kiedy czytam posty na tym forum, rozumiem bol az za dobrze
widze jednak wyraznie jak inne jest moje postrzeganie straty
9 mcy staralam sie aby zajsc w ciaze, z jakiegos powodu, zupelnie bez podstaw,
wydawalo mi sie, ze jesli sie to uda, to bedzie cud
i cud sie zdarzyl, ktoregos dnia zobaczylam upragnione 2 kreski...2 dni
pozniej kreski wciaz byly, wiec nie mialam juz watpliwosci
mimo ogromnego szczescia, bylo to dla mnie zupelnie irracjonalne...jakby
przydazylo sie to komus innemu...wiedzialam, ze za 9 mcy bede miala upragnione
dzieciatko, ale w zaden sposob nie potrafilam tego powiazac z moim
cialem...czulam zmiany w swoim ciele, widzialam jak zmieniaja sie moje piersi,
ale nie potrafilam wyobrazic sobie rosnacego w sobie dziecka...to bylo prawie
tak, jakbym miala przejsc ten czas poddajac sie roznym rezimom i
eksperymentom, a na koniec w nagrode listonosz przyniesie mi wyczekanego
berbecia

nie zrozumcie mnie zle, moja radosc nie miala konca, ale bylo to niezmiernie
abstrakcyjne przezycie...podejrzewalam, mialam nadzieje, ze to sie zmieni po
pierwszym usg..bardzo chcialam uslyszec bicie serca i wreszcie zobaczyc, ze to
sie dzieje naprawde
niestety, a moze stety, w belgii, gdzie mieszkam, ginekolodzy zachecaja do
pierwszej wizyty dopiero po 8 tygodniu...wszystko co sie wydarzy przed tym
czasem, ma prawo sie wydarzyc bez ludzkiej ingerencji...nawet przedwczoraj,
gdy poronilam, moja lekarka powiedziala mi, ze przy kolejnej ciazy moge
przyjsc wczesniej jesli bede miala taka potrzebe, ale to niczego nie
zmieni...nawet jeli wszystko bedzie cudownie, ona nie da mi zadnej gwarancji
ze tak juz zostanie...da mi ta gwarancje, jezeli przyjde po 8 tygodniu i
uslyszymy bicie male go serca...mimo wszystko ma to dla mnie duzo sensu
tak wiec nigdy nie uslyszalam bicia serca, nie zobaczylam niczego w moim
brzuchu, nie odczulam faktu ze rosnie we mnie moje dziecko
nie czuje, ze je stracilam...ale stracilam obietnice wielkiego szczescia...tak
waznego i tak wielkiego, ze oddalabym wszystko zeby wrocilo
czytajac to forum czuje sie troche jak wyrzutek...chociaz nie da sie zmierzyc
bolu i rozpaczy, wierze ze wszystkie przechodzimy przez to samo...moze jest mi
odrobine latwiej? chociaz, czujac co czuje, trudno mi sobie wyobrazic ze
mogloby byc gorzej
tyle mysle klebi sie w mojej glowie, tyle pytan, tyle emocji...jak znalezc w
tym wszystkim droge i nie zwariowac?