Dodaj do ulubionych

Opowieści z krypty.

10.10.02, 16:35
Nastał wieczór 10 października 2052 roku.
Stefan wracał do domu na Marszałkowskiej przemykając między kałużami,
rozkładającymi się częściami ciał i zwałami śmieci.
Nie lubił tędy chodzić, choć okolica była wyjątkowo spokojna.
Drogę zaszło mu dwóch oprychów. Jeden trzymał w ręku szpikulec do lodu, a
drugi brzytwę.
- Ej, frajerze, może chcesz mnie dźgnąć w bebechy? – odezwał się ten ze
szpikulcem.
Ten drugi nic nie mówił, tylko brocząc krwią obcinał sobie kawałek ucha.

Stefan odwrócił wzrok ze wstrętem i przyspieszył kroku.
Przechodził obok sklepu ze sprzętem 3D Video. Na wystawie na najnowszym
modelu trójwymiarowego projektora SONY szła właśnie transmisja LIVE z czyjejś
egzekucji.
Na innym projektorze leciały sceny zbiorowego gwałtu. To reklama nowej
telewizji familijnej.
Stefan dostał mdłości. Biegiem poleciał do swojego mieszkania, mijając
jeszcze po drodze zakochaną parę podcinającą sobie na wzajem gardła podczas
pocałunku, oraz dziewczynkę znęcającą się nad jakimś kotem.

Stefan wpadł do łazienki i zwymiotował.
Miał już serdecznie dość tego dnia. Położył się na łóżku i starał zasnąć.
Zza ściany dochodziły jęki. To dzieci sąsiadów bawiły się nowym krzesłem
elektrycznym.
Stefan pomyślał o swojej pracy. Przecież to jego firma produkuje większość
tych wymyślnych narzędzi tortur. Stefan pracował w niej od pół roku.
Z początku nie wiedział, po co przez 8 godzin wkłada te kabelki do wtyczek.
Dowiedział się dzisiaj.

Włączył swoje 3D-TV, by obejrzeć prognozę pogody. Śliczna spikerka
opowiadając o jutrzejszych opadach wyłamywała sobie palce. Jej grymas bólu
łączył się jednocześnie z grymasem wyraźnej rozkoszy.
Stefan nie wytrzymał. Nie mógł już dłużej znosić tej brutalności, tego
wszechobecnego sadyzmu i masochizmu.
Podszedł do okna i wyskoczył.

30 pięter niżej zebrała się wkrótce grupka rozentuzjazmowanych ludzi.
- O zobacz – powiedział posiniaczony chłopak do dziewczyny wyrywającej sobie
paznokcie – to chyba twój sąsiad.
A mówiłaś, że to zboczeniec.



Obserwuj wątek
    • refor_mator Re: Opowieści z krypty. 11.10.02, 11:38
      "Randka w ciemno" - script by Reformator


      Remek wracał z przyjęcia weselnego swojego przyjaciela. Była ciepła letnia noc,
      słońce niedługo miało wzejść, czego przejawem były jaśniejące zorze na
      północnym wschodzie.
      W myślach wciąż przelatywały wspomnienia z udanej zabawy.
      „Już tylko ja zostałem” – pomyślał Remek – „ Tylko ja jeszcze jestem kawalerem”.
      Zrobiło mu się jakoś tak smutno, gdyż mimo 30 lat, nie trafił jeszcze na swój
      ideał kobiety. Były przelotne miłostki - ale żeby się żenić? Co to, to nie.
      Doszedł do przystanku autobusowego, by poczekać na pierwszy autobus.
      Na ławeczce siedział już ktoś siedział.
      Remek podszedł, by poprosić o ogień i w tej chwili zorientował się, że jest to
      młoda dziewczyna. Jasne blond włosy opadały jej delikatnie na ramiona,
      podkreślając wyjątkowej urody buzię z dużymi oczami i wyraźnymi konturami
      malinowych ust.
      - Dzień dobry – rzucił zachwycony Remek
      - Dzień dobry – odparła dziewczyna, a głos jej zabrzmiał jak delikatne
      dzwoneczki porannej rosy.
      Nastała długotrawła cisza, a Remek prawie nie mógł oderwać oczu od pięknej
      nieznajomej.

      - Nie przyjeżdża – powiedziała cicho nieznajoma.
      - Co? Nie. Tak? No – Remek jakby wyrwał się z długiego snu.
      - Autobus nie przyjeżdża – wyjaśniła dziewczyna – może lepiej się przejdziemy.
      Dziewczyna wstała i dopiero teraz Remek spostrzegł, jak zwiewna i zgrabna jest
      jej sylwetka. Miała na sobie błękitną sukienkę dobitnie podreślającą jej
      krągłości, a srebrna poświata zachodzącego księżyca mieniła się w jej
      przecudnych włosach.
      Szli przez chwilę w milczeniu, a Remek powoli zdawał sobie sprawę, że chyba
      właśnie spotkał tą jedyną - tą, na która czekał całe życie. Serce mu zabiło
      mocniej, a po jego ciele rozpłynęło się ciepło rodzącego się uczucia.

      - Odprowadzi mnie Pan do domu? – spytała nieśmiało dziewczyna.
      - Oczywiście, z przyjemnością. Mam na imię Remek.
      - Aniela_ - odpowiedziała – ja jestem Aniela_.
      Remek pomyślał, że chyba nie mogło być innego imienia dla takiej piękności.
      - Może skrócimy sobie drogę – zaproponowała Aniela_ - O! tędy.
      W pewnej chwili poruszyło się coś w pobliskich krzakach i dziewczyna odruchowo
      przyparła swym ciałem do Remka.
      Ten wziął ją za rękę i ze zdziwieniem stwierdził, że jest zimna, jak lód.
      - Masz kłopoty z krążeniem? – spytał tępo.
      - Hyhy – zaśmiała się cicho Aniela_, a w śmiechu tym było coś, co spowodowało u
      Remka zimny dreszcz niepokoju.
      Dopiero teraz zorientował się, że znajdują się w samym środku cmentarza.
      - Przytul mnie Remku – powiedziała cicho dziewczyna – tak bardzo się boję.
      I nie czekając na jego reakcję wtuliła się w niego, jak niemowlę.
      Remek pochylił się nad nią i objął silnymi ramionami. Jego ciało przeszywały
      dreszcze miłości połączone z dreszczami narastającego strachu.
      Ostatnie, co zauważyły jego zmysły, to delikatne ukłucie w szyję, jakby dwie
      szpileczki.

      Dziewczyna wytarła zakrwawione usta i podeszła do uchylonej krypty jakiegoś
      grobu.
      Wraz z pierwszymi promieniami słońca, krypta się zasunęła kryjąc w swoim
      wnętrzu niewiastę.
      Na płycie widniał napis: „Urszula Drak – żyła lat 25”,
      a niżej „Ulu będziemy cię pamiętać – pracownicy ambulatorium szpitala
      miejskiego”.
    • vampi= Re: Opowieści z krypty. 03.01.03, 16:05
      Kasting. Scripy by Vampi.

      John robił właśnie 234 pompkę. Dochodził własnie do połowy swojej normy patrząc
      jak jego stalowe mięśnie działaja niczym maszyna, gdy zadzwonił telefon.

      - Hej, czy to John Stewald? - zabrzmiał dźwięczny miły damski głos, taki głos
      co doprowadza mężczyzn do ssania w dołku.
      - Taaak, słucham?
      - Mam dla ciebie dobra wiadomość, masz juto stawić się o 9 rano na kasting do
      filmu o królu Arturze. Pasuje ci?
      - Oczywiście, będę - John od tygodni czekał na taką propozycję.

      Od tygodni był juz bez pracy i szykował formę na kolejny kasting. Z radości
      zrobił poczwórne salto w tył z popiątną śrubą.
      - Mam jescze 12 godzin, zdążę jeszcze trochę potrenować - pomyślał.
      Zrobił wysoki wyskok w powietrze, z jednoczesnym szpagatem i zapleceniem sobie
      nóg wokół szyi i ponownym wylądowaniem na spręzyste kończyny. To jego popisowy
      numer.
      Żwawo zabrał sie za sztangę. Nałożył 300 kg. Sprężystość i gibkość to mało.
      Zapewne będzie musiał dźwigać ciężki miecz. Musiał więc nieco poprawić siłę
      swoich mięśni. 10 razy w górę po 10 razy. Powinno starczyć.

      Następnego dnia punktualnie o 9 rano John stawił się w holu studia XXI Century
      Fox. Znalazł się pośród kilkudziesięciu wysportowanych i napakowanych facetów
      wywijających olbrzymimi mieczami dla treningu, a może trochę dla
      poddenerwowania rywali.
      - Duża konkurencja - pomyślał John.
      Ale w ekranizacji Quo Vadis było więcej ludzi na kastingu, a to jednak on
      dostał rolę lwa.

      - OK. teraz porszę na plan Pana Johna Stewald'a i Arnolda Shwarcenbergera. - to
      chyba sam reżyser darł sie przez megafon.
      John wszedł do wielkiego studia, gdzie zrazu otrzymał do ręki tarczę i wielki
      stalowy miecz. Podobnie jak jego rywal.
      - Klaps - startujemy - krzyknął pan siedzący na foteliku.
      John ochoczo ruszył na rywala. Tamten jednak zasłonił uderzenie tarczą i
      odpowiedział kontrnatarciem, które John sparował swoim mieczem, po czym zwinnie
      uskoczył. Tamten jednak widać więcej ćwiczył. Błyskawicznie pokręcił swoim
      mieczem, który znalazł się nagle na nieosłoniętym lewym ramieniu Johna.

      *****

      John powoli otwierał oczy. Spojrzał na swoje obandażowane ramię. Czciał
      poruszyć lewą ręką. Lecz znów przypomniał sobie, że już jej nie ma.
      Pani pielęgniarka przyniosła śniadanie i poranną gazetę.
      John zerknął na ogłoszenia o pracę i zaczął głośno czytać:
      - Kasting do filmu "Jeździec nez głowy" - nie to nie dla mnie.
      - Kasting do filmu "Jednoręki bandyta" - o to cos dla mnie - potrzeba kogoś bez
      lewej ręki i prawego oka.
      - Lewą rękę już mam załatwioną. Gorzej z tym okiem. Ale czegóż się nie zrobi
      dla sławy.
    • vampi= Opowieści z krypty. 10.01.03, 13:10
      Poziom 13. .....Original script by Vampi.

      Max pędził czym prędzej do domu. Już nie mógł się doczekać, by włączyć komputer
      i uruchomić „House of Horrors”. Ta gra to była istna rewelacja.
      Wszyscy w nią grali.
      Na jej temat przez ostatnie kilka miesięcy było bardzo głośno, powstało wiele
      opracowań naukowych, odbyło się nawet kilka debat w parlamencie.
      Szał zapanował na punkcie tej gry na całym świecie, zupełnie jak 100 lat temu
      na punkcie Beatlesów.
      A wszystko przez to, że jak zapewniał producent gry, nikt nigdy nie dojdzie do
      ostatniego poziomu. Została nawet wyznaczona nagroda w wysokości 100 milionów
      euro, dla tego który opowie co znajduje się na 13 poziomie.
      Wszyscy się licytowali, kto jak daleko doszedł i czemu stracił ostatnie 3 życie.
      Jak miesiąc temu pewien nastolatek publicznie powiedział, że osiągnął poziom 8,
      to od razu stał się idolem.
      Tymczasem Max wczoraj przeszedł 12 poziom i już, już dochodził do bramy z cyfrą
      13, ale nie zauważył zapadni i nadział się na pal.

      Tym razem Max był pewien, że osiągnie 13 poziom. Po prostu czuł to.
      Włączył komputer, założył wirtualny hełm i znalazł się w cybernetycznym świecie.
      Poziom 1 to pestka. Zwykłe niegroźne duszki, które trzeba wyłapać anihilatorem.
      Poziom 2 i 3 to strefa wampirów. Max zaopatrzył się w odpowiednią ilość czosnku
      i osikowych kołków. Trochę strachu i krwi, wystarczyło, by przejść na 4 poziom.

      Dalej zaczęło się królestwo potworów. Max lawirował w podziemnym labiryncie.
      Cała trudność polegała na tym, że potworów nie można było zabić. Należało tak
      się kryć, by nie zostać wytropionym przez te ohydne, lecz inteligentne
      stworzenia.
      Na poziomie 6 Max musiał użyć miotacza ognia, by pozbyć się gromadki dzieciaków.
      To były mutanty o pięknym wyglądzie i głosie. Lecz w środku krwiożercze bestie.

      Poziom 7 i 8 to strefa psychopatów i morderców.
      Tu producent gry przeszedł samego siebie.
      Wszystkie postaci miały wizerunki przyjaciół i rodziny Maxa.
      Sprytnie pomyślane. Podczas instalacji gry, komputer łączył się z centralną
      bazą danych i ściągał odpowiedni pakiet dotyczących instalującego. Tak więc
      Hannibal Lecter miał twarz i głos Simona, serdecznego przyjaciela Maxa, a Kuba
      Rozpruwacz, to był po prostu ojciec Maxa.
      Przechodząc przez te poziomy Max wielokrotnie musiał pozbawić życia również
      swojego brata, matkę i ukochaną Jane. To właśnie na Jane wielokrotnie kończyła
      się gra. Musiało upłynąć wiele tygodni, nim Max wypalił srebrną kulę w
      kierunku ukochanej.
      Ale już dawno wyzbył się wątpliwości. To tylko gra. Wirtualny świat – tłumaczył
      sobie.

      Dalsze poziomy, to był istny horror. Żywe trupy, wilkołaki, szkielety. Do tego
      wiele pułapek i skomplikowany labirynt ukrytych przejść
      Wystarczyło stanąć na skrzypiącą podłogę, by wilkołak jednym susem cię dopadł.
      Tu producent dał graczom do dyspozycji jedynie nóż. Aby przejść dalej trzeba
      było niemal w walce wręcz odcinać głowy trupom i przekłuwać oczy wilkołakom.
      Tak Max znalazł się na 12 poziomie.
      Tu, wczoraj, ten pozorny spokój i cisza właśnie go zgubiły. A ten poziom był
      chyba najtrudniejszy. To był poziom niewidzialnych duchów morderców. Trzeba
      było wykazać się niezwykłym słuchem i sprytem, by usłyszeć delikatny świst
      miecza.
      Jedna pomyłka i twoja głowa lądowała na podłodze.
      Max robił szybkie uniki, wypatrując jednocześnie wrót z napisem 13.
      Jeszcze tylko obejść tą zapadnię, której nie zauważył wczoraj i dotknąć klamki.
      Max wytężył wszystkie zmysły, wyprężył ciało. Tak. Poziom 13. Jeeeest!
      Wrota otworzyły się z ciężkim skrzypiącym jękiem.

      ********************

      Jane przekręciła klucz w zamku.
      - Max, Maaax! – zawołała – czy możesz mi pomóc wnieść zakupy?
      - Max, gdzie jesteś? Wiesz, że tego nie lubię. Jeśli znów schowałeś się do
      szafy, by mnie przestraszyć, to ci tego nie daruję.

      Jane weszła do pokoju Maxa.
      - Max, śpisz?
      Delikatnie dotknęła jego ciała, które bezwładnie osunęło się na ziemię.
      To co przykuło jej uwagę, to nienaturalny grymas na twarzy Maxa.
      Grymas wielkiego przerażenia i jednocześnie rozkoszy i szczęścia.
      Na ekranie komputera migał napis „Congratulations, You have finished level 13.
      GAME OVER.”
    • vampi= Re: Opowieści z krypty. 28.01.03, 09:55
      Śniadanie. .....script by Vampi

      Maciek zerwał się na równe nogi. Zaspał. Za dwie godziny miał samolot do
      Polski, a tu musiał jeszcze przejechać pół Nowego Yorku.
      Złapał walizkę (jak to dobrze, że spakował sie wczoraj) i ubierając sie w
      drodze wyleciał łapać taksówkę.
      Oczywiście nie jadł nawet śniadania. Choć żołądek przypominał o swoich prawach
      do porcji jajecznicy na bekonie z grzankami i szklanki soku.
      - Zjem coś na lotnisku - pomyślał.

      Taksówkarzowi najwyraźniej nie spieszyło się.
      Maciek poganiał go, jak mógł, ale ten chyba znał tylko OK po angielsku, bo w
      kółko to powtarzał.
      Maciek wpadł do budynku portu lotniczego w momencie, jak ogłaszali, że właśnie
      zakończyła się odprawa pasażerów lotu 80206 do Warszawy.
      Pognał w kierunku bramki 23 potrącając po drodze kilka osób.

      Samolot zaczął właśnie kołowac.
      - Przepraszam Panią, kiedy podacie śniadanie - zapytał zziajany Maciej
      stewatdessy.
      - Zaraz, jak osiągniemy prędkość przelotową, prosze Pana.
      Rozejrzał się dookoła. Obok niego siedział jakiś nieogolony arab, dalej kilku
      murzynów i jakieś zakonnice.
      - No ładnie - pomyślał - przez tyle godzin nawet nie będzie z kim porozmawiać.
      Tymczasem żołądek co raz głośniej oznajmiał swoją pustkę, a kołowanie samolotu
      po płycie lotniska zdawało się nie mieć końca.

      Właśnie zgasł napis "zapiąć pasy".
      - No to wreszcie czas na śniadanie - pomyślał Maciek.
      Ale w tym samym momencie siedzący obok arab zerwał się na równe nogi i
      odsłaniając baterię ładunków wybuchowych którymi był przepasany w pasie zaczął
      cos wykrzykiwać. Coś, co brzmiało jak Kuba, Kuba.
      Zamieszanie, jakie powstało, nie wróżyło szybkiego posiłku.
      - Porywaj se samolot, ale po śniadaniu - jęknął Maciek.
      - Whaaaat! - wrzasnął arab pochylając się nad wygłodniałym.
      - Thaaat! - odparł Maciek, chwytając jednocześnie porywacza za obie ręce i
      zadając cios czołem w jego nos.
      Konsternacja trwała kilka sekund, ale po tym siedzący niopodal murzyni zwalili
      się na nieprzytomnego porywacza obezwładniając go doszczętnie, a jedna z
      zakonnic zdzieliła go jeszcze swoją książeczką modlitewną.
      Zaraz potem rozległy się głosne oklaski i wiwaty reszty pasażerów.

      - Och, gdyby nie Pan zapewne kiepsko byłoby z nami - odezwała się stewardessa.
      - Dobra, dobra. Czy mogę wreszcie dostać swoje śniadanie?
      - Och nie! Teraz musimy zawrócić na lotnisko, służby specjalne zajmą się
      porywaczem i przeszukają samolot, a Państwo zaczekają w hali tranzytowej.
      Potrwa to ledwie 2-3 godzinki. Dopiero potem wystartujemy.
      Maciek nie zastanawiał się długo. Szybkim ruchem zdjął z porywacza ładunki
      wybuchowe i przepasał się nimi.
      - A teraz proszę o śniadanie i to już!!!!
      Nie wszyscy chyba wiedzą, że Polak jak głodny, to zły.
      • vampi_r Re: Opowieści z krypty. 26.05.03, 12:50
        IKAR



        Od dziecka marzyłem o lataniu. Wzbijanie się w przestworza śniło
        mi się po nocach.
        Zafascynowany postacią Ikara postanowiłem zostać pierwszym w historii
        świata człowiekiem, który bez pomocniczego sprzętu wzleciałby ponad chmury.
        Wcześniej skakałem na spadochronie, latałem na paralotni, lecz doznania z tym
        związane zawsze ograniczone były linkami i czaszą z materiału.

        ********

        - Aby latać, trzeba mieć puste kości; - powiedział do mnie pewien doktor
        medycyny.
        Wiedziałem, że jest wysokiej klasy specjalistą, dlatego zaprosiłem go do
        restauracji K.F.C.
        Jedząc udka z kurczaka rozmawialiśmy o lataniu.
        - Aby latać, trzeba mieć puste kości; - powtórzył jeszcze raz doktor.
        Ostatnie dwa wyrazy zaakcentował w szczególny sposób.
        Przyznałem mu rację, po czym umówiłem się na seans w jego prywatnym gabinecie.

        ********

        Przygotowany do zabiegu leżałem na kuchennym stole. Świece i kadzidła
        otaczały mnie ze wszystkich stron. Doktor z pióropuszem na głowie wsunął się do
        pomieszczenia. Szeptał niezrozumiałe słowa, tańcząc w rytmie muzyki regge.
        Jego pomalowana twarz przypominała drapieżnego ptaka, który dla pochwycenia
        zdobyczy gotów jest zrobić wszystko.
        Wcześniej wypiłem ziołowy wywar. Właśnie zaczynał działać i czułem, jak
        moje niedawne obawy odpływają na dalszy plan. Oczami wyobraźni widziałem
        siebie jak wzbijam się w przestworza, jak unoszę się wyżej i wyżej.

        ********

        Byłem dostatecznie wysoko, kiedy doktor przystąpił do wysysania szpiku
        z moich kości. Robił to dokładnie i bez pośpiechu. Wiedziałem, że mogę na nim
        polegać.
        Po skończonym zabiegu oblizał zakrwawione wargi, uśmiechając się do mnie
        serdecznie.
        - I jak panie doktorze Lecter, czy będę latał? – zapytałem słabnącym głosem.
        - Oczywiście „Ikar”, za chwilę będziesz miał odlot. Ale tak między
        nami to K. F. C. może się schować!

        Script by Janusz Pierzak
        • vampi_r Re: Opowieści z krypty. 03.06.03, 12:59
          PREZYDENT


          Pan Prezydent wracał właśnie z Kongresu, gdzie złożył swój podpis pod
          dokumentem globalnego rozbrojenia. To była jego własna inicjatywa i od prawie 4
          lat jego wszelkie wysiłki zmierzały do zebrania w jednym miejscu i czasie
          wszystkich 50 przywódców atomowych mocarstw i przekonanie ich, że tylko
          całkowite pozbycie się broni masowego rażenia jest szansa dla świata. I właśnie
          przed godziną udało się - pokój na świecie przestał być już tylko marzeniem,
          stał sie faktem.
          Naród za to go kochał, kochał go cały świat.
          Przed pałacem prezydenckim zebrało się kilaset tysięcy wiwatujących ludzi.
          Pan Prezydent wysiadł ze swego Lincolna i pozdrowił zgromadzony tłum.
          Zapanowała euforia.

          *********

          Pan Prezydent wszedł do swego gabinetu i usiadł zmęczony w fotelu.
          - Udało się, na prawdę się udało - pomyślał uradowany.
          - Czy zrobic Panu kawy, Panie Prezydencie - spytał wzruszonym głosem Sekretarz
          Stanu.
          - Nie, dziękuję. Wybacz Robercie, ale chciałbym zostać sam.
          - Oczywiście Sir.
          - A jeszcze jedno, Robercie, jak tam moje poparcie?
          - 98%, Panie Prezydencie i nadal zwyżkuje.

          Pan Prezydent posiedział jeszcze chwilkę, podszedł do drzwi i zamknął je
          dokładnie na wszystkie zamki.
          Po czym zbliżył się do regału z książkami i wprawnym ruchem wysunął Konstytucję
          Narodów. Biblioteczka cicho rozsunęła się ukazując ukryte przejście.

          ******

          Pan Prezydent schodził dłuższy czas w mroku, świdrując ciemność swym
          noktowizyjnym wzrokiem. Doszedł w końcu do stalowych drzwi i przyłożył swą dłoń
          do skanera. Wrota rozwarły się odsłaniając wielką grotę.
          Pan Prezydent podszedł do cokołu z tronem na którym ktoś siedział i uklęknął z
          czcią.
          - Panie, zadanie wykonane - niedługo ludzie będą bezbronni jak niemowlęta.


          Script by Vampi

          Vampi_r
          • vampi_r Re: Opowieści z krypty. 08.07.03, 11:47
            TWARDA SZTUKA


            W poszyciu wilgotnej ściółki czołgałem się ostrożnie. Igliwie przesuwało się
            pod moim brzuchem, pozostawiając za mną wyraźny ślad. Starałem się maskować
            przebytą drogę, lecz szło mi to opornie.
            Wroga dostrzegłem zbyt późno. Zaczajony w nadrzecznych szuwarach zaatakował z
            nienacka. Chwycił mnie brutalnie i wepchnął siłą do wielkiego słoja.
            Spostrzegłem, że znajdowali się już w nim Susan i Miki.
            - Cześć – krzyknąłem do nich uderzając boleśnie ciałem o dno słoja.
            - Cześć Max – płaczliwie odpowiedziała Susan.
            - Ciebie też dorwał – Miki ni to stwierdził, ni zapytał.
            - A no dorwał, dorwał – odparłem zniechęcony – już trzy razy mi się to
            zdarzało, ale zawsze jakoś udawało mi się ujść z życiem.
            - Wiem Max, prawdziwy twardziel z ciebie – Susan jakby mniej już płakała –
            Czy myślisz, że uda się nam jakoś uciec?
            - Nie wiem, ale zawsze trzeba mieć nadzieję.

            Przez moment zapanowało grobowe milczenie. W końcu zebrałem się i wyjawiłem
            wreszcie moje uczucia.
            - Wiesz Susan, zawsze mi się podobałaś. Od dłuższego czasu myślałem, by
            zaprosić cię na kolację ze śniadaniem przedzielone upojną nocą, ale nigdy nie
            miałem śmiałości.
            - Wielka szkoda Max, bo ja też od dawna zastanawiałam się, jakby to było z tobą.
            - To może zróbcie to teraz. Ja się po prostu odwrócę – żachnął się Miki –
            Śmierć zagląda nam w oczy, a wam figle w głowie.
            Miałem coś odpowiedzieć, ale w tym momencie wielka łapa chwyciła moje ciało i
            zaczęła wyciągać ze słoja. „No nie, dlaczego to zawsze ja jestem pierwszy” –
            pomyślałem rozzłoszczony. Usłyszałem tylko płaczliwe „Żegnaj Max” od Susan,
            jak znalazłem się wysoko w powietrzu i zostałem nadziany na haczyk.
            - Auććć – to boli!!! – wrzasnąłem i zwinąłem się w kłębek.


            Wrzucony do wody miotałem się w bolesnych skurczach. Miałem nadzieję, że ryby
            przez jakiś czas nie będą brały, a ja w tym czasie zdołam się uwolnić.
            Szamocząc się pod spławikiem dostrzegłem jednak szybko nadpływającą rybę.
            - No nie, cholerny świat. Nie tak szybko rybeńko, daj jeszcze trochę czasu.
            Kiedy mnie połknęła, poczułem gwałtowne szarpnięcie, jedno, a potem drugie.
            Ryba najwyraźniej była cięższa i silniejsza od wytrzymałości żyłki. Zerwała się
            i popłynęła wzdłuż strumyka ze mną w pysku. Haczyk wbity w jej podniebienie nie
            pozwalał jej jednak zamknąć pyska. Po krótkiej chwili ryba zaczęła się krztusić
            i kasłać. Wykorzystałem moment i zerwałem się z haczyka zostawiając część
            swojego ciała. Jakoś dopłynąłem do brzegu i chwyciłem się źdźbła trawy.
            Przemoczony i zziajany, ledwo żywy, ale szczęśliwy.
            Po raz czwarty udało mi się ujść z życiem.
            - Cholerka, znów mi zejdzie pół roku, nim doczołgam się do domu – pomyślałem
            rozglądając się po okolicy – byleby zdążyć przed zimą.
            Twarda ze mnie sztuka!!! Szkoda tylko, że coraz krótsza. Jak tak dalej
            pójdzie, to zaczną mnie nazywać Krótki Max. Albo jeszcze lepiej – Mini Max.





            Script by J a n u s z P i e r z a k and V a m p i
            • vampi_r Re: Opowieści z krypty. 12.11.03, 12:35
              RĘKAWICZKI



              Prezent w postaci rękawiczek był mi na rękę.
              Akurat zgubiłem ostatnią parę i pięciopalczasta niespodzianka bardzo mnie
              ucieszyła.

              Następnego dnia udałem się do pracy. Rękawiczki doskonale chroniły przed
              zimnem. Czekając na autobus nie musiałem zacierać dłoni. Kiedy przyjechał, z
              trudem wcisnąłem się do środka. O tej porze zawsze był tłok.

              Nawet nie wiem kiedy ręce zaczęły mnie świerzbić. Wbrew mojej woli zabrały
              się za obmacywanie pasażerów. Krzyknąłem – Uwaga złodziej!!!
              Słowa podziałały jak kij włożony w mrowisko. Panie przygarnęły torebki,
              panowie chwycili się za kieszenie.
              Kiedy opuściłem pojazd czułem się nieswojo. W ustronnym miejscu przejrzałem
              zawartość przedmiotów, które dziwnym trafem znalazłem przy sobie. Zabrałem
              pieniądze, a resztę wrzuciłem do śmietnika. Sumienie uspokoiłem stwierdzeniem,
              że to nie ja.

              Przez następne dni sytuacja się powtarzała. Na autobusowych wiatach pojawiły
              się ulotki z napisem;
              ,,Na tej linii grasuje kieszonkowiec. Nie daj się okraść.” Moje ręce robiły
              jednak swoje.

              Po tygodniu miałem dosyć. Byłem uczciwym człowiekiem. Gardziłem
              złodziejami, dlatego postanowiłem ukrócić haniebny proceder. Kiedy wróciłem
              do domu, twardym wzrokiem spojrzałem na okryte rękawiczkami ręce. Tego dnia
              pofolgowały sobie szczególnie. Nie dość, że okradły pasażerów, to jeszcze
              oskubały sprawdzających bilety kontrolerów i poobmacywały co ładniejsze
              niewiasty.

              - Jak możecie mi to robić? – wycedziłem przez zęby.
              Odpyskowały w języku migowym. Nie zrozumiałem ani słowa, natomiast ostatni
              gest był mi znany.
              Środkowy palec uniósł się do góry, a dwa skrajne opadły na dół.

              Zamierzałem jak najszybciej pozbyć się pechowego prezentu.
              Rękawiczki musiały nabrać podejrzeń, gdyż szczelniej przylgnęły do skóry.
              Nie dawały się zdjąć. Bezskutecznie szarpałem się z galanteryjnym wyrobem.
              Zdesperowany sięgnąłem po nożyczki.
              Rozetnę materiał i będzie po kłopocie.
              Wysunąłem szufladę i wtedy moja prawa dłoń uderzyła mnie pięścią w twarz.
              Oszołomiony upadłem na podłogę.
              Tego było za wiele; żeby moja ręka podniosła na mnie rękę?
              Kiedy chciałem się podnieść, ręce otoczyły moją szyję. Zaciśnięte palce w
              morderczym uścisku pozbawiały mnie tchu.
              Wierzgając nogami turlałem się po ziemi. Przewróciłem krzesło i stolik na
              którym stało akwarium. Roztrzaskało się w drobny mak.
              Gasnącym wzrokiem obserwowałem podrygujące rybki.
              Podobnie jak ja otwierały usta z każdą chwilą słabsze i co raz bardziej
              obojętne.....
              • vampi_r Re: Opowieści z krypty. 20.01.04, 15:52
                DZIEŃ, JAK CO DZIEŃ.


                Wleciałem na portiernię i czym prędzej odbiłem kartę. Była już 9:23. Znów
                spóźniłem się do pracy. A obiecałem sobie, że będę dziś na czas.
                Jednak to moje dzisiejsze spóźnienie spowodowane było tym, że ktoś zajął moje
                miejsce na parkingu. Musiałem szukać innego. Za to, ten co stanął na moim
                miejscu daleko nie zajedzie – moim nożem McGyvera zrobiłem mu niezłe dziury w
                dwóch oponach. He he.

                W moim pokoju już czekała na mnie kartka od szefa: „PILNE !!! Przyjdź do mnie
                czym prędzej”. Niespiesznie zrobiłem sobie kawę i sprawdziłem pocztę. Po pół
                godzinie udałem się do „pokoju zwierzeń”, czyli gabinetu przełożonego.

                - Znów się spóźniasz, czekam na ciebie od godziny !!! – szef truł jak zwykle.
                - Przepraszam, wszystko przez te korki – ja wyłgałem się jak zwykle.
                - No dobra, jak tam twój ostatni projekt. Możesz pokazać?
                Podałem dyskietkę i stertę kartek. Szef oglądał przez chwilę schemat blokowy i
                poszczególne pliki.
                - Wszystko wygląda dobrze. Tylko czemu nazwałeś swój program „DRACULA”? – szef
                jak zwykle wykazywał się małostkowością.
                - Bo ta nazwa mi się podoba – odparłem szczerze – jest bardzo marketingowa.
                - No nie bardzo – szef znów zaczął się czepiać – zważywszy, że jest to program
                bazodanowy dla parafii Św. Piotra Opoki.
                - Nazwa pozostanie – warknąłem – albo będzie „DRACULA” albo odchodzę !!!
                - Ani nie odejdziesz, ani nie będzie DRACULA – tym razem szef odwarknął –
                zmień nazwę na coś bardziej odpowiedniego, na przykład na „OPOKA”.
                - Nie !!!! – wrzasnąłem – nawet nie wiesz jak się napracowałem nad tym
                programem. On musi nazywać się DRACULA !!!

                Odruchowo sięgnąłem po mój nóż McGyvera. I sam nie wiem jak to się stało, że
                ten nóż nagle utkwił głęboko w tętnicy szyjnej mojego szefa. Ten tylko głucho
                zacharczał i osunął się na ziemię trzepiąc nogami w konwulsjach.
                Zaciągnąłem stygnące zwłoki pod regał. Szef nie chciał się niestety w całości
                zmieścić w szafie. No ale od czego jest mój niezastąpiony nóż McGyvera.
                Wróciłem do swojego pokoju. Zrobiłem sobie kolejną kawę.
                - A niech mu będzie – pomyślałem – mogę zmienić nazwę. Jestem przecież
                człowiekiem otwartym i tolerancyjnym.
                Wyedytowałem odpowiedni plik i wpisałem: „NOSFERATU”.

                ******************

                Kochanie? – dobiegł mnie szczebiotliwy głos ślubnej – Czemu nie jesz obiadu?
                - Jadłem trochę w pracy – odparłem.
                - Aha, a jak tam było dziś w pracy? – ślubna objęła mnie ramieniem i zaczęła
                delikatnie masować kark.
                - Dzień, jak co dzień, najdroższa. Ale tak se myślę, że czas już chyba, żebym
                zmienił pracę.



                Script by Vampi_r
    • vampi_r Re: Opowieści z krypty. 17.02.04, 13:27
      .S
      ...C
      .....H
      .......O
      .........D
      ...........Y.

      Odkąd do mojego domu wprowadziła się rodzina Bremerów poczułem się jak
      nowonarodzony. Ich 18-sto letnia córka, Ann, była chyba najpiękniejszą istotą,
      jaką stworzyła natura. Zakochałem się w niej bez pamięci od pierwszego
      wejrzenia.
      Często zakradałem się do jej pokoju, gdy spała i patrzyłem na jej słodką twarz
      i słuchałem delikatnego oddechu do samego rana. Czasami podglądałem ją w
      łazience, gdy brała prysznic, i wtedy chęć posiadania tej nieziemskiej
      śliczności przepełniała moje uczucia bez reszty.

      Dni leciały, a moja niespełniona miłość do Ann stawała się prawdziwą obsesją.
      Wprost nie odstępowałem mojej ukochanej na krok. W dodatku stawałem się co raz
      mniej ostrożny. Kiedyś będąc w jej sypialni potrąciłem niechcący krzesło. Ann
      obudziła się nagle i z przerażeniem rzuciła w ciemny kat pokoju:
      - Jest tu kto?
      Stałem cicho wstrzymując oddech, by nawet delikatny szmer nie zdradził mej
      obecności.

      W domu Państwa Bremerów zaczął co raz częściej przebywać niejaki Norman –
      20-sto letni młodzieniec z typu tych przystojnych, bogatych i wysportowanych.
      Chwile, jakie spędzał w pokoju Ann były dla mnie jak największe piekielne
      katusze.
      Wiedziałem, że muszę szybko coś zrobić. I już wiedziałem co.
      Jest tylko jeden jedyny sposób, by Ann mogła być ze mną.
      Poświęciłem całą noc majstrując przy schodach prowadzących z sypialni mej
      ukochanej do salonu.

      ****************

      Państwo Bremerowie kończyli właśnie pakowanie.
      Ekipa z firmy przeprowadzkowej wsadzała do ciężarówki ostatnią sofę.
      - Ech, co za pechowy dom – rzucił nagle jeden z robotników – poprzedni
      właściciel też spadł ze schodów i kark se skręcił, teraz ta dziewczyna. A jaka
      ona śliczna była. Co za tragedia.

      Stałem w oknie sypialni i patrzyłem na krzątaninę przed domem. Nagle moja
      ukochana Ann podeszła do mnie i się przytuliła.
      Patrzyła smutno, jak jej rodzice wsiadają do samochodu i odjeżdżają w nieznane.
      - Nie martw się najdroższa – powiedziałem czule – niedługo spotkasz się z nimi.
      W nocy przeciąłem przewód hamulcowy w samochodzie.


      Script by Vampi_r
      • vampi_r Re: Opowieści z krypty. 04.03.04, 18:27
        Opowieść o miłości.


        Uwaga: opowieśc nieprzyzwoita.
        Aby ja przeczytać musisz miec przynajmniej 118 lat.












        Ostrzegam.















        No dobra. Sam(a) tego chciałeś(łaś).
        Czytaj, ale na swoją odpowiedzialność.



        Poniedziałek. 17:33
        Zakochałem się w Elżbiecie. Ale chyba bez wzajemności.
        Bo ona jakaś taka zimna jak lód. Muszę może bardziej zadbać o siebie.
        Może używać innej wody po goleniu? Albo się wykąpać.
        Sam nie wiem.

        Środa. 10:11
        Porzuciłem marzenia o Elżbiecie, bo poznałem Baśkę. Wypisz, wymaluj jak z
        piosenki Wilków. W szkole mawialiśmy na takie „pełnomleczna”.
        Fajna z niej dziewczyna. Jutro może kupię jej jakieś kwiaty.

        Czwartek. 12:40
        Jednak Baśka nie umywa się do tej nowej – Mirki.
        Przyszedłem rano do pracy z kwiatami dla Baśki, a tu patrzę – jakaś nowa
        śliczna dziewczyna. No i kwiatki podarowałem Mirce.
        Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia.

        Piątek. 15:34
        Tak. Chyba wreszcie spotkałem dziewczynę, z którą planuje związać się na dłużej.
        Mirka jest wprost cudowna – delikatna i taka śliczna.
        Całą noc pisałem dla niej wiersz. Przeczytałem jej z uczuciem, jak zostaliśmy
        na chwilkę sami.
        Nic nie powiedziała, ale zapewne jej się podobało, bo niemal zarumieniła się na
        twarzy.

        Sobota. 20:18
        Miałem mieć dziś wolne, ale przyszedłem do pracy specjalnie dla Mirki.
        To dla niej zamieniłem się dyżurem z Zenkiem.
        Ucieszył się jak dziecko.
        - Matti, jesteś prawdziwym kumplem – powiedział mi uradowany – wiesz, że nie
        lubię zostawać sam na dyżurach.
        Wiem, wiem. Zenek to porządny chłop, ale bardzo strachliwy.

        Niedziela. 14:22
        Obudziłem się nieco później. Niemal całą noc kochałem się z Mirką.
        Echhhh ... było cudownie.... Musimy to powtórzyć.
        Może dziś przywiozę ją do siebie. Może zamieszkamy razem.
        A może razem uciekniemy z tej dziury, gdzieś w świat, albo chociażby do
        Warszawy.
        Mam trochę oszczędności, kupię w stolicy kawalerkę.
        Zawsze co stolica to stolica. Mirce zapewne się tam spodoba.

        **********************************

        Poniedziałek. 19:37

        - Skandal w Grójeckim prosektorium. Państwo Warchołowie zgłosili się dziś rano
        po ciało swej 24 letniej córki Mirosławy. Jednak szuflada chłodnicza, gdzie
        miały być zwłoki była pusta. Szczegółowe przeszukanie szpitala nie dało efektu.
        Dziwnym jest też fakt, że w pracy nie pojawił się dziś jeden ze strażników –
        52-letni Maciej K. Kierownik prosektorium uważa, że on może mieć coś wspólnego
        z zaginięciem zwłok.
        Policja wszczęła śledztwo i poszukiwania, jednak jak dotąd po przeszukaniu
        mieszkania Macieja K. nie natrafiono na żaden ślad.
        Dla wieczornych Wiadomości z Grójca - Dorota Warakomska.




        Ostrzegałem.
        Script by Vampi_r.
        • vampi_r Re: Opowieści z krypty. 15.03.04, 12:48
          OSTATNI POCIĄG


          Siedzący na torach człowiek spoglądał na zegarek. Opóźnienie pociągu wyraźnie
          go irytowało. Co rusz przykładał ucho do szyny. Zniecierpliwiony oczekiwaniem
          sięgnął do leżącej obok apteczki. Przejechał ręką po jej zawartości.
          Opatrunkowe gazy, jodyna oraz bandaże szczelnie wypełniały pojemnik.

          Dalekobieżny był dla niego ostatnią deską ratunku. Z własnej winy zaniedbał
          schorowane nogi, udając się zbyt późno do lekarza. Szpital nie odmawiał pomocy,
          lecz operacja zakażonych gangreną kończyn, z powodu reformy służby zdrowia i
          wyczerpanych tegorocznych limitów, była możliwa dopiero w przyszłym roku.
          Nie mógł tak długo czekać.

          Odgłos drgającej szyny zmusił mężczyznę do działania. Wytrenowanym ruchem
          wyjął butelkę wódki. Zamaszyście odkręcił korek, wlewając zawartość do gardła.
          Alkohol szybko stępił świadomość. Leżąc z zamkniętymi oczyma, starał się nie
          myśleć o zabiegu.
          Widział siebie biegającego po plaży, żonę i dziecko. Słyszał plusk
          rozleniwionej fali i pokrzykiwania kąpiących.

          ********

          Lokomotywa ciągnąca skład przetoczyła się z hałasem. Koła wielotonowego pojazdu
          precyzyjnie odcięły nogi. Otumaniony inwalida odczołgał się od torowiska.
          Bandażując kikuty, miał nadzieję na zatrzymanie infekcji.
          Zrobił wszystko, aby sobie pomóc. Pomimo potwornego bólu uśmiechał się łzami
          szczęścia.
          Wiedział, że restrukturyzacja i reorganizacja PKP wkrótce pozbawiłaby go
          szansy, ponieważ nierentowne linie likwidowano ostatnio w iście ekspresowym
          tempie.
          A on, szczęściarz, pod pociąg do Medyki załapał się w ostatniej chwili.


          J a n u s z P i e r z a k

          • vampi_r Re: Opowieści z krypty. 22.03.04, 17:46
            ZEMSTA PO LATACH


            Mietek wpadł do nas zdyszany i bardzo, ale to bardzo podekscytowany.
            - Mam wam coś ważnego i bardzo okropnego do przekazania – wykrztusił po chwili
            jak już złapał oddech – proponuję spotkać się zaraz po drugim śniadaniu.
            Mietek nieraz miał dziwne pomysły i urojenia, ale tym razem na jego twarzy
            widniało zdecydowanie i determinacja.
            - Czemu nie – odparłem więc po chwili namysłu – zawiadomię swoich.

            Zaraz po drugim śniadaniu w świetlicy zebrało się całe nasze bradztwo.
            - Słuchajcie – zaczął Mietek – właśnie wczoraj się dowiedziałem, że całe życie
            byliśmy oszukiwani!!!
            - Jak to oszukiwani? – spytałem z niedowierzaniem – Od kogo masz te informacje?
            - Nie ważne od kogo – powiedzmy że z pewnego źródła zbliżonego do kół pewnych –
            odparł Mietek.
            Znaczyło to ni mniej, ni więcej, że od swego brata.
            - No to opowiadaj – niemal chórem zachęciło Mietka całe towarzystwo.
            - No więc byliśmy oszukiwani, całe życie wpajano nam nieprawdę i to nieprawdę
            tak daleką od prawdy, że aż dostałem prawdziwego szoku, jak dowiedziałem się
            prawdy.
            Mietek zawsze mówił dość rozwlekle i chaotycznie.
            - A możesz podać jakieś konkrety – rzuciłem lekko poirytowany.

            - Otóż moi drodzyyyyy – Mietek modulacją głosu stworzył teraz prawdziwe
            napięcie – krasnoludki nie istnieją!!!!
            - Jak to nie istnieją? – zapytał Zenek poprawiając sobie jednocześnie pieluchę.
            - Normalnie, NIE ISTNIEJĄ – kontynuował Mietek – mało tego, te wszystkie
            opowieści o czarownicach i królewnach zamienionych w żaby, to zwykłe brednie.
            - I o tych pięknych rycerzach, co pocałunkiem budzą królewny też?!?! – to
            Renatka niemal łkając pytała.
            - Też – walnął bez ogródek Mietek – i o smokach też. To wszystko co nam
            opowiadają dorośli to kłamstwo i zwykłe banialuki.
            Spojrzałem w oczy Renatki i zauważyłem jak zachodzą łzami. Ona miała jeszcze
            coś w tych oczach, ale na razie nie bardzo wiedziałem co.
            Rozejrzałem się po świetlicy. Całe towarzystwo wyglądało tak, jakby miało
            ryknąć płaczem.
            - Nie, no teraz to przesadziłeś – warknąłem na Mietka.
            - To granda! – krzyknęła Halinka i poleciała z rykiem do łazienki.

            Rozeszliśmy się w milczeniu. Tym bardziej, że nastała pora leżakowania i Pani
            Zuzia zaczęła nasz układać do przedpołudniowej drzemki.
            Ja jednak nie mogłem zasnąć. Cały czas myślałem o tym, co usłyszeliśmy od
            Mietka.
            Jeśli to wszystko, co nam powiedział byłoby prawdą, to by znaczyło, że świat
            jest inny, niż nam wmawiano. To by znaczyło, że rzeczywiście dorośli nas podle
            oszukiwali.
            I to kto? – nasi rodzice. Ludzie którym mieliśmy bezgranicznie ufać i kochać.
            Po co ja obcałowałem tyle tych żab? Ale durnia ze mnie zrobili.
            Nie, nie, nie!!!! Trzeba coś z tym zrobić. Jakoś zadziałać. To nie może ujść im
            płazem.
            Jakoś musimy się bronić. Sami musimy się bronić.
            Tak!!! - grunt to samoobrona!!!
            Już ja się zemszczę!!!

            - Czemu nie śpisz Andrzejku? – to Pani Zuzia pochyliła się nade mną.
            - Snuję plany na przyszłość pse Pani – odparłem.



            Script by V a m p i _ r
    • vampi_r Re: Opowieści z krypty. 05.04.04, 19:28
      DRUGA RĘKA


      Wychyliłem się delikatnie zza węgła i zaraz posypał się w moją stronę grad kul
      odpryskując kawałki tynku.
      - Kryj się!!! – wrzasnął Janek
      - Dobra, dobra – odparłem – chciałem tylko ocenić ich refleks.
      - Gdzie są nasi? – zapytał Zenek.
      - W południowym skrzydle – odpowiedziałem – musimy się do nich przedrzeć. Uwaga
      Panowie, poczekamy aż zaczną przeładowywać broń i ruszamy.

      Wybiegliśmy na trzy cztery ostrzeliwując się na ślepo. To przebiegnięcia
      mieliśmy jakieś 30 metrów bez osłony. Gnaliśmy co sił w nogach.
      Nagle usłyszałem za plecami jęk Zenka. Dostał.
      Jeszcze tylko 5 metrów. Poczułem piekący ból w lewej nodze. Upadłem.
      Jankowi się udało.
      - Wrócę zaraz po ciebie!!! – krzyknął tylko i pognał po posiłki.
      Leżałem tak chwilę oszołomiony z bólu, jak poczułem za plecami oddech
      nieprzyjaciela.
      Odwróciłem się gwałtownie i wycelowałem swoją broń w korpus wroga. Lecz zamiast
      spodziewanego wystrzału uszu moich dobiegł jedynie głuchy trzask zamka.
      - No to po mnie – pomyślałem – amunicja mi się skończyła.

      Nieprzyjaciel zbliżył się o mnie i z szyderczym uśmieszkiem wymamrotał:
      - Szkoda kul na ciebie bydlaku, wykończę cię gołymi rękami.
      Zebrałem resztki sił i wstałem utykając na lewą nogę. W każdej chwili
      spodziewałem się ataku. Przyjąłem postawę zapaśnika. Przydał mi się teraz
      zeszłoroczny kurs samoobrony.
      Nieprzyjaciel był jednak zwinniejszy. Chwycił mnie za lewe ramię wprawnie
      wykręcając rękę. Poczułem jak trzaskają mi kości. Prawą ręką sięgnąłem do
      cholewy buta. Wyjąłem sprężynowca, który niebawem aż po rękojeść utkwił w
      tętnicy szyjnej mego oprawcy.
      Ległem na kolana przygnieciony nieco ciężarem konającego.
      Kątem oka zobaczyłem, że nadciąga Janek z naszymi. Z drugiej jednak strony
      dobiegała ostra kanonada. To nieprzyjaciel szedł z kontratakiem.
      Nagle usłyszałem donośny głos Marszałka:
      - Przerwać ogień !!!! Przerwać ogień !!!!

      Marszałek miał poważanie zarówno wśród nas, jak i tamtych.
      Wszystko jak na rozkaz umilkło.
      Marszałek wkroczył dostojnie po schodach:
      - Ogłaszam półgodzinny rozejm. A teraz zapraszam wszystkich na salę obrad.
      Spojrzałem w kierunku, gdzie upadł Zenek. Biedak dostał postrzał w głowę. Jego
      mózg wylewał się z potłuczonej czaszki. Nie miał szans.
      - Jak noga? – zapytał Janek
      - W porządku, to tylko draśnięcie – odpowiedziałem słabym głosem – gorzej z
      ręką.
      Rzeczywiście moja lewa ręka zwisała bezładnie, jak strzęp mięsa.

      Weszliśmy na salę i w milczeniu zaczęliśmy zajmować swoje miejsca.
      Starałem się szybko policzyć naszych. Na oko mieliśmy teraz nad nimi niewielką
      przewagę.
      Marszałek zastukał trzy razy laską.
      - Kto z Pań posłanek i Panów posłów jest za przyjęciem ustawy budżetowej na
      2007 rok proszę podnieść rękę i nacisnąć przycisk.
      Nacisnąłem TAK.
      Spojrzałem na sąsiednie miejsce. Karta do głosowania Zenka wciąż tkwiła w
      kokpicie.
      Kurczę, żebym miał zdrową lewą rękę.....


      Script by Vampi_r
      • vampi_r Re: Opowieści z krypty. 25.06.04, 16:50
        S P A L O N Y


        Właśnie nadchodziła pora rozpoczęcia meczu, jak ślubna weszła do pokoju.
        - Misiu, czy możesz mi wreszcie wyjaśnić na czym polega spalony?
        - Od 10 lat staram ci się to wytłumaczyć kochanie – odparłem czule ale tonem
        stanowczym oznaczającym „nie zawracaj mi teraz głowy”.
        - No ale ja tak bardzo cie proszę.... poza tym wczoraj przeczytałam w Pani
        Domu, że wspólne zainteresowania zbliżają małżonków. A ty interesujesz się
        piłką, więc jak i ja będę z tobą oglądać mecze, to będzie to tylko dla naszego
        dobra. Musisz mi tylko wytłumaczyć o co chodzi z tym spalonym.

        Właśnie rozpoczynało się studio piłkarskie. Do samego meczu zostało wiec z 20
        minut.
        „No dobra – pomyślałem – dla dobra naszego związku poświęcę prezentacje drużyn
        i ich poprzednich meczów w mistrzostwach”.
        Wyjąłem 3 Heinekeny i 2 Żywce. Postawiłem Heinekeny na stoliku równo w jednej
        linii, a jednego Żywca przed Heinekenami, a drugiego za.
        - Zobacz kochanie – po raz setny zacząłem tą samą gadkę – to są obrońcy, a to
        jeden napastnik a to drugi. Jeśli jeden napastnik poda piłkę do drugiego, to
        będzie spalony, bo ten drugi stoi bliżej linii bramkowej, niż ci obrońcy.
        - A gdzie są bramki? – ślubna przytomnie zapytała.
        No fakt – niedopatrzenie z mojej strony. Położyłem na skraju stolika paczkę
        chipsów i postawiłem przed nią jednego Heinekena, uprzedzając tym samym pytanie
        ślubnej o bramkarza. Powtórzyłem tłumaczenie zasad dokładając zmiętą kartkę,
        jako piłkę.

        - No ale czemu tych zawodników jest tak mało? Mówiłeś zawsze, że gra ich 11 w
        każdej drużynie – ślubna nie dawała za wygraną.
        Pocwałowałem do kuchni po 4 kolejne zgrzewki piwa.
        Stolik okazał się być teraz za mały na rozstawienie 22 butelek. Odsunąłem więc
        fotele i kanapę, bo nasz dywan miał kolor i proporcje jak boisko piłkarskie
        (kupiłem go 2 lata temu ślubnej na imieniny).
        Z foteli zrobiłem bramki, poustawiałem butelki po całym dywanie i dodając
        piłeczkę pingpongową (znalazła się pod kanapą) jako footbolówkę zamiast zmiętej
        kartki papieru, wytłumaczyłem wszystko ponownie.
        - Jasne teraz? – zapytałem z nadzieją w głosie, bo kątem oka w telewizorze
        zauważyłem, że spotkanie już trwa.
        - A sędzia, gdzie jest sędzia? – spytała ślubna.
        - Daj spokój, sędzia jest nie ważny.
        - Jak to? Przecież nie raz oglądając mecz krzyczysz, że to sędzia gra, a nie
        piłkarze.
        - Ale to nie w tym znaczeniu – jęknąłem zrezygnowany.

        Poleciałem do przedpokoju i wygrzebałem z pawlacza czarnego kalosza.
        Zapobiegawczo wziąłem jeszcze dwa trepy na funkcję liniowych. Miałem tylko
        nadzieję, że nie będę musiał tworzyć całej ławki rezerwowych i trenerów.
        - No to chyba teraz zrozumiałam? – odparła ślubna – spalony jest wtedy, gdy w
        momencie podania zawodnik do którego podawana jest piłka znajduje się bliżej
        linii bramkowej przeciwnika, niż jakikolwiek piłkarz z pola drużyny przeciwnej.
        Czy tak?

        Uffff. W międzyczasie Anglicy zdążyli już strzelić Francuzom jedną bramkę i
        zaczęła się druga połowa meczu. Poustawiałem fotele, otworzyłem piwo. Ślubna
        chrząknęła porozumiewawczo. Jej też otworzyłem piwo.
        Zidane właśnie strzelił wyrównującego gola.
        - Jeeeeee.!!!! – wrzasnąłem, bo od lat kibicuję Francuzom.
        - Jeeeeeest !!! – wrzasnęła ślubna – 2:0 dla Anglii!!! Yeah! Dokopać tym
        żabojadom!!!!
        - To Francuzi strzelili kochanie.
        - Jak to Francuzi strzelili se bramkę? – ślubna najwyraźniej jeszcze nie
        rozróżniała stron.
        Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo właśnie Gerard podał fatalnie w stronę swojego
        bramkarza, Henry przejął piłkę i wyszedł sam na sam z bramkarzem.
        - O! Spalony! Spalony! – wrzasnęła ślubna.

        *************

        No i nie wiem jak to się stało, ale nagle moje obie ręce zacisnęły się mocno na
        szyi mojej żony i nie puściły póki ta nie przestała ostatecznie wierzgać
        nogami.
        Powtórkę karnego oczywiście obejrzałem dopiero w nocnych wiadomościach.
        Dlatego proszę Wysoki Sąd o łagodny wymiar kary i potraktowanie mojej zbrodni,
        jako popełnionej w stanie chwilowej niepoczytalności umysłowej.

        - Co? A tak .... – Sędzia niecierpliwie popatrzył na zegarek.
        Za 20 minut zaczynał się mecz finałowy EURO 2004.
        - Niewinny – rzucił od niechcenia i wybiegł z sali. Pod togą miał granatową
        koszulkę numer 10 Platini.
    • gosc_horrorum Re: Opowieści z krypty. 24.07.04, 20:30
      jeśli chcecie poczytać inne STRASZNE opowieści to wejdźcie na stronę:
      www.bla.priv.pl/buffe/kiki/opowiesci.htm
      • gosc_horrorum Re: Opowieści z krypty. 24.07.04, 20:33
        gosc_horrorum napisał:

        > jeśli chcecie poczytać inne STRASZNE opowieści to wejdźcie na stronę:
        > www.bla.priv.pl/buffe/kiki/opowiesci.htm
        www.bla.priv.pl/buffe/Kiki/OPOWIESCI.htm (ma być z dużych liter bo
        inaczej nie wchodzi)
        • vampi_r Re: Opowieści z krypty. 23.08.04, 19:40
          P E Ł N I A



          Wszystko zaczęło się jakiś miesiąc temu. Akurat szedłem zrobić małą przecinkę w
          lesie, gdy zobaczyłem wilczka zaplątanego w kłusownicze sidła. Delikatnie
          uwolniłem go z kłopotów, lecz ten jakby zupełnie niechcący lekko drasnął mnie w
          rękę swoimi ząbkami.
          Zbagatelizowałem to, bo i nie raz byłem pogryziony przez dzikie zwierzę, a tym
          razem powstało jedynie lekkie zadrapanie w okolicy kciuka.

          Po dwóch dniach od tego zdarzenia zauważyłem, że wyostrzył mi się węch. W pracy
          leśniczego to bardzo pozytywna cecha – nagle potrafiłem z 5 kilometrów wyczuć
          turystę palącego papierosa. Udało mi się też zapobiec kilku pożarom, nim te w
          ogóle wybuchły. Wyostrzenie zmysłu węchu bardzo mnie ucieszyło i początkowo nie
          zastanawiałem się nad przyczyną tej zmiany.

          Jednak każdego następnego dnia odkrywałem u siebie jakieś nowe cechy lub
          umiejętności.
          Najpierw było nawet zabawnie. Ku uciesze mojej żony zacząłem nagle biegać na
          czworakach za przejeżdżającymi przez las samochodami i obszczekiwać je.
          Potem zaczęło być dziwnie – przy siusianiu podnosiła mi się lewa noga, a na
          śniadanie zamiast jajecznicy, podjadałem Pedegree Pall naszemu Rexowi.

          Mniej więcej po dwóch tygodniach poczułem, że moje życie i układy towarzyskie
          zaczynają się walić. Świat z każdym dniem tracił swoją barwę i przybierał
          czarno-białe barwy.
          Nasze koty zaczęły na mnie prychać, Rex obraził się śmiertelnie za to
          podjadanie jego smakołyków, a żonę przestało już bawić to moje obszczekiwanie
          samochodów. Znajomi z kolei pogniewali się na mnie, za to, że obsiusiałem ich
          wypielęgnowany bukszpan i porobiłem niezliczoną ilość dziur w ogródku.
          Żona jednak jakoś to znosiła – do wczoraj, gdy zacząłem na nią warczeć jak
          kazała mi zmyć po obiedzie.

          No i przyszedłem do Pana, Panie Doktorze. Niby nic mi nie dolega i czuję się
          zdrów i pełen energii. Jednak te wszystkie psie cechy, jakie u siebie zauważam
          są doprawdy dziwne i chwilami bardzo kłopotliwe – przerwałem bo nagle księżyc
          zajrzał w moje oczy oświetlając je pełnią swego blasku.
          Spojrzałem na Pana Doktora, który wpatrywał się we mnie z przerażeniem.
          Zerknąłem w lustro. Zobaczyłem wydłużony pysk z wielkimi zębami i owłosioną
          facjatę zamiast swojego normalnego odbicia. Chciałem coś powiedzieć, ale z ust
          moich wydobyło się tylko przeraźliwe wycie.
          Spojrzałem znów na przerażonego Doktora i przypomniałem sobie, że jeszcze nie
          jadłem dziś kolacji. Taaak – Pan Doktor z wytrzeszczonymi oczami i szeroko
          otwartą buzią wyglądał bardzo ale to bardzo apetycznie.


          Script by Vampi_r
          • vampi_r Re: Opowieści z krypty. 30.08.04, 19:32
            P O M Y Ł K A



            Ze snu wyrwał mnie nagle dzwonek telefonu. Przez moment nie wiedziałem, czy to
            jeszcze resztki marzeń sennych, czy rzeczywistość. Po krótkiej chwili po omacku
            odszukałem w ciemności słuchawkę i uniosłem ją zaspaną wciąż dłonią.
            - Słucham.... – rzuciłem z trudem powstrzymując ziewanie.
            - Czy wie Pan, kto mówi? – po drugiej stronie odezwał się głos z lekkim
            wschodnim akcentem.
            - No... chyba... domyślam się – odparłem dwuznacznie, bo nie miałem zielonego
            pojęcia kto był po drugiej stronie drutu. Liczyłem, że głos i tak zaraz mi
            powie.
            - To dobrze, bo nam to ułatwi sprawę – ciągnął głos z telefonu – „Szakal” ma
            dla Pana ciekawą propozycję, Panie Bremer.
            - Przepraszam, ale to najwyraźniej pomyłka – rzuciłem stanowczym i lekko
            poirytowanym tonem i odłożyłem słuchawkę. Nie lubię, jak ktoś budzi mnie w
            środku nocy. Tym bardziej, że mam jutro pierwszą zmianę.

            Po chwili telefon zadźwięczał ponownie.
            - Niech Pan nie odkłada słuchawki. – odezwał się ten sam głos ze wschodnim
            akcentem – Wiemy, że po tych ostatnich wybrykach z naszej strony, miał Pan
            prawo stracić do nas zaufanie. Tym razem jednak „Szakal” nie zamierza już z
            Panem więcej grać w kotka i myszkę, za drogo nas to kosztuje. No i te straty w
            naszych ludziach.....
            - Przykro mi bardzo – odparłem i chciałem po krótkiej przerwie na ziewnięcie
            dorzucić, że to pomyłka, ale głos kontynuował.
            - Nam też jest przykro, tym bardziej, że straciliśmy najlepszych naszych
            agentów.
            - To pomyłka – udało mi się wreszcie dokończyć swoje poprzednie zdanie.
            - Wiemy, że to była pomyłka z naszej strony. Nie doceniliśmy Pana. Dlatego
            chcemy ugody. Dajemy Panu 2 miliony, a Pan zaprzestaje swojej działalności. OK?
            - Czy to jakieś żarty? – wrzasnąłem niemal do telefonu, bo spojrzałem na
            zegarek – było po trzeciej w nocy, ja musiałem o piątej wstać, by zdążyć na
            osobowy piąta trzydzieści do Małkinii, a tu ktoś budzi i jaja se robi.
            - No dobra – po krótkiej przerwie odezwał się głos w telefonie – niech będzie 5
            milionów i luksusowa willa na Karaibach.
            - 5 milionów czego – zapytałem z głupiej ciekawości.
            - Dolarów amerykańskich, jeśli poda Pan nam numer swojego konta, to za chwilę
            zrobimy przelew.

            Aż usiadłem z wrażenia. 5 milionów dolarów, to jakieś.... jakieś.... (starałem
            se przypomnieć ostatni kurs USD/PLN) 18 milionów złotych.... i to z ogonkiem
            Przy mojej pensji konduktora PKP i rocznych zarobkach (łącznie z łapówkami od
            gapowiczów) rzędu 19 tysięcy złotych.... musiałbym pracować na tyle kasy przez
            prawie 1000 lat. Nie wiem, czy aż tyle uda mi się pociągnąć na kolei, bo wciąż
            straszą zwolnieniami.
            - No jak? – zapytał głos w telefonie
            - Muszę tylko podać numer konta i dostanę pieniądze? – upewniłem się jeszcze
            - Tak. Ale jest jeden warunek, że już dziś najbliższym samolotem leci Pan przez
            Frankfurt do Miami, a potem wynajętym samolotem na Karaiby. Mamy już
            naszykowane wszystkie rezerwacje. A na Karaibach będzie na pana czekać
            luksusowy dom z basenem. Niech Pan tylko da nam już spokój i zakończy swoją
            działalność.
            - Dziś mam lecieć na Karaiby? A żona? – w tym momencie spojrzałem na wciąż
            chrapiącą opok Helę.
            - Ech, kobieciarz z Pana, Panie Bremer. Już tam będzie czekać jakaś „żona”.
            Powiedzmy czwarta vice miss Tajlandii. – głos w słuchawce przyjął nieco
            rubaszny ton.
            - Słucham??? – rzuciłem zaskoczony
            - No dobra – pierwsza vice miss. Zresztą co za różnica – one i tak są wszystkie
            jednakowe. Mówiono mi, że jest Pan drobiazgowy, ale żeby aż tak?
            - Dobra, może być pierwsza vice miss – postanowiłem pójść w tej kwestii na
            ugodę.
            - To jak? Poda mi Pan ten numer konta? Zaraz, jak tylko wsiądzie pan do
            samolotu, dokonamy przelewu. Będzie Pan sobie żył dostatnio w ciepłym klimacie
            do końca życia.

            Zapaliłem lampkę nocną i poszukałem na stoliku, wśród niezapłaconych rachunków,
            ostatniego ostrzeżenia z PKO o przekroczonym debecie.
            - 1234 6789 2220 1101 ..... – dyktowałem ostrożnie, by się nie pomylić – moje
            nazwisko Zenon Ociepka.
            - Ocipka? – spytał głos
            - Nie Ocipka, tylko Ociepka, od ciepania – rzuciłem wyuczoną formułkę, bo
            wszyscy od dziecka mylili się tak samo w moim nazwisku.
            - Dobra, zapisałem – odezwał się głos – Ociepka, hehe... czy na to samo
            nazwisko potwierdzić wszystkie rezerwacje na samoloty oraz wystawić amerykańską
            wizę?
            - Tak. O której mam być na Okęciu?
            - O 6:54 ma Pan samolot do Frankfurtu. Bilety, wizę i dalsze instrukcje otrzyma
            Pan w kasie Lufthansy. Niech Pan poda hasło "Szary wilk" – głos był
            najwyraźniej bardzo zadowolony – ciszę się, że doszliśmy do porozumienia. Niech
            się Pan nie obawia. Nikogo z naszych ludzi nie będzie na lotnisku. Nie chcemy
            już więcej z panem zadzierać.

            Wstałem z łóżka i ubrałem się szybko w stare dżinsy i szare polo. Spojrzałem
            na budzik – dochodziła 4 nad ranem. By zdążyć na lotnisko musiałem złapać
            jeszcze ostatni nocny autobus. Wyjąłem spod pościeli w szafie swój paszport i
            schowałem do tylnej kieszeni spodni.
            18 baniek na koncie, dom w ciepłych krajach i vice miss Tajlandii.... hmmm.
            Spojrzałem na swoją Helę. No tak – nawet do dziesiątej vice miss nieco jej
            brakowało... Rzekłbym, że brakowały jej same trzydziestki – 30 kilo (minus), 30
            centymetrów (plus) i 30 lat (też minus).
            - Gdzie łazisz po nocy, Zenek? – to ślubna się nagle obudziła i swym jak zwykle
            skrzeczącym tonem, poprawiając jednocześnie swoje papiloty, zadała to
            niewygodne pytanie
            - Wychodzę do kiosku po papierosy, kochanie. Śpij dalej.


            Script by Vampi_r

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka