Byłam na proszonej Wigilii. Mój wkład to; karp w galarecie, czerwony barszcz, piernik i miodownik. Na miejscu okazało się, że zaczynamy od zupy. Była grzybowa, czysta z ciętymi wstążkami. Cóż to był za nektar. Okropnie żałowałam, że mogę zjeść tylko 4 łyżki. Potem wjechał mój barszczyk i krokiety oraz pierożki z kapustą i grzybami. Swój barszczyk znam, zły nie jest, ale nie o nim mowa. Krokieta nie posmakowałam ale zjadłam pierożka. Niebo w gębie. Kapusta pół na pół z grzybami, świetnie dosmaczona, ciasto według rodzinnego przepisu. Palce lizać. Potem zjadłam smażonego prawdziwka w panierce z żółtka i tartej bułeczki. No, czysta poezja. Wtedy wjechały na stół liny i karasie w śmietanie (złowione własnoręcznie przez kuzynkę i zamrożone) a do tego kapusta wigilijna i smażony karp. Wahałam się chwilę, wybrałam kawalątko karasia, pół łyżeczki kapusty i skrawek karpia. Po małym odpoczynku zaczęło się próbowanie zimnych zakąsek. Swojego karpia pominęłam, skupiłam się na sałatkach, tej po łyżeczce, tej po łyżeczce, takiej od herbaty, oczywiście, i na śledziu, który kuzynka robi jakoś tak, że muszę zjeść choć kawałeczek. Zjadłam dwa.
Wjechała kawa i herbata. Czas zabrać się za słodkie. Ja słodyczy nie jadam, ale muszę, z obowiązku, spróbować mojego miodownka i piernika jako pierwsza. Robiliśmy tak: mężydło brał kawałek, ja od niego próbowałam i oceniałam. Na stole były jeszcze 4 ciasta i tort makowy. Powtórzyliśmy to co przedtem. Jeszcze przed wyjściem spróbowałam obliczyć to co zjadłam, a nadmieniam, że jadłam bardzo niewiele z każdej porcji.
Wyszło mi, że zeżarłam ponad pół kilo pokarmów stałych, wypiłam prawie pół litra płynów, nie licząc koniaku, i jeszcze ciasta i kompot i herbata.
Stanowczo za dużo jem i piję
Na wyjściu; mieliśmy dostać 4 pierogi, 2 dzwonka karpia smażonego, łyżkę sałatki, 2-3 kawałki śledzia i kawałek toru makowego.
Dostaliśmy dwa rodzaje sałatki.

Tyż piknie.

Mniej się naobżeram.