v.ci
06.09.05, 21:47
M. Szenborn, K. Kwiatek: Tuskomania
Boimy się otworzyć lodówkę, ba!,
nawet konserwę, bo może z niej wyskoczyć Donald Tusk. ?Człowiek z
zasadami? patrzy na nas z tysięcy billboardów w całej Polsce.
Sprawdziliśmy, kto płaci za tę gigantyczną kampanię reklamową.
Finansowanie kampanii wyborczych wygląda modelowo tak: partia
polityczna otrzymuje dotację z budżetu państwa. Jest to kwota zależna
od kilku elementów. Trzeba zaznaczyć, że są de facto dwie kampanie:
parlamentarna i prezydencka. Ta pierwsza, zgodnie z prawem, ma być
finansowana głównie (teoretycznie) ze składek członków i dotacji
budżetowej. Owa dotacja zależy od wyników wyborów. Innymi słowy, jeśli
do sejmu weszła Liga Polskich Rodzin, to musisz sobie zdać z tego
sprawę, Czytelniku, że w jakiejś części sfinansowałeś luksusowy obiad
Romana Giertycha, nie mówiąc o jego wyjazdach, wiecach oraz plakatach
i ulotkach LPR-u itp. Oprócz dotacji z budżetu, czyli z naszych
kieszeni, każdy sympatyk danej partii może przekazywać jednorazowo i
anonimowo darowiznę do kwoty 840 złotych. Jak chce dać więcej, to już
nie może być anonimowy i powinien przelewu na konto partii dokonać
oficjalnie ze swojego konta. Maksymalna wpłata to 10 tys. złotych. Po
co ten limit? A po to, żeby (teoretycznie) rozmaici biznesmeni nie
kupowali sobie przychylności przyszłych polityków. Oczywiście jest to
prawo martwe, bowiem biznesmen Malinowski może wpłacić na konto
kandydata Kowalskiego dowolną kwotę, rozpisując ją na poszczególnych
członków swojej rodziny, znajomych, pracowników itd.
Prawo zabrania przekazywania jakichkolwiek funduszy na kampanię
wyborczą przez firmy ? czyli podmioty gospodarcze. Śmieszny to
przepis, bowiem jeśli nasz biznesmen Malinowski chce wspomóc kandydata
Kowalskiego kwotą znaczniejszą, to robi tak: wypłaca swoim pracownikom
ekstrapremię, a oni muszą tę premię zanieść do banku i wpłacić na
konto kampanii wyborczej. Proste, prawda? Jeśli nie do końca proste,
to dodajmy, że jest jeszcze jeden sposób dotowania wyborów
(praktykowany zwłaszcza przez prawicę, i to często). Otóż np. za druk
ulotek, folderów czy innych wyborczych gadżetów firma X naszego
Malinowskiego powinna wystawić fakturę na, powiedzmy, 100 tys. zł. Ale
wystawia na 20 tysięcy. Owa różnica 80 tysięcy stanowi właśnie
darowiznę. I to jest taka legalna nielegalność. Nielegalność w świetle
prawa!
To tak w skrócie w kwestii wyborów do parlamentu. Istnieją przecież
jeszcze wybory prezydenckie. Kto i z jakiej kieszeni je finansuje?
Skąd Donald Tusk ? szef partii, która w telewizji chwali się, że nie
bierze z budżetu państwa ani grosza ? ma miliony złotych na tysiące
billboardów i setki telewizyjnych spotów reklamowych? Zaraz to
wyjaśnimy.
Na razie sprawdźmy, o jaką kasę w czasie całych wyborów chodzi.
Popatrzmy na przykładzie Platformy Obywatelskiej i policzmy, ile
kampania Tuska może kosztować. Otóż samo miejsce na byle jakim
billboardzie warte jest minimum 600 zł miesięcznie. Droższe ?
podświetlone i w stolicy ? mogą kosztować ponad 3 tys. zł na miesiąc.
I tyle kosztują. Według naszych operacyjnych danych, owych luksusowych
billboardów ma Tusk w całym kraju około 2,5 tys. To daje kwotę 7,5 mln
zł miesięcznie (wariant bardzo ostrożny i zminimalizowany). Jak
wiadomo ? kampania prezydencka trwa dwa i pół miesiąca, tak więc
wychodzi nam ponad 18 milionów złotych. Ale są przecież billboardy
zwykłe. Na nich wisi około 10 tys. Tusków (znów wariant zaniżony). Za
wieszanie siebie na tych płaszczyznach Tusk musi zapłacić dalsze 6
milionów złotych razy dwa i pół miesiąca, co daje 15 mln zł. To razem
i szacunkowo (możliwość rabatów) daje ok. 30 mln zł.
12 mln zł to jest kwota graniczna, jaką według Państwowej Komisji
Wyborczej jeden kandydat może wydać na całą swoją promocję. Ale
przecież Donald Tusk reklamuje się także w telewizji. Przyjmijmy
najtańszą cenę spotu w TV, w czasie niskiej oglądalności. Wynosi ona
800 zł za reklamę (30 sekund). Oczywiście jest to bzdet, bo w
najlepszym czasie antenowym (np. przed Wiadomościami TVP 1) za 30
sekund zapłacić należy nawet 70 tys. zł. Ale niech tam... Nie bądźmy
drobiazgowi. Z bardzo oszczędnych wyliczeń wynika, że Tusk za kampanię
w telewizji (nie licząc radia) zapłacił co najmniej milion. Kwotę tę
proponujemy pomnożyć co najmniej razy trzy, bowiem jeszcze raz mówimy,
że przyjęliśmy wariant taki, jak gdyby Tusk reklamował się wyłącznie w
nocy w... np. TV 4. Dodajmy do tych paru milionów koszty wieców
wyborczych, spotów radiowych, druku ulotek itp., itd.). Jak by nie
liczyć, wychodzi co najmniej 35 milionów złotych.
Ogłaszamy zatem wszem wobec, że pan Donald Tusk łamie prawo,
przekraczając ? i to znacznie, bo około trzech razy! - limit przyznany
przez PKW na kampanię wyborczą. Czy w PKW jest jakiś jeden jedyny
marny kalkulator?!
Wiemy, jakie macie pytanie: skąd Tusk i jego totumfaccy mają takie
pieniądze?
Już odpowiadamy. Po pierwsze Komitet Wyborczy Tuska wziął 6 milionów
kredytu bankowego, który to kredyt poręczyła Platforma Obywatelska.
Kto mu dał taką gigantyczna gotówkę? Tego nie da się ustalić w żaden
sposób (tajemnica bankowa), ale według naszych ustaleń chodzi o PEKAO.
Bank może mieć w tym wielki interes. Zależy mu bardzo, aby przyszły
rząd nie zablokował fuzji banków PEKAO i BPH ? fuzji zapowiadanej co
najmniej od maja.
Ale to jest wszystko betka. Dowcip polega bowiem na tym, że nawet
jeśli Tusk zostanie prezydentem, to zwrotu za kampanię ? zgodnie z
prawem ? nie dostanie. Dostanie zaś... jego Platforma za kampanię
parlamentarną; dostanie z budżetu, czyli z naszych pieniędzy. Kto
zatem finansuje kampanię Donalda Tuska? My, Kochani, my wszyscy! Nasz
tajny informator z kręgu PO twierdzi, że umowa jest dokładnie taka:
kasa z budżetu ? po wejściu Platformy ? zostanie przekazana na długi
Tuska. Tylko że będzie to kolejny przekręt, bowiem zgodnie z prawem
nie wolno finansować prezydenckich wyborów z funduszy przekazywanych
przez budżet za partyjną kampanię wyborczą! Ale to nie cała kasa imć
Tuska. Te superlatywy, które słyszymy w radiu i TV o ?człowieku z
zasadami?, też są pokrywane z tak zwanych cegiełek. To - powiedzmy -
wolne datki od obywateli. Owe cegiełki są najlepszą formą korumpowania
polityków, ponieważ nie podlegają żadnej ewidencji. Państwowa Komisja
Wyborcza nie może (nie ma nawet prawa) zapytać, kto dał kasę i ile jej
dał. Tak więc niewykluczony jest taki scenariusz: przychodzi ktoś z
Wołomina ? jakiś ?Masa? czy ?Kiełbasa? ? i mówi: - Donald, masz to
dużą bańkę w gotówce, ale kiedyś poproszę o przysługę... - Nie ma
sprawy ? odpowiada Tusk. Ciekawe tylko, o jaką przysługę będzie
szło... Oczywiście tak może być z każdym z kandydatów, ale zasada jest
zawsze taka, że ten, który przewodzi stawce, ściąga niemal wszystkich
sponsorów. Podstawa to kupa szmalu na starcie, później spirala sama
się nakręca i kandydat wygrywa. Tusk zainwestował najwięcej i w chwili
obecnej zdobył już taką przewagę, że ? jak mawiają polscy dziennikarze
? ?tylko cud? może mu przeszkodzić w zwycięstwie. Wiedział, co robił,
kiedy podpisał się na billboardach per ?prezydent?... Podsumowując
?człowieka z zasadami?, powiedzmy tak: według najostrożniejszych
wyliczeń pan Donald Tusk wyda na swoją kampanię prezydencką 35 mln zł.
Przekracza to dopuszczalny limit, określony przez PKW o 23 miliony.
Co tak naprawdę oznacza owe 35 milionów wydanych na to, byśmy uznali,
że Donald Tusk jest prezydentem wszystkich Polaków. Tylko tyle, iż za
taką kwotę 950 tysięcy najbiedniejszych dzieci w Polsce dostałyby
darmowe wyprawki szkolne.