pancwynar
17.11.05, 14:34
Ręce człowiekowi opadają.
W teorii wszystko pięknie - zarówno 194 cm jak i nr 47 mieści się
w "standardowych" numeracjach i ubrania w ww. rozmiarach powinny zalegać na
półkach.
A w prakryce?
Cel: - Zakup spodni (jeans).
Miejsce akcji: - Galeria handlowa.
Scena 1:
Markowy sklep. Paniusia bezradnie rozkłada ręce. Nie ma nie tylko takich
jakie szukam. Nie ma żadnych! (Dodam, że w pasie mam 90 cm, a więc chyba już
trudno o bardziej "klasyczne" wymiary - ani chudzielec, ani otyły).
Scena 2:
Kolejny sklep (też markowy, a jakże!). Już dwie paniusie ze zbolałą miną
wyciągają dla mnie jedną(!) parę spodni okraszając to textem: "Proszę
przymierzyć, wprawdzie troche mniejsza numeracja, ale może bedą pasować".
Dziekuje i opuszczam "salon" - oczywiście bez przymierzania, na oko widac, że
są przykrótkie, a ja za Bartusia z wioski robic nie zamierzam.
Scena 3:
I tylko w jednym sklepie znajduję to czego oczekiwałem. Kilkanaście par
spodni do wyboru (ceny wprawdzie też z "górnej półki", ale mam już
wszystkiego dość, zaciskam zęby - wybieram najlepiej dopasowane, płacę i mam
dość zakupów na kolejne kilka miesięcy).
Scena 4 (retrospekcja):
Żeby było smieszniej niedawno zakupiłem spodnie na bazarach niejako przy
okazji kupowania warzyw. Pomijając warunki, otoczenie, mozliwości
przymierzenia spodni zaskoczenim był fakt, że zaczepiający mnie pan "ze
szczęk" miał w swoich torbach kilka par do wyboru! Czyli o kilka więcej niż
kupcy z lśniącego szkłem i chromem salonu! I nawiasem mówiąc mimo, że
zakupiona para to "no name" jest uszyta solidnie i służy mi do wiernie dziś.
O "przygodach" w sklepach obuwniczych nawet nie będę już mówił. Istny kabaret
TEY: "nie ma... nie ma... nie ma...". Podobno fabryki teoretycznie produkuja
obuwie do nru 48... ale to koniec teorii. Bo w praktyce kupuję zwykle
pierwsze buty, które na mnie wchodzą i mają jaki taki wygląd - bo mam wybór
chodzić do marynarki w adidasach. Chyba dla niektórych wszyscy wysocy są do
końca życia koszykarzami/siatkarzami i po buty winni wędrować tylko do
sklepów sportowych. Paranoja - salon z cenami oscylującymi koło 300-400 zł i
oczy otwarte ze zdumienia, że w ogóle są buty w takim rozmiarze(!!). Sytuacja
autentyczna. Pytałem o buty Wojasa. Pani była łaskawa stwierdzić, że Wojas
takich rozmiarów nie produkuje! Bez komentarza. A paniusi tylko wskazałem na
buty, które akurat miałem na nogach - nomen omen beżowe Wojasy nr 47.
Żołądkuje się tu strasznie, ale mam serdecznie dość wchodzenia do sklepów
tylko po to aby usłyszeć, że wprawdzie łapię się jeszcze na standaryzację,
ale "troszkę" za duży jestem.
Czy naprawdę nas, wysokich, jest tak mało, że nie stanowimy dla sklepów
atrakcyjnego "targetu"?! Zawsze dobrze się czułem w swojej skórze, ale po
wyjściu z n-tego sklepu mam zamiar popełnić morderstwo widząc, że inni
wybierają to co im rzeczywiście pasuje, a ja muszę się zadowolić tym co na
mnie po prostu wejdzie.