Autorki: Ania Olej-Kobus i Magdalena Kowalska- Lasia
Ronić po ludzku?
W Polsce poronienia jakby nie było. Nie istnieje w mediach ani rozmowach.
Zapomniano o nim w ideologicznych wojnach o aborcję i marketingiem
skierowanym do przyszłych mam. Jakby nie było problemu, choć co roku jest on
tragedią tysięcy kobiet.
Tekst: Magdalena Lasia, Anna Olej-Kobus
Nie zawsze ciąża kończy się szczęśliwymi narodzinami. W powszechnym odczuciu
zwłaszcza wczesne poronienie nie jest żadną tragedią. Wierzy się, że roniąca
jeszcze nie „przyzwyczaiła się” do dziecka, skoro traci je w piątym czy ósmym
tygodniu ciąży. Często nie widziała go na USG, a jego obecności dowodzą
jedynie poranne mdłości i dwie kreski na teście. Tymczasem dla niej nieważne
że dziecko miało wielkość pestki jabłka - to był początek jej macierzyństwa.
Wielka gotowość do miłości i wszystkie nadzieje z tym związane. Poronienie to
koniec marzeń. Rozpacz, często poczucie winy. O tym co może roniącą czekać w
szpitalu, nie można dowiedzieć się z żadnego rankingu oddziałów położniczych.
I nikt kto tego nie przeżył, nie domyśla się ich piekła, tak często
przebiegającego obok sal porodowych. Codziennie ponad sto kobiet przechodzi
przez jego kolejne kręgi.
Czytając o przeżyciach niedoszłych mam na internetowych forach można odnieść
wrażenie, że autorki poniosła makabryczna wyobraźnia. Tymczasem nawet
szpitale nagradzane przez Fundację Rodzić po Ludzku niekiedy zostawiają
koszmarne wspomnienia. Większość kobiet twierdzi, iż największą traumą poza
stratą dziecka, było zachowanie personelu w szpitalu. Zwykła życzliwość jest
opisywana jako zachowanie wyjątkowe.
Krąg pierwszy: mała ciąża „poleciała”
Rzeczywista liczba poronień jest trudna do oszacowania. Nie sposób określić
ile kobiet traci ciąże, nim zorientuje się, że doszło do zapłodnienia.
Przyjmuje się jednak, że jedna na pięć ciąż kończy się poronieniem. Około
75% poronień ma miejsce w I trymestrze ciąży, czyli do 12 tygodnia. Pozostałe
ciąże są ronione w II trymestrze czyli między 4 a 6 miesiącem ciąży.
W Polsce w 1992 roku, gdy nie obowiązywała jeszcze obecna ustawa o warunkach
dopuszczalności przerywania ciąży odnotowano niespełna 12 tysięcy aborcji. W
tym samym czasie liczba samoistnych poronień wynosiła ok. 45 tysięcy rocznie,
czyli ponad czterokrotnie więcej. Poronienie może dotknąć każdą kobietę, bez
względu na jej wiek, stan zdrowia czy prawidłowo przebiegające poprzednie
ciąże.
O nieoczekiwanym zakończeniu ciąży kobiety zwykle dowiadują się podczas
rutynowego USG, bądź na izbie przyjęć, gdzie przyjechały z powodu krwawienia
lub innych niepokojących objawów. Informacja o obumarciu płodu jest
przekazywana w formie często określanej jako „suchą” lub „nieżyczliwą”. To,
co dla lekarzy jest zarodkiem, embrionem czy płodem, dla ogromnej części
matek jest już dzieckiem. Dla wielu nie ma przecież znaczenia, czy płód ma
już status prawny, czy można nadać mu imię i pochować. Joanna poroniła w 6
tygodniu. Lekarka wykonująca badanie powiedziała jej: Na tym etapie ciąży nie
można jeszcze mówić o dziecku. Zabolało. Nawet jeśli to kilkanaście
komórek, dla mnie to było moje dziecko.
Marzena: – To było wczesne poronienie. Lekarz robiący mi USG – bardzo miły i
bez złych intencji - zapytał ze zdziwieniem „a to w ogóle coś tam było”?
Pewnie do głowy mu nie przyszło, że te słowa zostaną we mnie bardzo długo.
Marta wspomina, iż ledwo ukazał się obraz na USG lekarz stwierdził niemal
kpiącym tonem, że żadnej ciąży to już dawno nie ma. Czułam się jak intruz, w
dodatku histeryzujący, bo przecież nic takiego się nie stało i zdaniem
lekarza to normalne, że takie małe ciąże często lecą. Całe te pięć minut
badania było koszmarem jakiego nie życzę nikomu.
Zofia: - Na izbie przyjęć pielęgniarka dzwoniła szukając
lekarza: "Przyjechała tu kobieta z jakimś poronieniem." To "jakieś
poronienie" było moją tragedią, po kilkunastu minutach przychodzi lekarka
mówiąc "to juz się poroniło". Dla niej tylko "to".
Izabela Barton – Smoczyńska, psycholog, terapeuta, prowadząca badania nad
przeżyciami kobiet po poronieniach: - Jedna z kobiet po dokonanym samoistnym
poronieniu usłyszała, żeby zarodek wyrzucić do śmieci. Posłusznie wykonała
polecenie, jednak poczucie, że sama wyrzuciła swoje dziecko do śmieci,
całkowite odhumanizowanie tego co dla niej było tragedią, nasiliło objawy
stresu pourazowego. Na konferencjach opowiadam tę historię lekarzom, żeby
uświadomić im, że część kobiet traktuje nawet bardzo wczesne ciąże podmiotowo.
Kasia miała szczęście w nieszczęściu, na izbie przyjęć trafiła na lekarza
rozumiejącego, iż poronienie może być dramatem. Był niezwykle taktowny,
wytłumaczył mi, że często tak się dzieje, że nie jestem temu winna i że nie
przekreśla to szans na macierzyństwo. Choć wciąż byłam zrozpaczona, było mi
dużo łatwiej przez to przejść.
Krąg drugi: twoje ciało w obcych rękach
Joannę podczas badania dowiedziała się, że nie ma akcji serca płodu i należy
zrobić łyżeczkowanie. Czego pani płacze, płód jest martwy, nic się nie da
zrobić – usłyszała od lekarza. Zofia: Przywiązują mi nogi do fotela. Lekarka
juz jest gotowa, uśmiech od ucha do ucha, inne sobie żartują miedzy sobą.
Czuje, jak mi łzy płyną z oczu. Boje się. Te żarty zapamiętam do końca życia.
Czy naprawdę nie stać nikogo na trochę wyczucia? Jestem tylko kolejnym
przypadkiem, kolejnym zabiegiem.
Izabela Barton – Smoczyńska: - Dla większości lekarzy poronienia, zwłaszcza w
I trymestrze, ograniczają się do rutynowego zabiegu o nikłym zagrożeniu dla
życia czy zdrowia kobiety. Poronienia zdarzają się tak często, że są
traktowane jak fizjologiczna reakcja organizmu. Poronienia ciąż późniejszych
(II i III trymestr) często również traktowane są przedmiotowo, dziecko nie
jest osobą. W związku z tym nie jest konieczne podejmowanie działań i
zachowań rutynowo uruchamianych w sytuacji śmierci pacjenta. Trywializowanie
zdarzenia śmierci („nic takiego się nie stało, to normalne”

i
bagatelizowaniem przeżyć kobiety (klasyczne „jest pani młoda, będzie pani
miała następne”

potęguje poczucie bezradności i lęku.
Agnieszka nie miała szczęścia w szpitalu trafić na dobrego psychologa. Po
stracie dziecka w 22 tc jako pocieszenie usłyszała, że terapeutka roniła 4
razy i do dziś nie ma dzieci, a więc ma się jednym poronieniem nie przejmować.
Według karty praw pacjenta, ma on prawo do zachowania intymności, na ile
tylko nie utrudnia to badania czy zabiegów medycznych. W większości szpitali
respektuje się już prawa rodzących do intymności, kobiety po poronieniach
często mają jednak skrajnie inne doświadczenia. Marta wspomina, iż krwawiąca
musiała się rozebrać w pokoju bez parawanu, na oczach lekarza.
Beata: - Gdy mi powiedzieli że dziecko jest martwe ordynator zwrócił się do
studentów tymi słowami „Możecie panią badać, ciekawy przypadek”. A ja tam
przecież cały czas byłam i wszystko słyszałam!
Zofia: - Nikt do mnie nic nie mówi. Nie wiem, czy mam czekać, czy mam stać,
czy mogę usiąść. Kolejne badanie USG robią cztery lekarki, bez dzień dobry,
bez jednego słowa. "Pani się położy". Cztery lekarki przed monitorem
rozmawiają medycznym żargonem. Koniec badania. Wstaję i czekam na jakieś
wyjaśnienia. Cztery kobiety stoją przy komputerze i wpisują opis
badania. "Pani wyjdzie."
Izabela Barton – Smoczyńska - Jedną z konsekwencji uprzedmiotowienia
pacjentki i jej ciąży jest zajmowanie się przypadkiem, a nie osobą.
Przypadek nie ma uczuć, nie ma potrzeb, nie wymaga intymności. Przypadek się
omawia, analizuje.
Dorota wiedziała od ponad doby, że jej dziecko już nie żyje. "Chce pani
popatrzeć?” – spytał ją lekarz na jednym z ostatnich badań. "Tu jest dziecko,
niestety brak czynności se