ignorant11
05.10.03, 23:21
Po Afganistanie i Iraku wrogowie USA nabrali respektu
PAP, mat 2003-09-16 13:07:00
Słoniowata dyplomacja USA być może zraziła do USA starych sojuszników, ale
niedawne zdobycze militarne jedynego supermocarstwa w Iraku i Afganistanie,
podkreślające jego potęgę i siłę finansową, obudziły pewien respekt u wrogów,
którzy zamiast bombami zapewne woleliby zostać obsypani pieniędzmi - pisze
komentator AP Mark Fritz.
I tak parlament w Iranie debatuje dziś nad zaprzestaniem wsparcia finansowego
dla terroryzmu. Syria powiadamia o zamknięciu biur palestyńskich grup
stojących za samobójczymi zamachami. Libia plikami banknotów próbuje przebić
sobie drogę do amerykańskiej strefy dostatku.
Może chodzi tu również o swoistą "Irakofobię", przypadłość, która zdaniem
analityków szybko minie, jeśli Waszyngton, czy w ogóle Amerykanie, będą mieli
dość widoku swoich żołnierzy, umierających podczas zagranicznych misji, które
okazały się dłuższe i bardziej zabójcze niż zakładano.
"Nie ulega wątpliwości, iż amerykańska polityka operacji prewencyjnych
sprawiła, że państwa od dawna wspierające terroryzm stały się mniej skłonne
do prowokacyjnych poczynań" - uważa Jonathan Stevenson z Międzynarodowego
Instytutu Studiów Strategicznych w Londynie.
Dobrym przykładem, jego zdaniem, jest Syria, która wyraźnie wzięła pod uwagę
amerykańskie żądania, by przestała udzielać schronienia ludziom bliskim
obalonemu dyktatorowi Iraku. Syria poinformowała też o zamknięciu biur
islamskiej Dżihad i Hamasu, głównych architektów samobójczych zamachów
przeciwko Izraelowi, choć pozostało jej jeszcze wyrzucenie agentów tych
organizacji.
Inne wymowne przykłady:
- ONZ zniosła w ubiegłym tygodniu sankcje wobec Libii, po przekazaniu przez
Trypolis dwóch Libijczyków oskarżonych o podłożenie w 1988 r. bomby w
samolocie Pan Am lecącym nad Lockerbie w Szkocji, oraz po wypłacie
odszkodowania rodzinom ofiar. Libia desperacko zabiega o zniesienie sankcji
ekonomicznych przez Stany Zjednoczone, ze względu na fortunę tkwiącą w
zamrożonych kontraktach z amerykańskimi towarzystwami naftowymi.
- Pakistan i Arabia Saudyjska, formalni sojusznicy mimo głęboko zakorzenionej
w tamtejszych społeczeństwach nienawiści do Zachodu, szybciej uległy presjom
Waszyngtonu, żądającego likwidacji różnych terrorystycznych komórek.
- W Sudanie, niegdyś uchodzącym za redutę terrorystów, sąd skazał na miesiąc
więzienia pewnego Syryjczyka, który szkolił Palestyńczyków i Saudyjczyków w
zamachach na siły USA w Iraku.
- Iran poinformował o aresztowaniu niektórych antyamerykańskich terrorystów,
z oporami zgodził się przestrzegać międzynarodowych reguł w kwestii
nierozprzestrzeniania broni jądrowej, a w tym tygodniu prawdopodobnie wyrazi
zgodę na przystąpienie do międzynarodowej konwencji zakazującej finansowania
terroryzmu.
Sudan i Libia wykazywały oznaki zmiany stanowiska jeszcze przed 11 września
2001 r. - powiedział Jonathan Stevenson - ale muskularna polityka zagraniczna
USA umocniła w nich chęć lepszego uczestnictwa we wspólnocie międzynarodowej.
Iran, choć wciąż stanowi problem, wygląda na bardziej skłonnego
podporządkować się pewnym normom międzynarodowym, jak np. inspekcjom swych
ośrodków nuklearnych, jednocześnie zaś trzyma "na stosunkowo krótkiej smyczy"
różne grupy antyizraelskie.
Ujemną stroną amerykańskich operacji w dwóch krajach islamskich jest to, że
przysporzyły one poparcia Al-Kaidzie i spowodowały ochłodzenie stosunków z
tradycyjnymi sojusznikami, jak Niemcy i Francja, opowiadającymi się za
bardziej globalnym i dyplomatycznym podejściem do kwestii "państw
łotrowskich" - dodaje Stevenson.
Choć przywódcy tych państw zapewne nadal, w tym czy innym stopniu, "trzęsą
się ze strachu", strach ten był największy zaraz po spektakularnym zdobyciu
Bagdadu, wszelako trudności z ustabilizowaniem sytuacji w Iraku i
Afganistanie prawdopodobnie nieco osłabiły początkowe obawy - uważa Richard
K.Betts, dyrektor Instytutu Badań nad Wojną i Pokojem na Uniwersytecie
Columbia.
Niemniej, pomimo ofiar w ludziach i mimo ostrej krytyki ze strony
tradycyjnych sojuszników, globalne konsekwencje psychologiczne amerykańskiej
operacji są już znacznie szersze, niż wydaje się większości ludzi. "Każdy był
w większym lub mniejszym stopniu zaprzątnięty Irakiem, ale faktycznie jest to
tylko wierzchołek ogromnej góry lodowej, dostrzegalnej w całym świecie" -
uważa psycholog i politolog z nowojorskiego City University, dr Stanley
A.Renshon.
Zwraca on uwagę, że służby wywiadowcze Filipin, Pakistanu, Indonezji, Arabii
Saudyjskiej i innych państw wyraźnie współpracują dzisiaj z wywiadem
amerykańskim w celu wykrycia i schwytania potencjalnych terrorystycznych
spiskowców. Kilkanaście lat temu władca Islamskiej Republiki Mauretanii,
prezydent Mauja Sid''Ahmed Uld Taja był pariasem, popierającym inwazję
Saddama Husajna na Kuwejt, dokonującym okrutnych czystek etnicznych w armii i
administracji. Dzisiaj jest sojusznikiem Ameryki i jednym z niewielu
arabskich przyjaciół Izraela.
Stany Zjednoczone są faktycznie ofiarą własnej dominacji militarnej i
gospodarczej. Po upadku ZSRR w 1991 r. i wobec niezdolności Europy do
zapełnienia powstałej próżni w równowadze sił, zarówno wielkie, jak i małe
państwa stanęły przed dylematem: sprzymierzyć się z wielkim mocarstwem czy
szukać równowagi wbrew niemu? - mówi historyk okresu zimnej wojny, Timothy
Naftali. W latach zimnej wojny - dodaje - miały wybór: USA albo ZSRR,
wygrywając jedno mocarstwo przeciw drugiemu.
Dzisiaj, po zajęciu przez Waszyngton tak twardego stanowiska, wszelkie
oznaki, że Amerykanie blefują mogłyby mieć katastrofalne konsekwencje -
ostrzega Renshon. Jego zdaniem, dyskusje nad tzw. "strategią wyjścia" już
teraz grożą przekształceniem USA w swego rodzaju papierowego tygrysa. Ludzie,
nawołujący do przyjęcia takiej strategii w nadziei na uniknięcie nowego
Wietnamu, mogą właśnie do tego doprowadzić - dodaje.
Stany Zjednoczone znalazły się w dziś sytuacji, w której albo będą nadal
odgrywać rolę twardziela, albo staną w obliczu już nie tylko ruchów
terrorystycznych, ale także państw, które te ruchy popierają - twierdzi
Naftali. Jego zdaniem, jest to argument przeciwko "bezmyślnemu
unilateralizmowi".
Niewiele pomogą też Amerykanom przykłady z historii. Nawet starożytna Grecja
nie była w stanie rządzić światem z powodu potężnego zagrożenia ze strony
Sparty. Tylko jedno państwo zdominowało świat do tego stopnia, że legiony
słabszych plemion, ruchów i religii musiały całe wieki czekać na zdobycie
szturmem jego bram. Państwem tym był Rzym - uważa Naftali.