Wersja dla niecierpliwych: wszystko wyszło inaczej niż planowałam. Gościom
się podobało, mnie niekoniecznie. Zapraszam na podsumowanie w ostatnim
akapicie.
Dla moich wielbicieli sążnisty opis poniżej

Środa była moim ostatnim dniem w pracy. Jako że urlopu wzięłam aż 4 dni (do
dziś włącznie, znaczy się), musiałam ostro nadgonić robotę przed urlopem i
wyszłam z pracy dwie godziny później niż planowałam. W ostatniej chwili
zdążyliśmy do kancelarii spisać akt ślubu. Ksiądz bardzo przyjemny - gdy
dowiedział się, że zarówno pan młody, jak i oboje świadków pochodzą z jego
rodzinnych stron, od razu zapowiedział że właśnie on nam ślubu udzieli
Wieczorem przyjechali pierwsi goście - brat mojego Narzeczonego z przyszłą
żoną. No to popiliśmy. Niby niedużo (żubrówka plus dwie weselne czyste), ale
z racji mego strasznego zmęczenia i zdenerwowania ścięło mnie dokumentnie,
film mi się urwał po raz drugi w życiu, ocknęłam się rano we własnym łóżku i
obok Narzeczonego - całe szczęście!
Czwartek: ależ kaca miałam! Narzeczony do pracy poszedł, wziął brata do
pomocy. Ja z bratową po odbiór sukni. Po poprawkach wszystko OK, halka
jedynie do lekkiego zwężenia. Biżuteria pasowała jak ulał. Aaa, w
międzyczasie spotkanie z moją kochaną Świadkową i ustalanie "gryplanu" na
sobotę. Najbardziej niepokoiła nas kwestia kwiatów - Narzeczonemu wszędzie za
drogo było i już miałyśmy wizje, że same sobie tych słoneczników na działkach
narwiemy. Powrót do domu, zawieszenie sukni na oknie i modlitwy, aby się
karnisz nie zerwał. Miałam jeeszcze wiele rzeczy tego dnia zrobić, ale z
racji kaca nie byłam w stanie. Cóż...
Piątek: obudziłam się przed siódmą z masakrycznym bólem gardła. Gwoli
scisłości: gardło bolało mnie już od kilku dni, ale liczyłam na to, że
przejdzie... nie przeszło. Budzę Narzeczonego zatem. Wiszę pół godziny na
telefonie, w końcu udaje mi się dodzwonić do przychodni. W samochód i
najpierw do pracy podbić legitymację ubezpieczeniową, potem do lekarza.
Kolejka kilometrowa. Po długim, długim czasie wchodzę do gabinetu ze
słowami: "boli mnie gardło, mam katar kaszel i gorączkę, a jutro mój ślub i
musi mnie pan na nogi postawić". Lekarz mało się nie posikał ze śmiechu
dał antybiotyk i witaminki. Idę do apteki, kupuję leki za prawie 100 zł, chcę
płacić kartą... a tu karty w portfelu brak; poprzedniego dnia dałam ją
Narzeczonemu, żeby alkohol kupił i mi jej nie oddał. Dzwonię do niego zatem -
okazuje się, ze jest na drugim końcu miasta, ale przyjedzie jak najszybciej.
Stoję zatem pod apteką. Telefon z pracy - pilnie potrzebują pewnych danych,
na szczęście mam je w swoim komputerze, podaję kod dostępu, udało się.
Narzeczony przyjeżdża za jakieś półtorej godziny, rozchachany wielce - ja
wściekła pytam o powód rozchachania, okazuje się że zamówił kwiaty w
kwiaciarni nieopodal naszego mieszkanka i za obie wiązanki zapłacił 180 zł!!!
więc nic dziwnego, że radocha. Ja oczywiście w strachu, co też za badziewne
kwiaty będą. Cóż - ryzyko. Pędem do domu zjeść cokolwiek aby antybiotyk
wziąć - i do miasta. Zawieźliśmy alkohol do lokalu i stanęłiśmy w kolejce do
spowiedzi - była godzina około 15:30, pociąg z teściami planowo miał
przyjechać 16:20, moja siostra natomiast zapowiedziała się około 17:30
(jechali od strony Wrocławia, mieliśmy po nich wyjść na rogatki Warszawy).
Czekamy na spowiedź zatem. A tu każdy się spowiada z wszystkich grzechów
świata chyba!!! Narzeczony w końcu przedarł się bohatersko na początek
kolejki (ja tak nie potrafię...) szybko załatwił co trzeba i pojechał na
dworzec po teściów. A ja czekam i czekam i czekam. Około 16:30 dzwoni siostra
i mówi, że już są w Warszawie. Każę im czekać na pętli tramwajowej. W końcu
moja kolej spowiedzi, akurat spowiada ten ksiądz, który ma nam ślubu
udzielać. Z wrażenia omijam połowę grzechów i zapominam wziąć podpis na
karteczce. Wylatuję z kościoła jak oparzona i lecę do hotelu uregulować
pozostałą kwotę. W międzyczasie telefon do organisty - miałam ambicje
wysłuchać ulubionych utworów, z rozpędu jednak mówię "niech będzie co pan
chce, byle bez Ave Maria, aaa i Marsz Mendelssohna na końcu a nie na
początku". Pędem po rodzinkę siostry. Zabieramy ich do naszego mieszkanka,
jemy cokolwiek, odwozimy do hotelu wieczorem. Narzeczony zawozi mnie do domu,
sam o 23 wyjeżdża na dworzec odebrać Świadka, który nie mógł wcześniej urwać
się z pracy. Odwozi Świadka do hotelu, w domu jest przed pierwszą, próbujemy
usnąć. Jemu się udaje, mnie nie bardzo.
SOBOTA, 16.09.2006 - DZIEŃ ŚLUBU.
O szóstej zwlekam się z wyra stwierdzając, że nie ma sensu gnić w łóżku,
skoro i tak nie śpię. Rozsuwam zasłony. Niebo zachmurzone całkowicie.
O żesz jeża nietoperza pół talerza.
Nic to.
Włączam Trójkę, robię kawę, siadam przy komputerze

rzut oka (okiem???) na
forum. Nie mogę usiedzieć w miejscu. "Nosi mnie" i - jak się okazuje - "nosić
mnie" będzie cały dzień.
Wpół do ósmej budzę Narzeczonego. Szybki prysznic, ulubiony balsam do ciała -
i do salonu piękności. Słońce przebija się przed chmury!!! Najpierw
paznokcie - decyduję się na bardzo naturalny jasny lakier, później mycie
głowy i makijaż - też bardzo delikatny, prawie go nie widać - o to chodzi!!!
Za namową pani kosmetyczki dałam sobie usunąć wąsik gorącym woskiem (ALE
BOLAŁO!!!), fakt faktem był bardzo widoczny, zwłaszcza ostatnio. No i
domniemany Piekarski na mękach, czyli upinanie welonu. Kilka dni wcześniej
absolutnie nie można było sobie z tym poradzić - teraz natomiast szast-prast
i gotowe (dwie wsuwki plus jakieś osiem spineczek "żabek"). Żeby tak różowo
nie było, włosy z przodu nijak nie chcą się ułożyć, w końcu zostają
postawione na sztorc do góry, wyglądam jak swoja własna ciotka. Wszystkie te
operacje zajmują niespełna dwie godziny, szykowałam się na trzy. Jeszcze
filiżanka kawy, zamówienie taksówki i do hotelu kurs. W hotelu witam
wszystkich gości, łącznie z moimi rodzicami... usiedzieć nie mogę, biegam jak
szalona po wszystkich pokojach, tylko welon fruwa

Jogurt i antybiotyk.
Przychodzi Świadkowa - pomaga mi się ubrać. Udaje się założyć sukienkę przez
głowę nie naruszając misternej konstrukcji welonu. Za pomocą tony żelu i
lakieru próbujemy ujarzmić włosy. Udaje się średnio. Aaa, w międzyczasie
Narzeczony przynosi kwiaty. W szoku jesteśmy obie. WIĄZANKI SĄ ŚLICZNE!!!
Ufff, jeden problem z głowy. Drugi też - spotkanie rodziców bezproblemowe,
wielkiej miłości nie ma, ale spode łba też na siebie nie patrzą.
Wyszykowana jestem, Chanel 19 spryskałam się dla dodania sobie pewności
siebie - i mogłam się Narzeczonemu pokazać. Zatkało go na mój widok, nie
powiem - a wszystkich zatkało na jego widok, okazale się w garniturze
prezentował, choć minę miał bardzo nietęgą.
Błogosławieństwo.
Zaczyna moja mama. Płacze tak, że słowa z siebie wydobyć nie może. Patrzę na
nią... i przypominam sobie wszystko złe, co od niej doświadczyliśmy. Trąci mi
to wszystko hipokryzją wielką. Postanawiam się NICZYM NIE PRZEJMOWAĆ. Słowa
dotrzymuję aż do końca.
Wyjście z hotelu około 12:15 - my i świadkowie pierwsi, goście za nami.
Idziemy bardzo szybko, jak się okazało - niespełna 15 minut zajmuje nam droga
do kościoła. Słoneczko świeci obłędnie, wiatr zawiewa niestety - welon trzyma
się jednak!!! Gadam jak nakręcona, śmieję się od ucha do ucha, Narzeczony
milczy. Wszyscy mijający nas turyści uśmiechają się, gratulują, moc życzeń,
zdjęcia nam pstrykają... my też robimy kilka fotek przy pałacu prezydenckim ;-
) Wchodzimy do kościoła, wcześniejsza msza ślubna jeszcze trwa, czekamy więc
w przedsionku. Ja wciąż roześmiana i rozgadana, aż nie przystoi tak w
kościele... Msza się kończy, nasi goście wchodzą do kościoła, my ustawiamy
się w drzwiach, czekamy na księdza. Ja mało nie pęknę ze śmiechu. Głupawka.
Wszyscy pytają, czy piłam coś, czy amfę zażyłam... Narzeczony trzęsie się jak
osika. Wyglądamy razem komic