Dodaj do ulubionych

Uczelnie swoje reforma swoje

20.10.11, 09:02
Hmmm, no i co wy na to??
Tekst linka

Mnie ogarnia pusty smiech. Jak na dloni widac nastawienie srodowiska do proponowanych reform.
Obserwuj wątek
    • ford.ka Re: Uczelnie swoje reforma swoje 20.10.11, 11:14
      www.tok.fm/TOKFM/0,0.html
      Komentarz Naszej Basieńki
      • donnajohnson Re: Uczelnie swoje reforma swoje 20.10.11, 11:50
        ford.ka napisał:

        > www.tok.fm/TOKFM/0,0.html
        > Komentarz Naszej Basieńki

        Straszne.
        Ona (Basienka) jest totalnie bezradna wobec pytan Paradowskiej. Jej wypowiedzi sa chaotyczne i sparawiaja wrazenie niespojnych.
        A odnosnie tematu pod koniec rozmowy - to ja raczej nie chce zeby studencki cos kombinowali przy "naszych" elektrowniach atomowych.
        Co to wgl za pomysl.
        :DDDD
    • proon Re: Uczelnie swoje reforma swoje 20.10.11, 14:34
      jakie reformy, takie nastawienie
    • mol22 Re: Uczelnie swoje reforma swoje 20.10.11, 15:04
      Reakcja uczelni wcale mnie nie dziwi. Każe się podpisywać umowy, w których uczelnia ma być gwarantem 100 % realizacji planu. Tymczasem ministerstwo nie daje żadnej gwarancji na to, że uczelnia otrzyma odpowiednie środki na jego realizację. Wniosek: uczelnia podpisze, uczelnia obieca, a za jakiś czas znowu obetną środki i nie będzie za co owych obietnic z umowy spełnić.
    • charioteer1 Re: Uczelnie swoje reforma swoje 20.10.11, 15:57
      Uczelnie calkiem slusznie obawiaja sie, ze moga sobie od strony technicznej nie poradzic z realizacja takich umow. Skad pieniadze na dodatkowe etaty dla pan w dziekanacie? Gdzie i w jakiej formie przechowywac cudownie rozmnozona dokumentacje? Uczelnie juz w tej chwili zatrudniaja wiecej pracownikow administracji niz nauczycieli akademickich, a liczba obciazen administracyjnych nalozonych na uczelnie przez nowe prawo rosnie.
    • flamengista problem jednak jest 20.10.11, 17:40
      co innego umowa podpisywana ze studentem, który KUPUJE usługę edukacyjną, a co innego umowa ze studentem, który tą usługę dostaje ZA DARMO, finansowaną z naszych podatków.

      W tym drugim przypadku umowa może oczywiście zostać podpisana, ale skoro wykorzystuje się pieniądze publiczne, których beneficjentem jest zarówno student jak i uczelnia, umowa powinna regulować prawa i OBOWIĄZKI obu stron.

      Tak argumentuje rektor UW i moim zdaniem ma rację. Tym czasem w tych umowach nic nie ma o obowiązkach, są tylko prawa.
      • marionaud_1 Re: problem jednak jest 20.10.11, 20:10
        Własnie tak. Wówczas pieknie widać uzasadnienie dla opłat za np. dodatkowe egzaminy, które wynikają z niewywiazania się przez studenta z podjętego obowiązku. I za co mu, jako podatnik, nie płacę.
      • zitterbewegung Re: problem jednak jest 21.10.11, 10:08
        Jej magnificencja raczyła określić uczęszczanie na zajęcia mianem obowiązku studenta. Moim zdaniem jest to raczej jego prawo. A co się dzieje gdy chce on z tego prawa korzystać, o tym moga się co roku przekonać studenci wydziałów prawa. Co roku jest jakiś powód, w tym roku akurat wynajęte Audytorium krakow.gazeta.pl/krakow/1,37650,10487871,Studenci_UJ_na_parapetach__schodach__podlodze.html
        • flamengista nie odwracajmy kota ogonem 21.10.11, 13:10
          Problemy lokalowe UJ to stary kotlet, wielokrotnie odgrzewany. Nie ma sensu o tym dyskutować: chyba każdy rozsądny człowiek uzna, że coś takiego nie może mieć miejsca.

          Jednak jest też i druga strona medalu. Skoro ktoś ma opłacane studia przez polskiego podatnika, to wynikają z tego nie tylko prawa, ale i obowiązki.

          1. Obecność - w przypadku studiów podyplomowych, masowo fundowanych przez UE obecność na zajęciach zazwyczaj jest obowiązkowa. I jakoś nikt się nie oburza. Rozumiem, że studiowanie za unijną kasę ma być ważniejsze, od studiowania za kasę polską?

          Na naszych uczelniach dochodzi już do takich absurdów, że na końcowych latach studiów na wykładzie pojawia się 10% studiujących. Ok, wszystko jest dla ludzi, sam też studiowałem ale trzeba zachować jakieś proporcje. Ci ludzie pojawiają się na uczelni tylko po to, by "zaliczyć" i dostać dyplom. Nie po to, by zdobywać wiedzę. W takim razie - dlaczego akurat podatnik ma coś takiego finansować? Jaki ma z tego zysk?

          2. A propos "zaliczania". Tu też trzeba jasno określić, co się należy w ramach "bezpłatnych studiów". Bo nie ma nic za darmo. Każdy egzamin i zaliczenie oznacza konieczność poświęcenia dodatkowego czasu wykładowcy. Każda wersja nadesłanego rozdziału czy całej pracy wymaga znowu poświęcenia dodatkowego czasu. Ja bym sobie jednak życzył, by to zostało jasno uregulowane. Do ilu "bezpłatnych" podejść ma prawo student? Ile razy może bezkarnie składać "nową" pracę, która jest kopią poprzedniej?

          Na razie mamy szaleństwo edukacyjne, które polega na tym że student ma praktycznie zerowe obowiązki, a masę praw. Może jednak młodzi ludzie powinni się nauczyć, że nie ma nic za darmo. Niech to będzie największa korzyść, jaką będą mieli ze studiowania na naszych uczelniach.

          Pytanie tylko, czy konieczne są do tego umowy. Masa papierkowej roboty - i znowu: kto za to zapłaci? Przecież realnie rzecz biorąc, do tej roboty trzeba stworzyć min. 2-3 dodatkowe etaty, jeśli nie więcej.
          • zitterbewegung Re: nie odwracajmy kota ogonem 21.10.11, 13:58
            Ale to sa problemy lokalowe UJ, czy nierealistyczne przyjecia na 1 rok? Czy to jest normalne, zebby na 1 roku było 1000 prawników, albo 300 informatyków. Nota bene w Instytucie Informatyki tej uczelni, dysponujacym nowym budynkiem, plan zajec nie był gotowy 1 października, a nastepnie go trzeba było ratowac przez ciagłe zmiany sal, tak że połowa grup nie wiedziała gdzie sa zajęcia. Takie sytuacje sa powszechne. Uczelnie maja powazne problemy z ogarnięciem swoich obowiązków i umowy by tu pomogły.

            Sytuacja gdy student wymusza swoją natarczywą obecnością kolejne terminy zaliczeń jest niedopuszczalna, ale poniekąd wynika z ogólnego chaosu i bałaganu na uczelniach.
            • zitterbewegung Re: nie odwracajmy kota ogonem 21.10.11, 14:04
              Słuszna uwaga. Zaliczanie w terminie powinno być obowiązkiem umownym, a nie tylko w przysiędze czy regulaminie.
            • spokojny.zenek Re: nie odwracajmy kota ogonem 21.10.11, 21:31
              zitterbewegung napisał:

              > Ale to sa problemy lokalowe UJ, czy nierealistyczne przyjecia na 1 rok?

              A co to takiego "nierealistyczne" przyjęcia na pierwszy rok?
              Jeśli dysponuje się salą na 600 osób i przyjmuje się 600 osób to jest to - w każdym razie pod tym względem - jak najbardziej realistyczne. Jeśli przejściowo nie ma się tej sali, bo władze uczelni ją wynająły, ma się zaś salę na 340 osób, to "dubluje" się wykłady i tym sposobem na studentów czeka 680 miejsc.
              To prawda, że te 600 osób to stanowczo zbyt wiele, tyle tylko, że jeśli się tę liczbę ograniczy, to natychmiast inni przyjmą więcej. A na Twojej uczelni przynajmniej taki student dostaje produkt zdecydowanie najlepszy w Polsce.
            • flamengista nie, nie wynika 21.10.11, 21:59
              "Sytuacja, gdy student wymusza swoją natarczywą obecnością kolejne terminy zaliczeń" spowodowana jest na ogół jego lenistwem. A nawet nie tym, bo na ogół studenci to bardzo pracowici ludzie. Problem w tym, że mają inne priorytety. Studiowanie ma trzeciorzędne znaczenie. Liczy się głównie praca, ta za pieniądze.

              Ja to nawet rozumiem, ale niech będą jasne zasady. Masz dwa podejścia, które są ogłaszane. Za każde następne masz płacić. I to słono. A wykładowca za dodatkową pracę ma dostać pieniądze.

              Co do UJ: żenadą jest przede wszystkim to, że Kraków nadal nie ma centrum kongresowego z prawdziwego zdarzenia. I będący w podbramkowej sytuacji rząd musiał poprosić uczelnię o udostępnienie Auditorium Maximum na obrady unijnej prezydencji. Bo nie ma innego miejsca.

              A czemu UJ przyjmuje 1000 prawników na 1 rok? Bo 500 płaci, a za kolejne 500 dziennych państwo płaci "od łebka". Gdyby algorytm był inny, opłacałoby się przyjmować mniej i stawiać na jakość.

              Na UJ też liczą pieniądze i wyciągają wnioski.
              • zitterbewegung Re: nie, nie wynika 22.10.11, 08:27
                Ale ja rozumiem to wszystko. Uważam po prostu, ze sytuacja z naborem jest niecywilizowana z góry na dół. Uwazam tez że umowy poprawiłyby jakośc organizacji na uczelni. Gdyby uczelnia sama się ogarnęła, pewne rzeczy by nie przechodziły. Ale na uczelniach jest chaos, co u studentów rezonansuje jako bezczelnosć. A na dokładkę dziekan i tak na koniec semstru każe robic po 4 poprawki, w imie wiadomo czego.
                • marionaud_1 Re: nie, nie wynika 22.10.11, 09:05
                  W dwu sprawach podniesionych nico wyżej ten głos:
                  (1) chodzenie na wykłady nie jest prawem ale obowiązkiem studenta (oczywiście, w wiekszości nie egzekwowanym). Dostaje on za te zajęcia pewną liczbę ECTSów odpowiadających jego nakładowi pracy i tam są wliczpne również godzinmy odsiadki na zajęciach.
                  (2) a nakład pracy nauczyciela też jest w większości uczelni liczony archaicznie - w godzinach pensum rozumianych jako godziny spędzone na zajęciach. Absolutnie powinny byc do tego doliczane godziny na egzaminowanie, przygotowanie zajęć itp. I żadne regulacje prawne tego nie zabraniają. Tylko finanse sa tu ogranicznikiem, a myślę że dobrze zarządzana uczelnia znalazłaby tu jakies rezerwy.
                  • chilly Re: nie, nie wynika 22.10.11, 09:14
                    marionaud_1 napisała:
                    > (1) chodzenie na wykłady nie jest prawem ale obowiązkiem studenta (oczywiście,
                    > w wiekszości nie egzekwowanym).
                    W większości chyba regulaminów uczelni znajduje się stwierdzenie, że jeżeli wykład kończy się egzaminem, to nie podlega zaliczeniu (choć panie z dziekanatu wiedza swoje i domagają się wpisania "zalki" do indeksu). W tej sytuacji jeśli mowa o obowiązku uczęszczania na wykłady, to chyba moralnym. Co innego, jeśli egzaminu nie ma.
                    > (2) ... Tylko finanse sa tu ogranicznikiem, a myślę że dobrze zarządzana uczelnia znalazłaby tu jakies rezerwy.
                    To są takie uczelnie? I jak one to robią, otrzymując z ministerstwa dotacje na kształcenie studentów stacjonarnych na poziomie 3/4 faktycznie ponoszonych kosztów? Zanim uczelnie znajda rezerwy na podany cel, najpierw bym oczekiwał oddalenia pensji od dolnego progu "widełek", mniejszych grup ćwiczeniowych i paru innych rzeczy. Generalnie - nie obciążałbym uczelni za winy nami rządzących.

                    • marionaud_1 Re: nie, nie wynika 22.10.11, 22:19
                      ad. (1) Regulaminy studiów są często napisane błednie i bez zrozumienia np. zobowiązań wynikających z przyznania punktów ECTS zajęciom. Zatem nie są dla mnie przekonującym argumentem za nieobowiązkowością wykładów.
                      ad (2). Owszem, są takie uczelnie i zdarzało mi się otrzymywać podwyższenie pensum za grupy wykładowe na tyle liczne, że niesprawiedliwością byłoby nie wliczyć do niego dodatklowych godzin za egzaminowanie. Moim zdaniem - a uczelnia może to zrobić - należy zmniejszać rozdmuchaną liczbę godzin wykładów na rzecz aktywnych form współpracy ze studentami . JAkiś czas temu r5obiłam tu wyliczenie pokazujące, że to racjonalne i nie bardzoi kosztowne.
                      I ad. ostatnia uwaga: też wolałabym abyu nasi decydenci dobrze się o szkolnictwo wyższe troszczyli. Nie czynią tego, ale to nas nie zwalnia od prób uracjonalnienia naszej pracy w uczelniach. Chocny w imię samorządności akademickiej, tak nam drogiej.
            • marionaud_1 Re: nie odwracajmy kota ogonem 22.10.11, 22:24
              Rzeczywiście - niezrozumiały chaos. W mojej uczelni system komputerowy automatycznie zamyka protokoły o północy podanego dnia i o zadnym wymuszaniu dodatkowych terminów zaliczeń nie ma mowy. Chyba, że student chce dyskutować z komputerem.
          • charioteer1 Re: nie odwracajmy kota ogonem 22.10.11, 14:13
            flamengista napisał:

            > konieczność poświęcenia dodatkowego czasu wykładowcy. Każda wersja nadesłane
            > go rozdziału czy całej pracy wymaga znowu poświęcenia dodatkowego czasu. Ja bym
            > sobie jednak życzył, by to zostało jasno uregulowane. Do ilu "bezpłatnych" pod
            > ejść ma prawo student? Ile razy może bezkarnie składać "nową" pracę, która jest
            > kopią poprzedniej?

            Chodzi o jasne okreslenie, do ilu godzin konsultacji student (magistrant, doktorant) ma prawo. Jezeli po raz piaty tlumacze studentowi, co ma w pracy poprawic, a praca nadal nie spelnia zadnych standardow, to niech spada na drzewo. Tylko ktos powinien zaplacic za te godziny, a nie za mgliscie pojmowana "opieke nad praca dyplomowa", ktora moze oznaczac wszystko i nic..
            • flamengista o to chodzi 22.10.11, 18:36
              Z mojej perspektywy nie powinienem już poświęcić ani sekundy czasu na spóźnialskich, którzy teraz nadsyłają prace. Pracowałem z nimi 3 semestry, w rozliczeniu dostałem za to aż (:lol:) 60/15=4 godziny na seminarzystę. Realnie poświęciłem pewnie dwa razy tyle. Na ćwiczenie kwerendy, na konsultowanie tematu, tworzenie planu pracy, poprawki przy rozdziałach etc.

              Uczciwie byłoby powiedzieć: to było w ramach darmowego pakietu. Teraz mogę nadal czuwać nad Pana/Pani pracę, ale za odpowiednią stawkę. Bądźmy wyrozumiali i ludzcy, niech będzie 123 zł/h (100+vat). Z tego niech uczelnia bierze połowę, ja połowę.

              I tak wolałbym robić w tym czasie coś innego, ale przynajmniej byłoby minimum przyzwoitości. Tymczasem oczekuje się, że ja to będę robił "za friko".
              • spokojny.zenek Re: o to chodzi 23.10.11, 21:56
                3 semestry - 60 godzin, czyli po 20 godzin zajęć w semestrze? Te seminaria się odbywały, czy były to tylko konsultacje? Pytam, bo nie całkiem rozumiem.
                • flamengista tłumaczę 24.10.11, 09:26
                  tak - 60 godzin, po 20 w semestrze, w 3 semestrach. I to tylko dlatego, że ktoś przytomny zauważył, że muszą być 3 semestry seminarium, szczególnie na licencjacie. Ale na seminaria w minimach przeznaczono 60 godzin, więc władze nie dołożyły nic, tylko 60 podzieliły na 3. Dobre i to:)

                  U mnie 1 semestr to normalne zajęcia: 3 pierwsze - szkółka. Ćwiczenie lektury tekstów naukowych, sporządzanie przypisów etc. Następne 3 - ćwiczenia z zakresu informacji elektronicznej: kwerenda internetowa, dostęp do baz danych i czasopism, sporządzanie wykresów/tabel, drobne badania (pokazanie możliwości statistiki) etc.

                  To w zasadzie wyczerpuje możliwości 1 semestru - bo daje 12 godzin. Czyli tyle, ile mamy seminariów dla niestacjonarnych (60% z 20 = 12). Resztę czasu na dziennych w 1 semestrze przeznaczam na konsultacje (rozmawiamy o temacie pracy, problemie badawczym etc.), zaś na niestacjonarnych robię w zasadzie to samo za friko. "Odbijam" to sobie w kolejnych semestrach, bo później mam już tylko konsultacje - osobne dla seminarzystów (dla każdej grupy).

                  Piszę "odbijam", bo co prawda na niektóre nikt nie przychodzi, ale niewiele z tego mam, bo i tak muszę na nich siedzieć. A później, pod koniec każdego semestru i tak na każdych konsultacjach jest pełno ludzi, a czasu na konsultowanie poświęcam więcej, niż 2 godziny tygodniowo.

                  Nie chodzi jednak, o wyliczanie tego, co się dzieje w te 3 semestry. Ok, system nie jest idealny ale u mnie działa. Jestem stratny, ale nie tak bardzo. W sumie mogę się z tym pogodzić.

                  Chodzi raczej o to, co się dzieje później. Student powinien się obronić pod koniec 3 semestru (lub pod koniec 2 na seminarium magisterskim). Jeśli tego nie robi, zabiera mi dodatkowy czas w semestrze następnym, za który NIKT nie płaci.

                  I tu jest pies pogrzebany.
                  • ford.ka Re: tłumaczę 24.10.11, 10:58
                    Na UW spóźnialski student płaci - 100PLN za każdy miesiąc konsultacji (kiedyś było za każdy miesiąc od otrzymania absolutorium) i na podaniu o wznowienie studiów promotor musi wpisać, ile tych miesięcy było (a co jest żebrania, żeby wpisać 0, to wstyd mówić), ale z tego tytułu sam promotor nie dostaje nic. Pieniądze wpadają do wspólnego garnuszka i najpewniej idą po prostu na pensje. Słyszałem, że na SGH liczą sobie za tę przyjemność 1000 miesięcznie, ale od studentów, więc nie musi to być prawda ;)
                    • flamengista dobre:) 24.10.11, 11:41
                      100 zł za MIESIĄC konsultacji. Fajnie się wycenia naszą pracę. Ale co ja krytykuję, przecież przynajmniej student coś płaci. Co prawda uczelni, która nie płaci za to dodatkowo promotorowi - ale jakiś postęp jest.

                      Gdybyśmy zrobili normalną wycenę naszej pracy, to idę o zakład, że 90% studentów broniłoby się w terminie.

                      Nie ma lepszej motywacji, niż bodziec finansowy.
                      • frusto Re: dobre:) 24.10.11, 11:53
                        flamengista napisał:

                        > 100 zł za MIESIĄC konsultacji. Fajnie się wycenia naszą pracę. Ale co ja krytyk
                        > uję, przecież przynajmniej student coś płaci. Co prawda uczelni, która nie płac
                        > i za to dodatkowo promotorowi - ale jakiś postęp jest.

                        Niech Pan weźmie pod uwagę, że gdyby płacono PANU 100 złotych za każdy miesiąc opóźnienia, a nie uczelni, to zaraz pojawiłyby się głosy, że specjalnie Pan uwala studentów, żeby mieć z tego zysk... Co więcej, jest całkiem możliwe, że istnieją takie osoby (zapewne na tym forum takich nie ma, ale na uczelniach parę ładnych tysięcy osób pracuje, prawda), które faktycznie tak by z tego systemu korzystały.

                        Swoją drogą, gdyby każdy student oddawał mi stówkę za miesiąc opóźnienia zaliczenia, policzmy: wychodziłoby mi ponad 30 tysięcy dodatkowego dochodu. Hmmmm może jednak zmienię zdanie i przychylę się do opcji, by studenci płacili wykładowcom :)
                        • flamengista Re: dobre:) 24.10.11, 12:11
                          Ale przecież i tak na końcu tego łańcucha jest dziekan, rektor i w ostateczności - rzecznik Praw Studenta i studencki parlament.

                          Więc specjalnie "uwalający" promotor miałby spore problemy.

                          Nie chodzi z resztą o ustalenie stawek tak wysokich, by się to opłacało. Dla mnie to się zaczęłoby opłacać od jakiś 500 złotych za godzinę. Spotkania z takimi delikwentami to męka intelektualna, więc za mniej z własnej woli bym tego nie robił.

                          Chodzi o ustalenie takiej odpłatności, która będzie jasna i czytelna i co najważniejsze - będzie motywowała studenta do skończenia studiów w terminie. A więc docelowo przyczyni się do oszczędności czasu - samego studenta i przede wszystkim jego promotora.

                          Przecież problemu w ogóle by nie było, gdyby zjawisko było incydentalne. Kiedyś zdarzał się w ramach jednego seminarium (nikt nie prowadził więcej!) 1, góra 2 spóźnialskich. Teraz prawie każdy ma kilka seminariów, na każdym po kilkanaście osób. Z czego min. 1/3 uważa, że terminy to rzecz względna i oni sobie złożą pracę wtedy, kiedy im to będzie pasowało. Do tego spora część studentów magisterskich chce po prostu do końca korzystać ze zniżek, przynależnych studentom. Więc nie chcą zdawać legitymacji.

                          Najśmieszniejsze jest to, że ja swego czasu - podejmując pracę na uczelni - musiałem zapłacić UJ chyba 600 zł za powtarzanie semestru. Bo nie wyrobiłem się w czasie z magisterką z drugich studiów, nie dało się tego pogodzić z pracą dydaktyczną (w pierwszym roku jako asystent dostałem 500 godzin ćwiczeń). Ba, wiązało się to z niesłychanymi zabiegami, podaniami do rektora etc.

                          Teraz studenci dostają "od ręki" n-te przedłużenia sesji - za 300 zł, na ogół na 2-3 miesiące. Czyli po blisko 10 latach jest taniej i łatwiej. Efekty widać gołym okiem.
                          • frusto Re: dobre:) 24.10.11, 12:18
                            flamengista napisał:

                            > Chodzi o ustalenie takiej odpłatności, która będzie jasna i czytelna i co najwa
                            > żniejsze - będzie motywowała studenta do skończenia studiów w terminie. A więc
                            > docelowo przyczyni się do oszczędności czasu - samego studenta i przede wszystk
                            > im jego promotora.
                            Po zastanowieniu i rozważeniu wszelkich za i przeciw, dochodzę do wniosku, że ma Pan rację. Pozostaje tylko dopracować szczegóły i złożyć projekt odpowiednim osobom :)
                      • ford.ka Re: dobre:) 24.10.11, 23:47
                        Nikt nie bierze chyba poważnie możliwości siedzenia przez cały miesiąc ze studentem osiem godzin dziennie i tłumaczenia, co robi źle ;) To jest kara za spóźnienie, nie honorarium, więc ocena wartości pracy promotora w ogóle nie wchodzi tu w grę.
                        • spokojny.zenek Re: dobre:) 25.10.11, 00:04
                          Z założenia nie jest to żadna kara, lecz ryczałtowy ekwiwalent za koszty spowodowane przez spóźnialskiego. Oczywiście nie przekłada się to na żadne wynagrodzenie dla kogokolwiek, ale do tego jest jeden krok.
                          • flamengista kara powinna być wyższa 25.10.11, 09:14
                            bo to nie działa. I powinna być wprowadzona wszędzie, nie tylko na UW.

                            Widzę wyraźnie, że większość spóźnialskich i tak ma w planie przedłużać wszystko do maksimum. Bo to się opłaca.

                            Po pierwsze: liczą na to, że promotor się złamie i sam się weźmie za pisanie. Przecież wcześniej strategia "na wymęczenie" przynosiła efekty z zaległymi zaliczeniami i egzaminami. A czym się różni napisanie pracy od egzaminu? Dla nich niczym. To ostatnia przeszkoda w drodze do dyplomu i tyle.
                            Po drugie: większość z nich pracuje, a zniżki się przydają. Nie tylko zniżki MPK, ale przede wszystkim zniżki do kina, w knajpach etc. Faktycznie, przeskok ze stanu studenckiego do dorosłego i dla mnie był szokiem. Okazało się, że nagle na wiele atrakcji mnie nie stać, jak zostałem asystentem;)

                            Więc kary mają być po to, żeby się nie opłacało. Bo to się nie opłaca:
                            - społeczeństwu, które zapłaciło za studia delikwenta i chce mieć absolwenta, który pracuje i płaci podatki;
                            - uczelni, i to podwójnie: raz, bo student dodatkowo angażuje panie z dziekanatu i dziekana kolejnymi pismami o przedłużenie, a promotora kolejnymi wersjami i podaniami, dwa, bo student na 1 poziomie przedłużając studia na pewno na rok, a pewnie definitywnie wypada z rynku edukacyjnego jako klient. I nie ma jak go zachęcić do studiów na poziomie drugim;
                            - promotorowi - wiadomo;
                            - samemu studentowi ostatecznie - krótkoterminowe korzyści z przedłużenia statusu studenta są fajne, ale jest też niebezpieczeństwo że ten stan będzie trwał za długo. W efekcie "odechce" się pisać pracę i po 3 latach studiów zostanie bez dyplomu.
                  • spokojny.zenek Re: tłumaczę 24.10.11, 11:00
                    Teraz wszystko jasne. Co do meritum, w pełni sie z Tobą zgadzam, mógłbym to zresztą rozwinąć obszernie, tylko po co. Pytanie zadałem, bo wietrzyłem tu ukryty luksus - że OBOK godzin seminarium (np. 3 razy 30 albo co) masz jeszcze 60 godzin w rozliczeniu za czytanie gupot.
                    • flamengista ukryty luksus 24.10.11, 11:58
                      polega na tym, że za wybronionego delikwenta dostajemy dodatek "od łebka". Wynosi chyba 30 zł za osobę brutto w przypadku pracy licencjackiej, a 40 zł w przypadku magisterki. I oczywiście są pewne limity, powyżej których się nie płaci.

                      Nie skomentuję wysokości tego dodatku.
      • frusto Re: problem jednak jest 24.10.11, 11:57
        > co innego umowa podpisywana ze studentem, który KUPUJE usługę edukacyjną, a co
        > innego umowa ze studentem, który tą usługę dostaje ZA DARMO, finansowaną z nasz
        > ych podatków.

        Ja zawsze argumentuję w rozmowach, że uczelnia tak naprawdę ma umowę ze _społeczeństwem_, tzn. klientem uczelni nie jest student, tylko _społeczeństwo_. Uczelnia zobowiązuje się, że w zamian za pieniądze zapewni edukację wybranym ludziom. Logiczne się wydaje, że student z kolei ma umowę również powinien mieć ze _społeczeństwem_, że te pieniądze, które społeczeństwo na niego wydaje, ten odpowiednio spożytkuje.
        • flamengista nie do końca tak być powinno 24.10.11, 12:01
          Popatrz na służbę zdrowia. Oni się wycwanili - i słusznie. Określono, co jest w ramach "umowy społecznej" bezpłatne (a więc finansowane z NFZ), a co jest odpłatne.

          My też musimy tak zrobić.

          Nie może być tak, że ktoś de facto po zakończeniu studiów dostaje 125 przedłużenie (najczęściej za free, albo za symboliczną opłatą), a promotor ma pro publico bono świadczyć mu usługi.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka