Załączam dwie różne ulotki zachęcające do udzielania chrztu dzieciom, które
umarły w łonach swych matek albo zginęły lub w najbliższym czasie zginą w
wyniku aborcji. Znam osoby, które w dobrej wierze tę praktykę podejmują, a co
gorliwsi kserują i rozprowadzają ulotki propagujące ten zabobon. Nie sposób
im wytłumaczyć, że zmarli są już niezdolni do przyjęcia chrztu, a ponadto
żadnych sakramentów nie udziela się przecież na odległość. Wolą się trzymać
prywatnych objawień niż nauki Kościoła.
Jednak trochę racji te osoby mają. Rzecz jasna, próba udzielania chrztu
dzieciom zmarłym lub nieobecnym jest praktyką zabobonną i katolik nie
powinien mieć z tym nic wspólnego. Z drugiej jednak strony podejmowanie
takich praktyk płynie nieraz z wielkiego bólu, który należy uszanować.
Przypatrzmy się paru różnym sytuacjom. Wiele dzieci umiera w łonie swej
matki, mimo że były najserdeczniej przez rodziców oczekiwane. Ileż to razy
zdarza mi się słyszeć: „Nie wiem, co dałabym za to, żeby je urodzić, trzymać
w objęciach, karmić, cieszyć się, jak rośnie! Nawet gdyby miało nam umrzeć,
to niechby przynajmniej doczekało swojego chrztu!”. Pytają czasem tacy
rodzice, czy spotkają się z tym dzieckiem w życiu wiecznym, czy ono ich
rozpozna, czy będzie ich w niebie kochało.
„Kiedy się go spodziewałam — płakała jedna z matek — tyle razy byłam z nim w
kościele. Kiedy przyjmowałam Komunię świętą, to chyba i moje dziecko się nią
żywiło!”. Odpowiedziałem jej wtedy, że wolno jej ufać, iż jej dziecko, które
przecież bez jej winy umarło bez chrztu, zostało ochrzczone w jej wierze i na
pewno spotka się z nią w niebie.
Tutaj warto przypomnieć, że chociaż Kościół przywiązuje ogromną wagę do tego,
żeby żadne dziecko rodziców wierzących nie umarło z ich winy bez chrztu, to
zarazem ufamy — mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego, 1261 — że Pan Bóg
w swoim miłosierdziu znajdzie dla dzieci nieochrzczonych inną, sobie tylko
znaną drogę zbawienia.
Zdarzają się jeszcze i takie sytuacje: wprawdzie ciąża nie była planowana i
małżonkowie zareagowali na nią bez entuzjazmu, to jednak na pewno przyjęliby
dziecko jako prawdziwy dar Boży. Cóż, kiedy ono umarło, zanim zdążyło się
urodzić. „Obraziło się na nas — płacze później z niesłusznym przecież
poczuciem winy niejedna taka matka. — Zorientowało się, że jest dla nas
kłopotem, to sobie poszło!”. Trudno się dziwić, że w rodzicach pojawia się
wtedy potrzeba pojednania ze swoim dzieckiem i nadziei na spotkanie z nim w
życiu wiecznym.
Bez porównania mocniejsza potrzeba ta może być u rodziców, którzy nie
pozwolili swojemu dziecku się urodzić. Często przecież bywa tak, że człowiek
zobaczy zło grzechu dopiero wtedy, kiedy go popełni. Matka czy ojciec szukają
wówczas formy pojednania z dzieckiem, które tak bardzo skrzywdzili.
Szczególnie częstą formą szukania wynagrodzenia za grzech aborcji jest
dążenie do urodzenia następnego dziecka — jakby w zamian za to dziecko,
któremu nie pozwoliliśmy się urodzić — albo pragnienie, żeby przyczynić się
do ocalenia cudzego dziecka, które było zagrożone aborcją.
Zabobonna praktyka kropienia wodą na cztery strony świata, ażeby „ochrzcić”
dzieci, które zmarły w wyniku aborcji, jest psychologicznie bardzo
atrakcyjną — ze względu na swą łatwość — formą pojednania ze swoim własnym
dzieckiem, które się w ten sposób skrzywdziło. Ponadto daje ona poczucie
przychodzenia z pomocą również innym dzieciom, odrzuconym przez swoich
rodziców.
Jednak to tylko jeden aspekt tej praktyki. Nie ulega bowiem wątpliwości, że
zabobon ten praktykują również osoby w żaden sposób, nawet pośrednio,
nieobciążone grzechem aborcji. Sądzę, że za tymi ich praktykami może się kryć
przerażenie, iż żyjemy w czasach, kiedy ludzie zabijają własne dzieci, a
wielu domaga się jeszcze większej bezkarności w zakresie prawa do ich
zabijania.
Taką interpretację przyczyn rozszerzania się tego niedającego się pogodzić z
wiarą katolicką „chrzczenia” dzieci nieobecnych, a nawet umarłych, nasuwa
znajdujący się na jednej z przesłanych mi przez Panią ulotek opis wizji,
mającej tę praktykę uzasadnić: „W nocy przedstawił mi Pan Jezus straszliwy
obraz. Ujrzałam ziemię pokrytą zwłokami tych ciałek, a ja, patrząc na to,
płakałam. Pan powiedział do mnie: »

…

Błogosławiony ten dom, w którym się
wynagradza za te grzechy«. Potem ujrzałam na firmamencie niezliczone główki
dziecięce i powiedziałam: »Panie, to nie są główki aniołków«. Pan
powiedział: »One będą oskarżycielami na Sądzie! Módl się za morderców, by na
Sądzie mogli zostać usprawiedliwieni. Ty masz wielkie zadanie do spełnienia.
Te maleństwa mogą jeszcze dojść do oglądania Boga«”.
I tu właśnie jest owa część racji, którą mają ludzie praktykujący niezgodny z
wiarą obrzęd „chrzczenia” zmarłych w wyniku aborcji dzieci. Mianowicie w
Kościele jakbyśmy się już częściowo pogodzili z tym, że we współczesnych
społeczeństwach istnieje stosunkowo duża aprobata dla zabijania poczętych
dzieci. Jakbyśmy już przestali być przerażeni zarówno samym faktem aborcji,
jak i jego skalą. Jakbyśmy też zapomnieli o tym, że te dzieci — które są już
zabite, a których niesprawiedliwej śmierci nie potrafiliśmy zapobiec — nadal
w bardzo realny sposób są nasze. Jakbyśmy już przestali szukać sposobów
pojednania się z nimi.
Jeden z moich współbraci, który jest misjonarzem w Japonii, pokazywał mi
zdjęcie buddyjskiej świątyni, do której przychodzą kobiety cierpiące z powodu
dokonanej aborcji — ażeby powiedzieć swojemu zabitemu dziecku
wielkie „przepraszam, wybacz mi”, i jakby dla utrwalenia tej swojej prośby
zostawiają w świątyni wotywną laleczkę. Na zdjęciu widać było bardzo wiele
takich laleczek.
W krajach kultury chrześcijańskiej bywają podejmowane trzy formy społecznego
żalu z powodu śmierci dzieci, którym nie pozwoliliśmy się urodzić — wszystkie
trzy jednak podejmowane są niezmiernie rzadko. Kiedyś prasa (jeśli dobrze
pamiętam, było to w Stanach Zjednoczonych) doniosła o odkryciu kontenera ze
zwłokami dzieci abortowanych, przewożonego do zakładu produkującego
kosmetyki; dokonano wtedy uroczystego pogrzebu tych dzieci. Ponadto, raz czy
dwa czytałem o planach postawienia pomnika z wyrazami żalu, że nie potrafimy
obronić wielu dzieci, które mogłyby wśród nas żyć. Stosunkowo najczęściej
słychać o nabożeństwach ekspiacyjnych za grzechy aborcji; sam jednak nigdy
nie miałem sposobności ani uczestniczyć w takim nabożeństwie, ani zapoznać
się konkretnie z jego treścią.
Słowem, przerażenie z powodu aprobaty dla aborcji nie jest obce naszej
zbiorowej podświadomości, a zarazem prawie nie ma ono możliwości społecznego
uzewnętrznienia się. W tej sytuacji nie trzeba się dziwić, że niekiedy
znajduje ono sobie bardzo wątpliwe środki wyrazu, również uciekając się do
zabobonów.
Na pewno powinniśmy się zastanawiać, co Kościół mógłby zrobić, żebyśmy tego
bardzo bolesnego problemu nie wypierali z naszej świadomości zbiorowej, ale
szukali dla niego form wyrazu zgodnych z duchem Ewangelii. To bardzo dobrze,
że podjęto wiele inicjatyw mających na celu podanie ręki kobietom w ciąży,
które boją się urodzić swoje dziecko 1. W Kościele staramy się również pomóc
kobietom, które dręczą się tym, że dopuściły się aborcji 2.
Sądzę, że istnieje ponadto ogromna potrzeba społecznej modlitwy za dzieci,
którym nawet nie było dane się urodzić — również za te, które były przez
swoich rodziców bardzo oczekiwane. Ludzie intuicyjnie czują, że powinniśmy
błagać Boga, aby raczył udzielić tym dzieciom darów, które otrzymałyby, gdyby
mogły zostać ochrzczone. To z tej intuicji bierze się zabobon „chrzczenia”
ich po śmierci. Dlatego zabob