Gość: test IP: *.fastres.net 08.04.04, 16:44 ddd Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
Gość: x Re: ddd IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.04.04, 12:03 Wicedyrektorka jednej z warszawskich gimnazjów przyznaje, że zalecenia o stuprocentowej promocji nikt oficjalnie nie wydał. Ale nie znaczy to, że ono nie istnieje. – Nie było dokumentów, nawet telefonów w tej sprawie. Wszystko odbywa się podczas nieformalnych pogaduszek przy kawie, w zawoalowanej formie, więc wszyscy się wyprą – i ministerstwo, i kuratorium – mówi dyrektorka jednego z warszawskich gimnazjów. – Wygląda to tak: panie z kuratoriów spotykają się z dyrekcjami szkół i sugerują, że jeśli szkoła nie zapewni sukcesu edukacyjnego, to dyrekcja może szukać pracy gdzie indziej – opowiada dyrektorka. Te rewelacje potwierdza nauczycielka z gimnazjum z Łodzi (kilkanaście lat w zawodzie): zaczęło się to już parę lat temu, od sugestii i lekkich nacisków dyrekcji szkoły. – W zeszłym roku trzy z nas wystawiły oceny niedostateczne jednemu z uczniów. Jedną zmuszono, by poprawiła ocenę z jedynki na dwójkę, tylko po to, aby uczeń miał prawo do poprawki. W tym roku takie naciski to już norma. Cena sukcesu Szkoła ma obowiązek zapewnić uczniowi „sukces edukacyjny”. To znaczy, że nauka powinna być dostosowana do jego poziomu i możliwości intelektualnych. Każde dziecko ma prawo do indywidualnego podejścia, a nauczyciel musi umieć zachęcić go do nauki. – Jak mam zapewnić sukces edukacyjny komuś, komu na tym nie zależy i żadne zachęty z mojej strony nie działają? – pyta 30-letnia nauczycielka języka obcego z Warszawy. – Uczeń śmieje mi się w oczy i pyta, po co ma się uczyć. „Ty się uczyłaś tyle lat i zarabiasz tysiąc trzysta – mówi. – A ja taką kasę mam w noc, z obrobionych samochodów”. Przecież nie będę mu wyjaśniać, że pieniądze w życiu nie są najważniejsze, bo to go bardziej rozśmieszy. Zgodnie z przepisami oświatowymi to nauczyciel musi się tłumaczyć z każdej jedynki i udowadniać, że zrobił wszystko, by skłonić ucznia do wysiłku, nawet jeśli ten był na lekcji gościem, wpadał do szkoły raczej towarzysko, bez zeszytów i pluł przez rurkę w wychowawcę. – Moi uczniowie wiedzą, że to ja mam problem, a nie oni – mówi młoda nauczycielka z warszawskiej Pragi. – Bo to ja sobie nie poradziłam, ja nie nadaję się do zawodu. Nauczyciele, zwłaszcza młodzi, którzy mają krótkie umowy i zależy im na kolejnych awansach i na utrzymaniu pracy, łatwiej podlegają naciskom – zarówno uczniów, jak i „pań z kuratoriów”. Nauczycieli ze stałą umową i z długim stażem trudno jest zwolnić, więc są odporniejsi. – Ale w końcu każdego można jakoś złamać, odebrać na przykład godziny – tłumaczy nauczycielka łódzkiego gimnazjum. Lęk o pracę narasta, bo kolejne szkoły są zamykane, między innymi z powodu niżu demograficznego. – Gdybym znalazła inną pracę, poszłabym do niej na kolanach – przyznaje nauczycielka z Łodzi. I to nie dlatego, że mało zarabia, że grozi jej zwolnienie czy dlatego, że minęła się z powołaniem. – Uczę w dziesięciu klasach – kontynuuje. – W każdej jest zaledwie kilkoro uczniów, którzy naprawdę chcą się uczyć. Ton nadają rozwydrzeni, w ich stronę ciążą przeciętniacy. Potrafię sobie dać radę z dyscypliną, nikt u mnie nie wrzeszczy, nie skacze po ławkach. Ale co z tego? Ci zdolni i chętni do nauki patrzą z niezrozumieniem na to, co się dzieje, jak nauczyciel ustępuje, zmniejsza wymagania wobec gromady leniwych osłów, tylko po to, by móc postawić im dwóję zamiast jedynki i przepchnąć do następnej klasy. To demoralizuje wszystkich, a nauczyciel traci szacunek. Ale szkoła ma z takiej postawy pewne korzyści. Uczeń, który rozbija każdą lekcję, jest niewygodny. Lepiej więc się go jak najszybciej pozbyć. Po co ma powtarzać klasę, przeszkadzać innym, psuć statystyki i podnosić koszty. – Tylko ciekawa jestem, jak szkoła wypadnie na egzaminach pod koniec gimnazjum? – zastanawia się nauczycielka z warszawskiej Pragi. Matka 11-letniego Mateusza z Warszawy nie ma nic przeciwko indywidualnemu podejściu do ucznia i stawianiu każdemu innych wymagań. – Mój syn, jak dostanie tróję z polskiego, to wie, że ma się zabrać galopem do roboty i nie buntuje się, że trójkę dostał też kolega z sąsiedniej ławki, chociaż umiał tylko połowę tego, co on. Rozumie, że każdy ma inne zdolności. Ma za to, pewnie jak każde dziecko, niezwykłe wyczucie niesprawiedliwości. I widzi doskonale, kiedy nauczyciel stawia dla świętego spokoju stopień mierny komuś, kto na to nie zasłużył. 15-letni Grzegorz sprawia ogromne kłopoty wychowawcze. Szkołę i nauczycieli ma za nic. Nauczyciele, rodzice, psycholog nie potrafią do niego dotrzeć. – Chodzi do szkoły dla towarzystwa, a nie dla nauki – przyznaje jego ojciec. – To, że zostanie w tej samej klasie na drugi rok, trochę go dyscyplinuje, bo straciłby kolegów. Myślę sobie czasami, że może by mu to dobrze zrobiło. Teraz widzę, że nie ma co na to liczyć. W szkole wiedzą, że Grzegorz chodzi na korepetycje, że staramy się na siłę wtłoczyć mu coś do głowy, więc pewnie znów dostanie mierny i przejdzie do następnej klasy, chociaż zupełnie na to nie zasłużył. To jest odebranie argumentów nie tylko nauczycielom, ale i rodzicom. Przeciwny promowaniu wszystkich jest również Marcin Mulewicz, rzecznik praw ucznia w krakowskim gimnazjum numer 37. – Wiem, że to codzienność życia szkolnego. Rozumiem, że trzeba pomóc tym, którzy nie dają sobie rady i jakoś przepchnąć ich przez szkołę, ale nie powinno to dotyczyć tych, którzy nic nie robią. To demoralizuje uczniów – mówi. Bezbronni wobec klasy – W czasie apelu nie wolno zwrócić uwagi uczniom za ich złe zachowanie, bo to jest naruszenie godności osobistej. A kto myśli o naszej godności? – pyta młoda nauczycielka języka obcego. – My mamy mnóstwo obowiązków wobec uczniów, a oni mają tylko się uczyć i zachowywać stosownie. A mimo to robią, co chcą i nie ponoszą za to konsekwencji. Nas za to, że oni nie chcą się uczyć, można zwolnić z pracy. O tym, że nauczyciel jest na przegranej pozycji, świadczą kolejne doniesienia o ekscesach uczniów. To oni są górą. Wiedzą o tym i robią, co chcą. Doskonale wyczuwają słabości nauczycieli, są coraz bardziej rozwydrzeni i nieobliczalni. Uczniowie spod Wrześni straszyli nauczyciela podczas lekcji rozpylonymi oparami dezodorantu, w czasie wycieczki chcieli mu wcisnąć kubeł na głowę. Uczniowie znęcający się nad nauczycielem angielskiego w Toruniu również wkładali mu na głowę kosz na śmieci, wykręcali ręce. Później bronili się mówiąc, że nauczyciel nakręcał ich tym, że nie dawał sobie z nimi rady. Inny nauczyciel angielskiego, z gimnazjum w Łęcznej, obrywał od uczniów kredą, długopisami. Obrzucano go wyzwiskami. Kiedy zaczęli go popychać i kopać, nie wytrzymał i uderzył agresywnego ucznia w głowę. Był silniejszy (a może słabszy) od swego kolegi z Torunia, a mimo to, podobnie jak tamten, musiał odejść ze szkoły. Zwolniony dyscyplinarnie. Winne są ogólny kryzys rodziny i bezrobocie – stawia diagnozę doświadczona nauczycielka gimnazjum. – Jedni rodzice problemy zwalają na szkołę i korepetytorów, inni w ogóle nie interesują się dziećmi. Dzieciaki nie widzą powodów, żeby się uczyć. Widzą, że promowane jest cwaniactwo, a nie rzetelność i praca. Teraz szkoła utrwala takie przekonanie. Wicedyrektorka warszawskiego gimnazjum twierdzi, że „panie z kuratoriów” przyznają nieoficjalnie, iż promowanie wszystkich uczniów to nie jest ich pomysł, że przyszedł z góry. Czyli z resortu edukacji. – Pierwszy raz o tym słyszę – mówi dyrektor Anna Zawisza z ministerstwa. – Nie mamy z tym nic wspólnego. Kto tak powiedział?! Nigdy naszym zamiarem nie było i nie jest wpływanie na proces oceniania. Niech się do mnie zgłoszą nauczyciele, którzy poddawani są takiej presji. Odpowiedz Link Zgłoś