Dodaj do ulubionych

Edukacja po fakcie

10.02.09, 14:57

Lekcja
Temat:
Dziś kupujmy akcje pomimo, że nas zachęcają do ich zbywania, nie
kupujmy walut. Reszta to już historia dla niektórych bolesna.


"(...)Przypomnijmy po dwa epizody z hossy i bessy. Nagonka na kupno
nieruchomości po cenach oderwanych od fundamentów w połączeniu z
manią spółek deweloperskich (2006/2007 r.); medialne kampanie TFI
roztaczające wizje wielkich zysków (początek 2007). Epatowanie
kryzysem i straszenie dalszymi spadkami giełd, podczas gdy kryzys
ten trwa już drugi rok, a giełdy spadły o 50-70 proc. od szczytu
(2008/09 r.). Wreszcie najnowsza histeria wokół słabości złotego i
coraz głupsze poziomy docelowe dla kursu euro, dolara czy franka -
tak jakby Polska notowała parametry gospodarcze Estonii czy Ukrainy."


Cały tekst dla zainteresowanych




Stadne zachowania i urodzaj fałszywych proroków

Każdy tłumny ruch w kierunku jednej kategorii inwestycji jest
odwiecznym sygnałem schyłku opłacalności tychże inwestycji.
Tłumacząc to na realia rynków finansowych: widząc takie stadne,
euforią podszyte zachowania można mieć pewność nadchodzącego końca
dotychczasowego trendu.

Ogromna liczba inwestorów którzy ulegli zbiorowej modzie ujawnia się
zwłaszcza po przeminięciu hossy, gdy miejsce obiecanych zysków
zajmują rosnące straty. Rozmiar porażki byłby mniejszy, gdyby nie
bezkrytyczne słuchanie rad fałszywych proroków rynkowych.

Od strony psychologicznej mania tulipanowa z XVII w. niczym się nie
różni od manii dotcomów kończącej XX w. Odmienne są jedynie czasy i
obiekty inwestycyjnego uwielbienia, natomiast schemat stadnych
zachowań pozostaje uniwersalny. Dlatego właśnie podczas korowodu
wszelakich cykli gospodarczych wielkie zyski są udziałem
mniejszości, która bez rozgłosu korzysta na chciwości i naiwności
większości. Te właśnie dwie wady: chciwość i naiwność mogą być w
takich sytuacjach przekute w asy w rękawie wąskiej grupki
wspomnianych kreatorów nastrojów zbiorowości.

Przez ostatnie kilkanaście lat do rangi takowych kreatorów,
ocierających się o wyrocznie, urośli przedstawiciele czołowych
banków inwestycyjnych, agencji ratingowych, tudzież co bardziej
eksponowani eksperci. Są świetnie obeznani z psychologią tłumu i
można postawić dużą sumę pieniędzy, że oni sami szykują się do
dokonania inwestycji w kierunku odwrotnym do lansowanego. Są to
właśnie działania obliczone na wywołanie efektu skali i to
nieprzypadkowo właśnie u schyłku trendów, do których te opinie się
odnoszą. Zysk wpadający do portfeli piewców trwania kończącego się
trendu jest tyleż czysty pod względem ponoszonego (minimalnego)
ryzyka, co brudny pod względem standardów etycznych.

Na naszym krajowym podwórku, by nie rzec: piaskownicy, również
znaleźć można kilku takich specjalistów od kreowania nastrojów mas.
Reprezentują oni ważne i aktywne na rynku instytucje, nie wyłączając
tych zagranicznych, ostatnio podejrzanie hiperaktywnych. Co jakiś
czas podmioty te mają wiele do powiedzenia, niezmiennie w okolicach
punktów zwrotnych. Najnowsza historia obfituje w takie przykłady
medialnego nagłaśniania i tworzenia niezdrowego szumu.

Przypomnijmy po dwa epizody z hossy i bessy. Nagonka na kupno
nieruchomości po cenach oderwanych od fundamentów w połączeniu z
manią spółek deweloperskich (2006/2007 r.); medialne kampanie TFI
roztaczające wizje wielkich zysków (początek 2007). Epatowanie
kryzysem i straszenie dalszymi spadkami giełd, podczas gdy kryzys
ten trwa już drugi rok, a giełdy spadły o 50-70 proc. od szczytu
(2008/09 r.). Wreszcie najnowsza histeria wokół słabości złotego i
coraz głupsze poziomy docelowe dla kursu euro, dolara czy franka -
tak jakby Polska notowała parametry gospodarcze Estonii czy Ukrainy.

Jak się okazuje, skuteczność tych prognoz czyni z ich autorów raczej
antywskaźniki, ale wspomniana poczytność takiego generuje swoisty
efekt dźwigni w postaci dodatkowego nasilenia tłumnych zachowań.
Tłum może posłużyć jako zbiorowy dawca sumarycznie wielkiego
kapitału. Niematerialna gra na emocjach podszyta jest jak
najbardziej materialną grą o olbrzymie stawki. Mechanizm ten można
przyrównać do piramidy, w której kilka ważnych źródeł
opiniotwórczych wydaje prognozy, wciągając do gry tych, którzy
zarażą manią swoje rodziny i znajomych. Te ostatnie (acz
najliczniejsze) ogniwa gaszą światło pośród szalejącej kampanii we
wszystkich mediach. Tymczasem trend się załamuje, kramik
inwestycyjny zostaje zamknięty, a zwycięsko z tej batalii wychodzą
ci nieliczni, którzy zachowali niezależne myślenie.

Nie ma nic złego, gdy prognozy czy rekomendacje od dłuższego czasu
podążają z trendem, oddając z grubsza faktyczny stan rynku.
Podnoszenie cen docelowych w trakcie hossy, obniżanie podczas bessy,
korekty PKB, itp. - jest to w pełni uzasadnione. Poważne wątpliwości
co do wiarygodności rodzą się w chwili, gdy rozpoczyna się festiwal
licytacji wycen, a wśród opiniotwórczych prognostów, analityków,
ekspertów, itp. panuje niemal jednomyślność.

Sygnał do ewakuacji z rynku jest tym mocniejszy, im więcej gromadzi
się obiektywnych danych sugerujących koniec trendu. W okolicach
długoterminowych szczytów i dołków fałszywi prorocy mają swoje pięć
minut, za które zwykły tłum płaci największy rachunek. Okazja do
zysków z tego tytułu zdarza się raz na kilka albo kilkanaście lat,
zatem w takich chwilach nie ma miejsca na żadne sentymenty. Jest
chłodna kalkulacja lub ewentualnie bezdenna głupota, jeśli takie
rekomendacje faktycznie nie mają podbudowania w zakulisowych
działaniach.

Dziś szczególnie niebezpiecznie igra się z wyrokowaniem losu
złotego. Na razie padają poziomy 5 lub 5,5 zł za euro, niedługo może
usłyszymy 7 albo 10. Trwa sianie paniki, a w kantorach waluty są w
niedoborze. U schyłku ubr. szczególnie uaktywnił się jeden z
amerykańskich banków inwestycyjnych, który najwyraźniej znalazł
sobie nad Wisłą poletko do spekulacji (problem zapadających opcji
walutowych chyba nieprzypadkowo zbiegł się w czasie).

W każdym przypadku po minięciu euforii wyceny wracają do
długoterminowej równowagi. Przypomnijmy, że ropa naftowa też miała
dojść do 250 czy 400 dolarów za baryłkę ledwie pół roku temu. Według
licznych przedstawicieli funduszy inwestycyjnych polskie akcje były
niezmiennie „atrakcyjne” nawet podczas monstrualnej bańki z 2007 r.
Dlaczego dziś, po spadku giełdy o ponad 60 proc. ci sami eksperci
zamilkli. Czyżby teraz z kolei było drogo?

Fałszywi prorocy pozostają bezkarni i dobrze zarabiają na uprawianym
procederze. Dobrym przykładem są opływający w milionowe premie
skompromitowani notable z upadających anglosaskich banków
inwestycyjnych, którzy do spółki z agencjami ratingowymi dosłownie
naganiali na instrumenty oparte o śmieciowe hipoteki. Obecnie są
wielomiliardowe straty rozprzestrzenione na całe gospodarki.

Zachowanie dystansu pośród szumu i wstrzemięźliwa nieufność wobec
wysypu rekomendacji w dobie zmiany trendu to remedium na potencjalne
tarapaty. Racjonalna kalkulacja pozwala nie przespać dogodnego
momentu ewakuacji, zwiększając szansę uniknięcia finansowej
kontuzji, której leczenie trwa latami. Jeśli nie akceptujesz ceny 5
zł za bochenek chleba, to na tej samej zasadzie nie akceptuj
przepłacania w innych sytuacjach, gdy w grze są dużo większe stawki.
Analogicznie, nie daj się ogołocić z aktywów za ułamek ich godziwej
wartości.

Bartosz Stawiarski, Wealth Solutions

Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka