Gość: kumys
IP: *.gigasoft.pl
08.05.03, 23:55
Pozwalam sobie wkleic b. aktualny komentarz prof. Przystawy z Wrocławia
Jerzy Przystawa
Dynamiczny rozwój...centrali
Jak o tym doskonale wie każdy odwiedzający nas zagraniczny turysta, Wrocław
jest miastem, które dynamicznie się rozwija, o czym dobitnie przekonuje
wspaniale odnowiony Rynek i jego okolice, luksusowe restauracje, banki na
każdym kroku, nieustająca wystawa kwiatów na Placu Solnym, nie mówiąc już o
fontannie pod Ratuszem, na którą miasto, a raczej jego prezydent, wydali
ponoć 5 milionów złotych. Ten rzucający się w oczy rozwój stał się podstawą
starań władz miejskich i państwowych o to, żeby Wrocław był gospodarzem
światowej wystawy EXPO 2010, i tylko knowania zazdrosnych konkurentów
przeszkodziły w zrealizowaniu tych planów.
Ponieważ nie jestem zagranicznym turystą, lecz mieszkańcem z Wrocławiem
związanym od 1946 roku, kiedy transport wygnańców ze Lwowa tutaj się
zatrzymał; ponieważ tutaj przez 8 lat, jako radny Rady Miejskiej Wrocławia I
i II kadencji, uważnie przyglądałem się kolejnym budżetom miasta - jestem
nieco mniej oczarowany tymi oznakami sukcesu na pokaz i staram się zrozumieć
na czym polega ten błyskotliwy rozwój? Gdzie jest dzisiaj Wrocław na
gospodarczej mapie Polski, na czym oparte jest zadowolenie i dobre mniemanie
o sobie jego kolejnych prezydentów i wysokość prezydenckich apanaży?
Nie będę porównywał dzisiejszego gospodarczego znaczenia Wrocławia z jego
pozycją na mapie III Rzeszy, w której Wrocław był trzecim pod względem
znaczenia ekonomicznego wśród miast niemieckich, ani z czasami PRL-u, kiedy
Wrocław, dzięki odziedziczonej po Niemcach bogatej infrastrukturze
przemysłowej, stał zaraz za Aglomeracją Katowicką. 4 lata temu, na podstawie
opublikowanego przez „Rzeczpospolitą” rankingu 500 największych
przedsiębiorstw Polski, w mojej książce „Trans-Atlantic”, starałem się
oszacować ekonomiczne znaczenie mojego miasta. Mam przed sobą ranking
opublikowany przez „Rzeczpospolitą” w dniu 6 maja 1999 i podobne opracowanie
tej samej gazety wydane wczoraj, tj. 7 maja 2003. Mam nadzieję, że porównanie
tych publikacji zainteresuje wrocławian.
Otóż oba rankingi, i ten wczorajszy i ten sprzed 4 lat, wymieniają 15
wrocławskich przedsiębiorstw, które znalazły się w „wielkiej 500-setce”.
Niestety, w jednym i drugim, występują na dalekich miejscach. W roku 1998 w
pierwszej setce nie zmieściła się żadna firma wrocławska, albowiem
największa, Zakład Energetyczny Wrocław S.A., plasował się dopiero na miejscu
108. W tym roku do pierwszej setki trafił Bank Zachodni, na miejscu 39, ale
za to wszystkie inne znacznie pogorszyły swoje wyniki finansowe. Polifarb
S.A., który w roku 1998 zajmował 111 miejsce spadł na pozycję 238, a więc
ponad 100 pozycji w dół, Zakład Energetyczny o 68 miejsc na pozycję 179,
Europejski Fundusz Leasingowy z pozycji 114 aż o ponad 200, bo na miejsce
334, podobnie MPEC z pozycji 248 na 471. Wymownie o upadku świadczy łączny
wynik finansowy tych 15 największych wrocławskich firm: w roku 1998
przyniosły one razem 163 miliony złotych zysku. W roku ubiegłym zaledwie 53
miliony! Jest to, jak wynika z danych opublikowanych przez „Rzeczpospolitą”,
zaledwie 0,6% tego, co przynoszą łącznie wszystkie firmy 500. Z wyniku
finansowego Wrocławia 270 milionów wyrabia sam Bank Zachodni, ale cóż z tego
skoro sama Telefonia Dialog, okupująca 423 miejsce, przynosi strat na
przeszło 450 milionów! Jest rzeczą ciekawą, że pomimo tak marnej sytuacji
firmy, jakoś nie słyszymy wypowiedzi naszych polityków i ojców państwa, że
trzeba by zamknąć przedsiębiorstwo, które tak źle sobie radzi, a zatrudnia
zaledwie 1.145 pracowników, tylko zamyka się nierentowne kopalnie i huty. Na
przykład zmartwieniem naszych ministrów jest Huta Sędzimira w Krakowie,
generująca straty w wysokości 250 milionów, a w której zatrudnionych jest
ponad 9 tysięcy pracowników. Jakby nie patrzeć, są to straty o połowę
mniejsze od tych, jakie przynosi Telefonia Dialog. Albo trzeba likwidować
koleje, bo na przykład PKP Przewozy Regionalne przynoszą straty ok. 1
miliarda złotych, a więc nie wiele ponad dwa razy większe, chociaż
zatrudniają dwa razy więcej ludzi. Albo Stocznię Szczecińską, której straty
wynoszą zaledwie 9 milionów, 50 razy mniej niż Dialogu, a pracuje w niej 3
razy więcej pracowników. Nota bene wrocławski Dialog nie jest wyjątkiem, bo
na przykład warszawski Centertel, zajmujący 27 pozycję w rankingu wykazuje
również straty na ponad 400 milionów. Ciekawe, gdzie się podziewają te
horrendalne, najwyższe chyba na świecie, opłaty za używanie telefonów
komórkowych?
Trzeba przyznać, że wynik finansowy 15 największych przedsiębiorstw
Wrocławia, z trudem przekraczający 10 milionów Euro, to prawdziwa podstawa o
ubieganie się o EXPO 2010 i naszym ojcom miasta tylko pogratulować
pomysłowości! Szukając odpowiedniego słowa dla oddania takiego stanu rzeczy
jedynym, jakie przychodzi mi na myśl, jest słowo hucpa.
Ale jeśli Wrocław tak bardzo się obsunął w rankingu ekonomicznym, to kto się
posunął do góry? Porównanie obu „List 500” daje odpowiedź nie budzącą
wątpliwości: Stolica Polski Warszawa!
W roku 1999 na „Liście 500” największych 115 miało swoją siedzibę w
Warszawie, w roku 2003 liczba ta wzrosła do 171, czyli o prawie 50%. Jeszcze
bardziej wymowny jest skład pierwszej setki największych: tutaj Warszawa
zajmuje aż 53 pozycje, reszta kraju zaledwie 47. Jeszcze 4 lata temu te
proporcje wyglądały inaczej: wśród 100 największych Warszawa zajmowała 43
miejsca.
Jeśli spróbujemy przez chwilę przyjrzeć się wymowie tych liczb, to wyłania
się z nich koszmarny obraz postępującej z dnia na dzień centralizacji kraju.
Na przekór wszystkim propagandowym zaklęciom, o tym jak to Polskę, bez
przerwy, decentralizujemy, czynimy bardziej samorządną, przybliżamy władzę
bliżej obywatela, prawdziwa ewolucja zachodzi w dokładnie przeciwnym
kierunku: wszystkie nici, jak za komuny, a może nawet jeszcze bardziej,
zbiegają się w Warszawie. Przedsiębiorstwa, ci wszyscy upragnieni i pożądani
inwestorzy, uciekają z prowincji i ciągną, jak mucha do miodu, do Warszawy.
Gdzie jest źródło tego zabójczego dla Polski ciągu? Dlaczego Warszawa jak
wampir wypija z Polski wszystko, co się tylko da?
Odpowiedź jest prosta: jedną z głównych przyczyn tego „centralizmu
demokratycznego” (młodzi ludzie mogą już nie pamiętać, że tak swój ustrój
nazywali właściciele PRL) jest fatalna ordynacja wyborcza do Sejmu. To
właśnie partyjniacki system wyborczy, niesłusznie nazywany proporcjonalnym, w
sposób szczególny sprzyja i tworzy warunki do takiego rozwoju rzeczy.
Ordynacja partyjna oznacza niekontrolowaną władzę centralnej biurokracji
partyjnej, tych wszystkich komitetów centralnych i biur politycznych, których
siedzibą jest i pozostanie Warszawa. To stamtąd wychodzą dyspozycje, kto ma
kandydować do Sejmu w Przemyślu, w Rzeszowie, Kłodzku, Nysie czy w
Szczecinie. Nic dziwnego, że w takiej procedurze ponad połowa powiatów
polskich nie miała jeszcze ani razu swojego posła w Sejmie. Wszystko kręci
się w centrali i wokół centrali. Kręcą się więc i biznesmeni, i
przedsiębiorcy. Za drogo ich kosztuje otwieranie firmy w Krośnie czy
Przemyślu. Wszyscy ważni ludzie, od których cokolwiek zależy, są w Warszawie,
więc i im rozsądek podpowiada, że trzeba się tam posadowić. Kiedyś był taki
wybitny polityk o nazwisku Szeremietiew. Kiedy pierwszy raz stracił posadę
wiceministra Obrony Narodowej, prof. Andrzej Wiszniewski, ówczesny rektor
Politechniki Wrocławskiej, litując się nad bezrobotnym ministrem, przygarnął
go i zaoferował posadę asystenta, choć ten wybitny specjalista od obrony
kraju miał mało wspólnego z naukami technicznymi. Wywiadujący ministra
dziennikarz „Słowa Polskiego” zapytał go, czy teraz przeniesie się do
Wr