karioke_1
19.06.05, 13:01
Od wieczora do rana, od rana do wieczora, nie można sie od nich uwolnić. W
rzadkich chwilach przebłysków świadomości dociera do mnie, że to po prostu
obłęd. Ale już coraz rzadziej. Cała aktywność skupiła się na jednym, na
zapewnieniu sobie srodków do tego. I to poczucie paranoi, ze nigdy nie byłam
bardziej radosna i dumna z siebie niż w dniu, kiedy zdobyłam to, czego
potrzebowałam. Terapia nie pomaga, leki nie pomagają, nic nie pomaga. Zrobić
to, żeby wreszcie przestało boleć. I ten ostatni impuls, który mówi: zrobię w
ten sposób piekło z życia innym. Nie chcę, żeby mysleli, że nie myslałam o
nich. To nieprawda. W tej paranoi usiłuję ich nawet do tego przygotować,
podsuwam artykuły, książki. Żeby wiedzieli potem, że to nie dlatego, że
jestem taka egoistyczna, tylko dlatego, że już nie mogę. Nie chce sie trząść
ze strachu przez całą dobę, nie chce się czuć jak zaszczute zwierzę. Od tylu
miesięcy ani chwili wytchnienia. No raz, przez 6 godzin, kiedy pomyslałam, że
znów nauczę się oddychać. Chcę wiedzieć, że zrobiłam wszystko, żeby tego
uniknąć i nie sprawić cierpienia innym. Nie chce, żeby potem zaczęły się
spekulacje, kto mógł pomóc i nie pomógł i czyja to wina 9bo przecież właśnie
tak będzie, oni po prostu nie rozumieją). Dlaczego rozumie się, ze ktoś chory
somatycznie nie chce cierpieć i wybiera smierć, a chorych na depresję nie?
Dlaczego potrafią zrozumieć ból fizyczny a nie potrafią zrozumieć tego lęku?
tego ze nie da się z nim żyć?
Powiedzcie, czy jest cos jeszcze, co moge zrobić? Czy macie jakieś metody na
odpychanie, pokonywanie myśli samobójczych?
Lekarz odhacza tylko rubryczkę: mysli samobójcze? Są.