Piszę aby się wygadać. Nie wiem czego chcę, nie wiem co robić, co powiedzieć mężowi, co przemilczeć?
Poroniłam ponad 7 lat temu w 17 tyg. ciąży. Byłam studentką, którą na wieść o potomku zostawił chłopak . Po poronieniu wpadłam w ostrą depresję, z próbą samobójcza w tle. Z psychoterapią mam kiepskie doświadczenia, dowiedziałam się na niej jedynie tego, że moje uczucia są niewspółmierne do cierpienia, że tragedie to spotykają matki, którym umierają na raka dzieci kilkuletnie, uzdolnione itp. A ja urządzam płacze nad nie wiadomo czym, po prostu ciąża się "nie udała" i trzeba się z tym pogodzić

Po pół roku słuchania co tydzień tych bzdur przestałam chodzić na sesję, przestałam brać leki, uznałam, że poradzę sobie sama. I chyba sobie nie poradziłam.
Dwa lata temu wyszłam za mąż, za wspaniałego, czułego, kochającego mnie na zabój człowieka. Zna moją przeszłość, wie o wszystkim. Chcemy mieć dzieci, rozmawiamy o tym od dawna. Ale tak na prawdę to ja się boję. Jak myślę o ciąży, o dziecku, to czuję że bardzo chcę. Ale gdy skończyły się wymówki w stylu praca, mieszkanie, to ja zaczęłam panikować, wymyślać nowe trudności. Do ginekologa umawiałam się już 3 razy i za każdym razem odwoływałam wizytę. Nie wiem co było przyczyna poronienia, uznaliśmy że przed staraniami zrobię podstawowe badania aby wykluczyć oczywiste problemy.
Mam problemy emocjonalne, nie wiem czy powinnam mieć dzieci, nie chcę iść do psychiatry, boję się że będzie tak jak ostatnio. Boję się porozmawiać otwarcie z mężem, wiem, że będzie mnie na mawiać na psychoterapię. Boję się zajść w ciążę, boję się mieć dziecko, wszystkiego się boję.
Uwielbiamy z mężem dzieci, mam trzydziestkę na karku, żadnych obiektywnych przeszkód aby rozpocząć starania tylko ten mój strach. Mąż nie naciska, widzi, że jest coś nie tak. Zrozumiałby gdybym mu o tym powiedziała, zaproponował by pomoc, jakieś rozwiązania.
Wygadałam się, bez pomocy z zewnątrz chyba nie dam rady, pogadam z mężem, powinien wiedzieć co się ze mną dzieje.