zuzi-0001 29.06.10, 20:54 niestety polscy lekarze bardziej przyzwyczajeni są do kasowania gotówki niż do ciężkie i uczciwej pracy. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
barbarasapala Serce za granicą 30.06.10, 22:47 Dziękuję za wyważony artykuł dotyczący wyjazdów polskich dzieci z wadami serca do Kliniki w Monachium. Jestem mamą Maciusia, 1,5 - rocznego chłopca z HLHS ("połową serca") i dodatkowymi wadami. Diagnozę postawiono już w trakcie trwania ciąży. Zdecydowałam się szukać ratunku dla dziecka u profesora Malca. Nie dla kaprysu, ale dlatego, że na kilka tygodni przed porodem nikt ani w Warszawie, ani w Łodzi nie był w stanie powiedzieć, czy bedzie w szpitalu miejsce dla Maciusia, który pierwszą operację musiał przejść w pierwszych dniach swojego życia, i czy ktoś w ogóle podejmie się operacji tak skomplikowanej wady. Z wielkim brzuchem jeździłam po Polsce szukając pomocy, ośrodka, który zająłby się mną i dzieckiem. Lekarze zalecili poród w klinice, w której przeprowadza się operację. Transport noworodka lub nieumiejętne podanie specjalistycznych leków może decydować o przeżyciu. W Łodzi zadzwoniłam na oddział położniczy prosząc o rozmowę z ordynatorem. Sekretarka w szpitalu podała mi bez zażenowania numer do ... prywatnego gabinetu prof. Wilczyńskiego. Zadzwoniłam, umówiłam się, pojechałam. Za kilka minut rozmowy zapłaciłam kilkaset zl. Usłyszałam: Dziecko ma tak ciężką wadę, że nie wiadomo, czy dożyje do operacji. Powinno rodzic sie u nas. Odpowiedziałam: Dlatego jestem u Pana. Wiedziałam, co powiedział on i co mówię ja. Pan profesor spytał, czy jestem gotowa iść na kilka dni do szpitala. Naiwnie zdziwiłam się: Przecież czuję się doskonale, a ciąża przebiega bez zarzutów. Odowiedział, że jak poleżę tam kilka dni, bedzie tam moja karta i łatwiej mu bedzie potem załatwić miejsce. Przypominam, że na miejsce na tym oddziale stale liczy wiele kobiet mających urodzić dziecko ze zdiagnozowanymi wadami. Ale udaje się to nielicznym. Zastanawiam się, ile łóżek obłożonych jest takimi "chorymi", jak ja wówczas. Pojechałam następnie do kliniki. Od kardiochirurga usłyszałam: Jak się urodzi, będziemy myśleć. Załamałam się. Pamiętam to wszystko, jakby to było dziś. Zamiast pomocy otrzymałam niepewność i poczucie, że wszystko będzie łutem szczęścia. Dziś jestem szczęśliwa, żę podjęłam decyzję o szukaniu pomocy u profesora Malca. Napisałam do niego maila, załączyłam wyniki badań. Odpowiedź nadeszła za godzinę. Konkretna: wada ciężka, postaram się zrobić co w mojej mocy, pierwsza operacja będzie kosztowała tyle i tyle. Jasny, klarowny komunikat. Nadzieja. Dziś Maciek jest już po dwóch planowych operacjach, przeprowadzonych w optymalnym dla niego momencie, a nie wtedy, kiedy akurat będzie miejsce. Albo kiedy jego stan będzie krytyczny, bo wtedy zgodnie z polskim prawem miejsce się musi znaleźć. Maciek rozwija się znakomicie. Ktoś, kto nie zna jego historii, niczego nie będzie podejrzewał. Mamy za sobą trudne chwile. Spędziliśmy w Klinice w Monachium pierwsze dwa miesiąće życia Maciusia. Profesor Malec był u nas codziennie. Współdecydował o przebiegu leczenia pooperacyjnego.Mam jego prywatne telefony, bo profesor domaga sie informacji o stanie zdrowia dziecka. Pamiętam czas, kiedy był chyba jedyną osobą wierzącą, żę Maciek przeżyje. W Monachium spotkałam wiele dzieci szukających pomocy konkretnie u profesora Malca, ale również wybawienia od gehenny, jaką przeżywają w Polsce czekając latami na operację. Znam rodziców któzy zebrali w końcu pieniądze na operację, ponieważ dziecko miało już siedem lat, a operacja powinna mieć miejsce w trzecim roku życia. Dziecko było małe, sine, nie miało siły wejść na trzystopniowe schody. Powiedzieli, że gdyby dzień przed wyjazdem dostali telefon z Centrum Zdrowia w Warszawie, że jest dla niego miejsce, nie jechaliby do Moanchium. Nie znają języka, to dla nich okropny stres. Ale telefon nie zadzwonił. Takich dzieci spotkałam tam mnóstwo. Również takich, które w Polsce skazano na śmierć. Spotkałam mamę, której oddano po porodze dziecko i kazano czekać na śmierć, bo córka nie przeżyje kilku dni. Przeżyła dwa latka, trafiła do profesora Malca. Ma się świetnie. Poznałam dziewczynkę wiezioną w ciężkim stanie z Prokocimia, dziecko transportowane z Warszawy prywatnie opłacanym helikopterem. Spotkałam też rodziców, dla których pomoc przyszła za późno. Przy niektórych wadach długie czekanie nie daje wyraźnych objawów zewnętrzych, ale niewłaśćiwy przepływ krwi systematycznie niszczy płuca, które po udanej operacji serca nie są w stanie podjąć pracy. Śmierć jest trudnym tematem, ale czy dlatego nie mówi się o tym, że w Polsce dzieci po prostu czasem umierają, bo albo nie doczekają operacji, albo lekarze się jej nie podejmują ze względu na stopień skomplikowania wady? Autorce artykułu proponuję zalogowanie się na forum Serce Dziecka. Tam na bieżąco rodzice przeżywają wspólnie i radość z poprawy stanu zdrowia swoich pociech i żal po stracie. Nie dalej niż tydzień temu zmarła kilkudniowa dziewczynka. W lokalnym szpitalu czekała po porodzie na miejsce w Łodzi. W takich momentach myślę, żę gdyby to była moja historia, krzyczałabym, krzyczałabym tak głośno, żeby usłyszeli wszyscy. Zwłaszcza ci, którzy twierdzą, że wyjazdy do Moanchium to kaprys, bo przecież w Polsce wszystko jest jak należy. Tyle, że tacy rodzice nie krzyczą, zapadają się w sobie. Nie krzyczą również ci, którzy latami czekają na operacje. Dlaczego? Ze strachu, że jeśli coś zacznie się z dzieckim dziać, nikt w Polsce nie udzieli mu pomocy. Brzmi przesadnie? Kiedy powiedzialam pani prof. Dangel (sława w zakresie diagnostyki prenatalnej, związana z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie), że wyjeżdżam rodzić i operować Macka do Monachium, powiedziała: Niech Pani jedzie, jak Pani ma tyle pieniędzy, ale prosze pamiętać, że jak go Pani tam raz zoperuje, nikt go już tutaj nie dotknie. Bałam się wracać do kraju. Dziś sie nie boję. Mam na miejscu doskonałą panią kardiolog, nie korzystam z żadnego ośrodka w Polsce. Do Monachium jeżdze na okresowe kontrole, które kosztują ok. 150 Euro - to niewiele więcej niż badanie w prywatnym warszawskim, czy łódzkim gabinecie... I dziś się nie boję. Maciek nauczył mnie, że nie wolno się bać. Nieprawdą jest, że nikt nie zgłasza się do NFZ o refundację kosztów tych operacji. Osobiście znam troje takich rodziców. Znam rodziców, którzy wygrali nawet proces z NFZ, ale do dziś nie odzyskali pieniędzy. Oburza mnie takie kłamstwo. Problem polega na tym, że zgodnie z polskim prawem podstawą refundacji jest oświadczenie podpisane przez lekarza z referencyjnego ośrodka, że operacja taka nie może być przeprowdzona w kraju. Tyle, że żaden lekarz takiego zaświadczenia nie wystawi. Bo przecież mamy w Polsce 6 ośrodków kardiochirurgii dziecięcej oferujących pełen zakres leczenia, a Polska krdiochirurgią stoi. I koło sie zamyka. Zastanawiam się, czy fakt, ze dziecko czeka na operacje kilka lat nie jest równoznaczny ze stwierdzeniem, ze przeprowadzenie takiej operacji jest niemożliwe. Na czas. Operacje na trupach, jak wiadomo, niewiele daja. I jescze jedno. Dzisiaj, wiedząc jak wygląda leczenie na oddziale za granicą, pojechałabym do Monachium również dla kaprysu. Jeśli za taki mozna uznać chęć, aby dziecko leczone było po ludzku. Tam odnoszę dziecko na rękach pod salę operacyjną, a pół godziny po operacji mogę być przy nim, głaskać go po nagim, uśpionym jeszcze ciałku. Cztery godziny po drugiej operacji trzymałam Maciejka na rękach. Popodłączanego do tysiaca rurek. To na oddziale intensywnej opieki nauczyłam się przewijać i pielęgnować moje malutkie dziecko. Tak, mówię o OIOMie. Rodzice mogą być tam z dzieckiem od 8.00 do 20.00, codziennie. W swojej odzieży, bez ochronnych worków na butach, za to z ciagle dezynfekowanymi rękoma, co skutecznie zapobiega infekcjom. A jeśli w nocy złapie ich nagły niepokój, który każe biec do dziecka, na oddziale też to zrozumieją. Dlaczego? Bo badania pokazały, że bliskość rodziców pozwala dzieciom szybciej wyzdro Odpowiedz Link Zgłoś