ian Gillan) oraz na samą
zawartość. Jeden z uczestników dyskusji zażarcie bronił tezy, iż album jest
do chrzanu, acz potem okazało się, że wcale go nie słyszał

))) Ktoś tam
jeszcze był za, ktoś zdecydowanie przeciw itp. Padały różne argumenty, ale
ogólnie trudno było zdefiniować to, co się dzieje na tej płycie.
Moim zdaniem, „Born Again” to album bardzo dziwny i nierówny. Na pewno zaletą
tej płyty jest to, że trwa niedługo i nie zdąży się znudzić. Na pewno też
zapisać na plus można próbę (czy udaną to inna sprawa) zróżnicowania utworów
na krążku. Minusem jest realizacja dźwięku (nie słychać basu – nawet w
remasterowanej wersji albumu nie podbito niskich tonów), tandetna okładka i
większość tekstów.
Co do samych kompozycji, to wyróżniam na pewno (in plus) monumentalny i dość
przejmujący utwór tytułowy, motoryczne „Trashed” i „Digital Bitch” (podobne
do „Highway Star”

, narastające „Zero The Hero” i ewentualnie podobne
do „Smoke On The Water” (riff) „Hotline”. Kompozycje niekoniecznie
sprawdzające się to wrzaskliwe „Disturbing The Triest” (z tandetnym,
pseudosatanistycznym tekstem) i balladowe, przypominające raczej The Eagles
niż BS „Keep It Warm”. Nie za bardzo wiem, jak sklasyfikować styl, jaki grupa
obrała na albumie – po płytach z Dio „Born Again” wygląda, jak krok wstecz.
Zresztą, sam Gillan przyznał się, że podpisał kontrakt z Sabbath po pijaku i
gdy tylko reaktywowali się Deep Purple, opuścił drużynę Iommiego (chyba z
dobrym rezultatem).
Z ciekawostek – to ostatni studyjny album grupy, na którym gra Bill Ward.
Kto z Was słyszał tę płytę i jak ją oceniacie?