Dodaj do ulubionych

Jak się Ashton za mąż wydawała ;-)

19.09.06, 14:58
Wersja dla niecierpliwych: wszystko wyszło inaczej niż planowałam. Gościom
się podobało, mnie niekoniecznie. Zapraszam na podsumowanie w ostatnim
akapicie.

Dla moich wielbicieli sążnisty opis poniżej wink
Środa była moim ostatnim dniem w pracy. Jako że urlopu wzięłam aż 4 dni (do
dziś włącznie, znaczy się), musiałam ostro nadgonić robotę przed urlopem i
wyszłam z pracy dwie godziny później niż planowałam. W ostatniej chwili
zdążyliśmy do kancelarii spisać akt ślubu. Ksiądz bardzo przyjemny - gdy
dowiedział się, że zarówno pan młody, jak i oboje świadków pochodzą z jego
rodzinnych stron, od razu zapowiedział że właśnie on nam ślubu udzieli wink
Wieczorem przyjechali pierwsi goście - brat mojego Narzeczonego z przyszłą
żoną. No to popiliśmy. Niby niedużo (żubrówka plus dwie weselne czyste), ale
z racji mego strasznego zmęczenia i zdenerwowania ścięło mnie dokumentnie,
film mi się urwał po raz drugi w życiu, ocknęłam się rano we własnym łóżku i
obok Narzeczonego - całe szczęście!
Czwartek: ależ kaca miałam! Narzeczony do pracy poszedł, wziął brata do
pomocy. Ja z bratową po odbiór sukni. Po poprawkach wszystko OK, halka
jedynie do lekkiego zwężenia. Biżuteria pasowała jak ulał. Aaa, w
międzyczasie spotkanie z moją kochaną Świadkową i ustalanie "gryplanu" na
sobotę. Najbardziej niepokoiła nas kwestia kwiatów - Narzeczonemu wszędzie za
drogo było i już miałyśmy wizje, że same sobie tych słoneczników na działkach
narwiemy. Powrót do domu, zawieszenie sukni na oknie i modlitwy, aby się
karnisz nie zerwał. Miałam jeeszcze wiele rzeczy tego dnia zrobić, ale z
racji kaca nie byłam w stanie. Cóż...
Piątek: obudziłam się przed siódmą z masakrycznym bólem gardła. Gwoli
scisłości: gardło bolało mnie już od kilku dni, ale liczyłam na to, że
przejdzie... nie przeszło. Budzę Narzeczonego zatem. Wiszę pół godziny na
telefonie, w końcu udaje mi się dodzwonić do przychodni. W samochód i
najpierw do pracy podbić legitymację ubezpieczeniową, potem do lekarza.
Kolejka kilometrowa. Po długim, długim czasie wchodzę do gabinetu ze
słowami: "boli mnie gardło, mam katar kaszel i gorączkę, a jutro mój ślub i
musi mnie pan na nogi postawić". Lekarz mało się nie posikał ze śmiechu wink
dał antybiotyk i witaminki. Idę do apteki, kupuję leki za prawie 100 zł, chcę
płacić kartą... a tu karty w portfelu brak; poprzedniego dnia dałam ją
Narzeczonemu, żeby alkohol kupił i mi jej nie oddał. Dzwonię do niego zatem -
okazuje się, ze jest na drugim końcu miasta, ale przyjedzie jak najszybciej.
Stoję zatem pod apteką. Telefon z pracy - pilnie potrzebują pewnych danych,
na szczęście mam je w swoim komputerze, podaję kod dostępu, udało się.
Narzeczony przyjeżdża za jakieś półtorej godziny, rozchachany wielce - ja
wściekła pytam o powód rozchachania, okazuje się że zamówił kwiaty w
kwiaciarni nieopodal naszego mieszkanka i za obie wiązanki zapłacił 180 zł!!!
więc nic dziwnego, że radocha. Ja oczywiście w strachu, co też za badziewne
kwiaty będą. Cóż - ryzyko. Pędem do domu zjeść cokolwiek aby antybiotyk
wziąć - i do miasta. Zawieźliśmy alkohol do lokalu i stanęłiśmy w kolejce do
spowiedzi - była godzina około 15:30, pociąg z teściami planowo miał
przyjechać 16:20, moja siostra natomiast zapowiedziała się około 17:30
(jechali od strony Wrocławia, mieliśmy po nich wyjść na rogatki Warszawy).
Czekamy na spowiedź zatem. A tu każdy się spowiada z wszystkich grzechów
świata chyba!!! Narzeczony w końcu przedarł się bohatersko na początek
kolejki (ja tak nie potrafię...) szybko załatwił co trzeba i pojechał na
dworzec po teściów. A ja czekam i czekam i czekam. Około 16:30 dzwoni siostra
i mówi, że już są w Warszawie. Każę im czekać na pętli tramwajowej. W końcu
moja kolej spowiedzi, akurat spowiada ten ksiądz, który ma nam ślubu
udzielać. Z wrażenia omijam połowę grzechów i zapominam wziąć podpis na
karteczce. Wylatuję z kościoła jak oparzona i lecę do hotelu uregulować
pozostałą kwotę. W międzyczasie telefon do organisty - miałam ambicje
wysłuchać ulubionych utworów, z rozpędu jednak mówię "niech będzie co pan
chce, byle bez Ave Maria, aaa i Marsz Mendelssohna na końcu a nie na
początku". Pędem po rodzinkę siostry. Zabieramy ich do naszego mieszkanka,
jemy cokolwiek, odwozimy do hotelu wieczorem. Narzeczony zawozi mnie do domu,
sam o 23 wyjeżdża na dworzec odebrać Świadka, który nie mógł wcześniej urwać
się z pracy. Odwozi Świadka do hotelu, w domu jest przed pierwszą, próbujemy
usnąć. Jemu się udaje, mnie nie bardzo.

SOBOTA, 16.09.2006 - DZIEŃ ŚLUBU.
O szóstej zwlekam się z wyra stwierdzając, że nie ma sensu gnić w łóżku,
skoro i tak nie śpię. Rozsuwam zasłony. Niebo zachmurzone całkowicie.
O żesz jeża nietoperza pół talerza.
Nic to.
Włączam Trójkę, robię kawę, siadam przy komputerze wink rzut oka (okiem???) na
forum. Nie mogę usiedzieć w miejscu. "Nosi mnie" i - jak się okazuje - "nosić
mnie" będzie cały dzień.
Wpół do ósmej budzę Narzeczonego. Szybki prysznic, ulubiony balsam do ciała -
i do salonu piękności. Słońce przebija się przed chmury!!! Najpierw
paznokcie - decyduję się na bardzo naturalny jasny lakier, później mycie
głowy i makijaż - też bardzo delikatny, prawie go nie widać - o to chodzi!!!
Za namową pani kosmetyczki dałam sobie usunąć wąsik gorącym woskiem (ALE
BOLAŁO!!!), fakt faktem był bardzo widoczny, zwłaszcza ostatnio. No i
domniemany Piekarski na mękach, czyli upinanie welonu. Kilka dni wcześniej
absolutnie nie można było sobie z tym poradzić - teraz natomiast szast-prast
i gotowe (dwie wsuwki plus jakieś osiem spineczek "żabek"). Żeby tak różowo
nie było, włosy z przodu nijak nie chcą się ułożyć, w końcu zostają
postawione na sztorc do góry, wyglądam jak swoja własna ciotka. Wszystkie te
operacje zajmują niespełna dwie godziny, szykowałam się na trzy. Jeszcze
filiżanka kawy, zamówienie taksówki i do hotelu kurs. W hotelu witam
wszystkich gości, łącznie z moimi rodzicami... usiedzieć nie mogę, biegam jak
szalona po wszystkich pokojach, tylko welon fruwa wink Jogurt i antybiotyk.
Przychodzi Świadkowa - pomaga mi się ubrać. Udaje się założyć sukienkę przez
głowę nie naruszając misternej konstrukcji welonu. Za pomocą tony żelu i
lakieru próbujemy ujarzmić włosy. Udaje się średnio. Aaa, w międzyczasie
Narzeczony przynosi kwiaty. W szoku jesteśmy obie. WIĄZANKI SĄ ŚLICZNE!!!
Ufff, jeden problem z głowy. Drugi też - spotkanie rodziców bezproblemowe,
wielkiej miłości nie ma, ale spode łba też na siebie nie patrzą.
Wyszykowana jestem, Chanel 19 spryskałam się dla dodania sobie pewności
siebie - i mogłam się Narzeczonemu pokazać. Zatkało go na mój widok, nie
powiem - a wszystkich zatkało na jego widok, okazale się w garniturze
prezentował, choć minę miał bardzo nietęgą.
Błogosławieństwo.
Zaczyna moja mama. Płacze tak, że słowa z siebie wydobyć nie może. Patrzę na
nią... i przypominam sobie wszystko złe, co od niej doświadczyliśmy. Trąci mi
to wszystko hipokryzją wielką. Postanawiam się NICZYM NIE PRZEJMOWAĆ. Słowa
dotrzymuję aż do końca.
Wyjście z hotelu około 12:15 - my i świadkowie pierwsi, goście za nami.
Idziemy bardzo szybko, jak się okazało - niespełna 15 minut zajmuje nam droga
do kościoła. Słoneczko świeci obłędnie, wiatr zawiewa niestety - welon trzyma
się jednak!!! Gadam jak nakręcona, śmieję się od ucha do ucha, Narzeczony
milczy. Wszyscy mijający nas turyści uśmiechają się, gratulują, moc życzeń,
zdjęcia nam pstrykają... my też robimy kilka fotek przy pałacu prezydenckim ;-
) Wchodzimy do kościoła, wcześniejsza msza ślubna jeszcze trwa, czekamy więc
w przedsionku. Ja wciąż roześmiana i rozgadana, aż nie przystoi tak w
kościele... Msza się kończy, nasi goście wchodzą do kościoła, my ustawiamy
się w drzwiach, czekamy na księdza. Ja mało nie pęknę ze śmiechu. Głupawka.
Wszyscy pytają, czy piłam coś, czy amfę zażyłam... Narzeczony trzęsie się jak
osika. Wyglądamy razem komic
Obserwuj wątek
    • ashton ciąg dalszy ;-) 19.09.06, 15:00
      ...komicznie. Ksiądz podchodzi do nas i też śmiechem wybucham. Kilka słów,
      organista grać zaczyna, ksiądz odwraca się od nas i idzie do ołtarza, a my
      stoimy jak kołki!!! w końcu idziemy też. Ja rozanielona, niemalże buziaki na
      prawo i lewo rozdaję, Narzeczony głowa spuszczona, wzrok wbity w ziemię. Jakoś
      udaje się dojść do ołtarza bez potknięcia się o dywan, czego się obawiałam
      bardzo (tydzień wcześniej byłam w tym samym kościele na ślubie kumpeli i o mało
      nie wyrżnęłam o podłogę - potknęłam się na dywanie właśnie).
      Msza Ślubna się rozpoczyna.
      Nic z niej nie pamiętam prawie. Kurczowo ściskam dłoń Narzeczonego, pragnąc
      dodać mu otuchy. Minę wciąż ma taką, jakby chciał zwiać gdzie pieprz rośnie i
      wanilia też.
      Wszystko dzieje się bardzo szybko. Ksiądz z humorem celebruje uroczystość.
      Najbardziej mi się podobało, jak sugestywnie czytał fragment z Księgi Rodzaju,
      przeze mnie wybrany zresztą.
      Przysięga - powtarzamy za księdzem jednak, i dobrze. Narzeczony wypowiada swoją
      kwestię z prędkością cekaemu. Ja scenicznym szeptem "wolniej! wolniej!". Ksiądz
      dusi się ze śmiechu. Moja kolej. Udaje mi się nie zająknąć na imieniu
      Narzeczonego (nie lubię tego imienia, może ze dwa razy się do niego po imieniu
      zwróciłam w trakcie naszej znajomości) - w ogóle ani razu się nie zająknęłam!!!
      Kryzys jednak mały jest, w środku przysięgi Narzeczony ściska mi dłoń bardzo
      mocno - i w tym momencie zapomninam języka w gębie, pustka w głowie, nogi się
      ugięły... na chwilę jedynie. Nakładamy obrączki (moja jednak przyciasna),
      ksiądz pozwala na pocałunek, jakoś tak fajnie to mówi, znów mnie śmiechawka
      łapie, ale Narzeczony... tfu, już Mąż usta mi pocałunkiem zamyka... jestem
      ślepa i głucha, Świadkowa mówi mi później że w tym momencie w kościele był
      jeden wielki szloch wink Co jeszcze pamiętam z Mszy? Komunia - bardzo duży
      opłatek dostałam, prawie się zakrztusiłam, dobrze że było wino do popicia.
      Błogosławieństwo końcowe - nie wiedzieliśmy, czy uklęknąć, w końcu staliśmy jak
      dwa ciołki. Odejście od ołtarza - szliśmy osobno bardzo długo, w końcu się
      chwyciliśmy pod ręce jednak, ja uśmiechnięta tradycyjnie, Mąż chmurny
      tradycyjnie. Zdaję sobie sprawę, że nawet nie pociągnęłam nosem, chociaż katar
      miałam jeszcze poprzedniego dnia okrutny.
      Życzenia pod kościołem, dużo kwiatów, które zanosimy od razu do restauracji.
      Goście zupełnie niespodziewani - i spodziewani też wink
      Czasu mamy mnóstwo, jako że Msza ślubna szybko się odbyła. Niespiesznym krokiem
      na przystań zatem. Po drodze znów życzenia, znów gratulacje, znów mnóstwo zdjęć
      robionych przez przechodniów... i dwa zgrzyty, oczywiście. Pierwszy -
      przypomniałam sobie, że zapomniałam rano wziąć tabletkę anty (a łykam o siódmej
      rano) i że nie wzięłam ich ze sobą. Postanawiamy wysłać później kogoś do domu.
      Drugi - Świadek zostawia pieniądze przeznaczone na opłacenie statku w hotelu.
      Pożyczamy od mojego taty.
      Na przystani spotykamy grupę turystów. Robią "bramę" i śpiewają nam "Sto lat".
      Bardzo fajnie to wypada.
      Rejs... jak rejs. Nie było mi niedobrze, czego się obawiałam (za to moja
      siosrzenica cała zielona). Oczywiście nosiło mnie po całym pokładzie, suknia
      wkręcała się w śruby i deski, nic to! Kątem oka spojrzenie na gości - obie pary
      rodzicielskie ze sobą rozmawiają, i dobrze. Kilka romantycznych chwil z Mężem,
      lekko się wyluzował, widzę że szczęśliwy jest bardzo, co do moich uczuć pewna
      nie jestem. Płyniemy sobie spokojnie.
      Kotwica rzucona, wysiadamy, idziemy do restauracji.
      Najpierw witanie chlebem i solą. Co czuję? patrz błogosławieństwo.
      Hipokryzja!!! Nie mogę inaczej, zła na siebie jestem. Uśmiecham się słodko
      jednak. Szampan, "Sto lat", siadamy do stołu, zupa, w tle spokojna muzyczka...
      a tu mój chrzestny wyrywa się z toastem i typowo weselną przyśpiewką.
      Zamarłam na moment. Za chwilę szepczę Mężowi "ja chcę stąd wyjść". Za następną
      chwilę oprzytomniałam - PRZECIEŻ MIAŁAM NICZYM SIĘ NIE PRZEJMOWAĆ.
      I nie przejmowałam się niczym.
      Nawet tym, że Świadek się upił i w połowie imprezy film mu się urwał wink
      Nawet tym, że typowo weselne przyśpiewki były na tapecie do samego końca - kto
      chciał to śpiewał, kto nie chciał bawił się inaczej.
      Nawet tym, że tańce były, chociaż wcale ich nie planowałam. Zaczęło się
      niewinnie, od dwóch wolniaczy przy Kancelarii ("Zabiorę Cię") i Bajorze ("Nasza
      niebezpieczna miłość") - a później już wolna amerykanka.
      Najważniejsze, że każdy podchodził do mnie i mówił "ale świetne wesele, nie
      spodziewałem/am" się że tak fajnie będzie". Cóż - ja też się nie spodziewałam.
      Co do fajności - przemilczę.
      Impreza miała trwać do 21, przedłużyła się o godzinę. Na koniec tort (wiśniowy
      z Czarnego Lasu - przepyszny!!!) i mini oczepiny (pozbyłam się welonu, który
      trzymał się dzielnie bardzo!). Ukłon w stronę Świadkowej, która pozbierała całe
      podpite towarzycho do kupy i wyprowadziła z lokalu. Bardziej zmęczeni w
      taksówkę, reszta pieszo do hotelu. Na czele wesołej gromadki mój Tata, ciagnący
      za sobą ledwo żywego Świadka i śpiewający "My pierwsza brygada". Mnie już było
      wszystko jedno!!!
      W hotelu przebieram się i wyjście na miasto na drinka (na przyjęciu piłam tylko
      czerwone wino). Uspokoiłam się trochę, stwierdziałm że skoro gościom się wesele
      podobało to najważniejsze, ja jestem szczęśliwa z samego faktu bycia mężatką,
      mniejsza o całą otoczkę.
      Do hotelu wróciliśmy przed pierwszą.
      I jeszcze atrakcja nocy poślubnej - spaliśmy na dwóch złączonych tapczanach,
      które oczywiście musiały się rozłączyć i wylądowałam na podłodze. Szczegół:
      rozsunęły się same z siebie, jako że grzecznie odsypialiśmy trudy wesela.

      W niedzielę obudziłam się oczywiście tuż po szóstej wink znów szwendaczek, kawa,
      śniadanie, spacer z gośćmi po Starówce, pożegnanie - i po południu odwiezienie
      Teściów. Wróciliśmy od nich dziś około południa.

      UWAGA, podsumowanie.
      Tak jak pisałam na początku - w życiu się nie spodziewałam, że mój ślub i
      wesele będą tak właśnie wyglądać. Z oprawy ślubu zadowolona jestem bardzo, z
      wesela mniej oczywiście.
      I jeszcze apel do wszystkich par, którym z różnych powodów spieszy się do
      ślubu, a boją się, że nie da się go zorganizować w krótkim czasie - otóż DA
      SIĘ!!! U nas od decyzji o ślubie do samego ślubu minęły dwa miesiące, wszelkie
      załatwiania to kwestia dwóch-trzech tygodni, potem tylko nuuuudaaaaa.

      A najważniejsze jest to, że jestem bezwstydnie szczęśliwa!!!!!!!
      • bacha1979 Re: ciąg dalszy ;-) 19.09.06, 15:04
        Jezu, jeszce???smile)))))))))
      • inga34 no ładnie... 19.09.06, 15:27
        ... Ty bezwstydnico!!! TAK TRZYMAĆ!!!!
        Wariacki ten opis jak Ty cała!!!!
        Z terminem przygotwań i czasem na to - prawda!!!
        • szara82 Re: no ładnie... 19.09.06, 15:54
          Gratuluję, gratulujęsmile Szczególne wyrazy sympatii za włączenie "Trójki"smile))
      • olenka_a Re: ciąg dalszy ;-) 19.09.06, 20:04
        Gratuluję!!!


        Ale super opis! smile))))))
      • glupie_kocie Re: ciąg dalszy ;-) 04.10.06, 13:13
        Trochę wink spóźnione (nie było mnie jeszcze na tym forum, gdy brałaś ślub), ale
        szczere życzenia dalszego szczęścia i wspaniałej miłości kiss
        Słoneczniki cudne. Gdyby nie to, że będę majową panną młodą i konwalie są w tym
        czasie według mnie absolutnie bezkonkurencyjne, to słoneczniki byłyby moim
        numerem jeden smile
    • bacha1979 Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 19.09.06, 15:03
      Super opis ashtona!!
      Fajny jest takie "przedslubny młyn", prawda??
      Zyczę samych szczęsliwych dni!!!
    • agnrek Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 19.09.06, 15:04
      No to się wzięła i wydała!
      Najserdeczniejsze życzenia smile
      • anusiaczek87 Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 19.09.06, 15:06
        gratulacje smile
        • miss_paradox Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 19.09.06, 15:51
          Wszystkiego najlepszego Ashton!!!
          Byc bezwstydnie szczęśliwym .... każdy by chciał smile))

    • pacchia82 Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 19.09.06, 16:14
      Grtuluję, zazdroszczę i podziwiam twoją postawę -"niezłomnego ducha". Świetny
      opis. Wszystkiego najlepszego.
    • siencja Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 19.09.06, 16:19
      wszystkiego najpiękniejszego na nowej drodze życia wink
    • agajp7 Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 19.09.06, 16:52
      do bezwstydnie szczęśliwej!
      Gratuluję Ci ashton szczęścia i życze Ci tego samego na resztę dni smile
      Opis rewelacyjny masz talent słowotwórczy, a może masz wersję dla cierpliwych
      jak wrzucisz to znowu się porycze i uśmieję, jeszcze raz WSZYSTKIEGO
      NAJLEPSZEGO I DUŻO MIŁOŚCI.
    • beki79 Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 19.09.06, 17:03
      Gratulacje! Wszytkiego najlepszego na nowe drodze zycia. Super opis!
      • annawoj Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 19.09.06, 19:04
        fajniutki opissmile)
        wszystkiego najlepszegosmile)
    • mysza_klapsiara Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 19.09.06, 20:38
      Przy niektórych momentach aż poplakalam się ze śmiechu, a opłatek przebił
      wszystko. Gratuluję i dużo szczęścia życzę!
      • agnieszka5661 Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 19.09.06, 21:39
        Ashton! superancki opis! ale się uśmiałam! gratuluję i składam najlepsze
        życzenia! szkoda, że nie mogłam dotrzeć crying życzę Wam samych radosnych chwil
        razem, uśmiechu na Twarzach i dużo miłości! Super, że rodzice się dogadali i że
        nie było w tym kierunku żadnych problemów. Buziaki!
    • dark8 Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 20.09.06, 07:55
      To mi się humor poprawił, po przeczytaniuwink Świetny opis!
      Gratulacje i dużo szczęścia i miłości na nowej drodze.
      • justm Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 20.09.06, 08:02
        dołączam się do najserdeczniejszych życzeń i niecierpliwie czekam na zdjęcia!
    • malbru Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 20.09.06, 08:11
      Wszystkiego dobrego... bądźcie szczęśliwi...
      Opis genialny... i uśmiałam się szczególnie z "głupawki". Często ją sama
      miewam...
    • stokrottka2 Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 20.09.06, 12:57
      Ashton! Jak fajnie sie czyta takie dłuuugie i wyczerpujące opisy! Wszystkiego
      najlepszego dla ciebie i dla męża!
      • twitti Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 20.09.06, 20:37
        Ashon!!!widze ze mialas podobne przezycia co do wesela co my!!!tez wyszlo nam
        troche inaczej niz chcielismy, tancow nie mialo byc, a byly, glupie przyspiewki
        tez sie trafily... ale tak juz chyba jest.. na szczescie trwa to tylko jedna
        noc.. no i ja mam zal do mojej swiadkowej, ktora mi nie pomogla tylko mnie
        dolowala..
        • twitti Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 20.09.06, 20:38
          ps. i oczywiscie ZYCZE WAM WIELE SZCZESCIA DO KONCA ZYCIA I DLUZEJsmilesmile I WIELE
          MILOSCI!!!!buziaczki
    • mimi78 Re: Jak się Ashton za mąż wydawała ;-) 23.09.06, 12:02
      greczulejszyn od mimi ashtonsmile)))))))))))))
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka