Dodaj do ulubionych

moje story...

30.11.07, 21:54
...poznałam go w pracy, zaczęliśmy rozmawiać w maju, od czerwca
rozmawiamy prawie codziennie. Na początku były codzienne,
wielogodzinne rozmowy, wielkie emocje ale nie było żadnych spotkań
(on mieszka w innym mieście) niż te sporadyczne, kiedy przyjeżdżał
do biura. Po ok. 2 miesiacach było pierwsze spotkanie. Czułam jego
emocje, fascynacje ale byliśmy tylko znajomymi. Później mój urlop,
na którym był ze mną duchowo, pisał, czułam że tęsknił. Po powrocie
wyjątkowa kolacja. Byłam wtedy na zakręcie, bardzo dużo mi pomógł,
jak nikt nigdy, zupełnie bezinteresownie. Później kolejne spotkanie,
podczas którego opowiedział mi co czuje do mnie i opowiedział mi
skomplikowaną historię. Zraniony, od kilku lat nie mieszka z żoną
ale nie mają rozwodu z powodu kwestii podziału majątku. Ona mieszka
w innym mieście. On sam się przyznał że nie zacznie niczego nowego,
dopóki nie skończy formalnie tamtego. Nic ode mnie nie chciał,
pomimo tego że czułam emocje, czułam że mu się podobam - on nawet
tego nie musiał mówić - nawet mnie nie pocałował, bo powiedział że
tak bardzo boi się mnie zranić, że ma pop... sytuację życiową i nie
chce mnie skrzywdzić. Przytulał mnie, to było cudowne, bo to było
takie przytulanie z emocjami. Później przyjeżdżał do mnie raz, dwa
razy w tygodniu, był ze mną zawsze kiedy potrzebowałam wsparcia i
pomocy. Pocałował mnie. Po jakimś czasie zmienił swój stosunek do
mnie. Przyjechał, porozmawialiśmy i powiedział mi, że nie chce mi
nic obiecywać, że chce przystopować, że wciąż myśli o mnie jako o
swojej ew. partnerce ale nie może mi narazie dać tego czego ja
potrzebuję i musimy się zatrzymać. Nie chce ze mnie rezygnować,
zależy mu. Ja zaczęłam mieć dziwne akcje, męczyłam go dziwnymi
pytaniami, smsami, naprawdę ja sama miałam siebie dość a on był
wyjątkowo cierpliwy, nie zraził się do mnie... Spotykamy się od
lipca, nie wiem co mam robić. Nie zmuszę go do niczego ale nie
ukrywam że coraz częściej mnie to męczy a nie umiałabym zrezygnować
z tej znajomości. To taki typowy dobry człowiek, myślący o innych,
uczuciowy, wrażliwy, pomocny... i widać że zraniony. Sama nie wiem
czego on ode mnie chce. Wiemy o sobie bardzo dużo, czuję że mu
zależy, że mnie szanuje ale czego on chce? Gdyby mu nie zależało,
nie przyjeżdżał by do mnie z innego miasta (ok. 200km ode mnie), nie
dzwoniłby codziennie. Nic między nami nie było więcej oprócz
pocałunków, czułego przytulania.. Jak go kiedyś zapytałam, kim dla
niego jestem odpowiedział, że kiedyś krótko byłam dla niego
koleżanką a teraz to cos znacznie, znacznie więcej... że jestem dla
niego kimś bardzo bliskim, szczególnym i wyjątkowym.
Jak go pytam czy czuje, że coś z nas będzie to mi mówi że nie może
dać mi takiej gwarancji, bo tego po prostu nie wie...
jestem szczególnie uczulona na bajerowanie i kłamstwo, bo wiele w
życiu przeszłam, a u niego za nic nie mogę wyczuć że mnie bajeruje,
okłamuje, jest nie fair... widzę natomiast że uważa żeby mnie nie
zranić, dostosowuje się do mnie, stara się mało obiecywać ale jak
już coś obieca to słowa zawsze dotrzymuje. Słucha mnie i pamięta o
wszystkim co mówiłam.
Faceci, co o tym myślicie? czy mam to skończyć czy czekać na niego?
Obserwuj wątek
    • arkusz.plano Re: moje story... 30.11.07, 23:02
      Nie czekać!
      Bajeruje cię przez tyle miesięcy!
      Piszesz :'Zraniony, od kilku lat nie mieszka z żoną'
      w dodatku w innym mieście, czego nie możesz sprawdzić
      ha ha ha
      Być może nie układa mu się z żoną tak jakby chciał, ale ma zobowiązania,
      wspólnotę majątkową, więc nie zakończy tamtego związku.
      Ty jesteś mu potrzebna do zaspokojenie jakieś jego potrzeby - przytula cię, może
      sobie marzy, a później wyobraża sobie ciebie podczas gdy jest z żoną...
      Może też jest to związane z jego i twoim wiekiem, o czym nie piszesz.
      Szkoda czasu, jeśli kogoś potrzebujesz, to poszukaj innego.
      Powodzenia życzę.
    • krakoma Re: moje story... 30.11.07, 23:05
      skoro on nie chce sie jednoznacznie zdeklarowac, to nie ma co czekac
    • uckulele Re: moje story... 30.11.07, 23:26
      Czekać? ja czekałam ponad 9 lat. Też go nic z żoną nie łączyło. Ich
      nigdy nic z żonami nie łączy. Bogu dzięki poznałam, pozwoliłam sobie
      w końcu na poznanie innego faceta i tamtego zostawiłam.
      Pomyślisz pewnie, że z Tobą będzie inaczej. Nie będzie niestety.
      U mnie była dodatkowo pokręcona sytuacja, bo o jego małżeństwie
      dowiedziałam się po prawie roku znajomości. Rzeczywiście niewiele
      ich łączyło, skoro zdołał to ukrywać przede mną tak długi czas.
      Wystarczająco jednak mocne były te więzy z żoną, żeby się nie
      rozwodzić.
      Ech... nawet nie chce mi się pisać. Na szczęście już się wyzwoliłam.
      Czego i Tobie życzę.
    • strangeday Re: moje story... 30.11.07, 23:41
      a czy ty wiesz czego chcesz od niego ?
      mówiłaś mu to ?

      chyba lepiej przedstawić w miarę jasno swoje oczekiwania i
      porozmwawiać, niż słuchać głupich porad na forum :)
      ty go zresztą znasz najlepiej, a z tego co piszesz nie wynika, żebyś
      miała podstawy nie mieć do niego zaufania.
      • nika6 Re: moje story... 01.12.07, 08:27
        tak, on doskonale wie wszystko. Niejeden wieczór przegadaliśmy. Ja
        mówię mu jasno i konkretnie czego oczekuję, potrzebuję, on jest
        mocno zdecydowany i mówi że narazie tego mi nie może dać.
        • strangeday Re: moje story... 02.12.07, 00:29
          a w tej chwili mieszka sam ?
          są jakieś przeszkody, żebyście np. razem zamieszkali ?

          chyba najzdrowsze, co możesz zrobić, to traktować to jak przyjaźń
          (bo na to tylko to w tej chwili wygląda). tego nigdy zbyt wiele.
          ale niekoniecznie liczyc na więcej i nie "czekać w nieskończoność".
          i powiedz o tym.
    • kookardka Re: moje story... 01.12.07, 01:09
      Kobieto, ten facet to kolejny lowelas, który potrzebuje MUZY ,
      do której on będzie wzdychał ( bo codzienność i żona zrobiła się
      szara)i która będzie wpatrzona w niego jak w obrazek. To jest ta
      adrenalinka, która zdziecinniałych i niedojrzałych emocjonalnie
      facetów nakręca do życia ... Ty się wylecz z tego czym prędzej,
      bo wpadniesz w jakieś paskudne chorubsko ... nie da się długo
      i zdrowo wytrzymać w taim zawieszeniu jak laleczka - w próżni.
      To spala i męczy, szarpie w środku, to są takie emocje, które
      z czasem odbierają chęć do życia i niszczą życie. Odkęć się z tego.
      Facet, któremu zależy stanie na głowie by być z kobietą, którą
      kocha. A jak sam się usprawidliwia, że nie może to tylko po to,
      żebyś dłużej dawała mu ciepło i uczucia, które dla niego masz.
      Zamęczysz się.
    • eeela Re: moje story... 01.12.07, 02:41
      E tam, jak przez tyle miesiecy nie chcial z toba seksu, to albo popaprany, wiec
      nie ma sie co w zwiazek z takim pchac, albo sciemnia jak moze i na nic nie licz.
      Jako rzekla Kookardka, wyglada na takiego, co Muzy potrzebuje jako odskoczni od
      szarosci malzenstwa, nie kochanki, jak kazdy regularny chlop.

      (Kookardko, to tak a propos naszej niedawnej dyskusji, to mamy wlasnie dobry
      przyklad na to, o co mi sie rozchodzilo - taka zdrada jak wyzej opisana bylaby
      dla mnie duzo gorszym doswiadczeniem niz przypadkowy seks z sekretarka ;-) )
      • dziadek_54 Re: moje story... 01.12.07, 08:47
        a dla mnie eeelu nie jest to zdrada , to tylko dupek , nie facet.
        Dam ci przyklad zdrady :
        Jest jesien , listopad, mloda niepracujeca zona z dwojka
        kilkuletnich dzieciakow , czeka na meza ktory po wielu miesiacach
        bezrobocia ma wroci z pracy z pierwsza wyplata.
        Ona juz sto razy podzielila te pieniadze, na buciki dla dzieci , na
        zalegle rachunki za prad, na splate"zeszytu" w sklepiku spozywczym.
        Oczywiscie nie wystarczy na wszystko ale przeciez teraz bedzie juz z
        gorki.
        O 17 usmiechnieta , z swej najlepszej sukience czeka na swojego
        kochanego meza.
        mija 17 , pozniej 19 , 2o, kladzie dzieciaki spac , w duszy rodza
        sie demony obaw.
        O 22 usypia na fotelu.
        Zaraz po polnocy budzi ja halas i przeklenstwa, juz wie wszystko, o
        nic nie pyta , tylko po policzkach plyna jej lzy. Juz wie ze nie
        splaci kredytu w sklepiku.
        to jest eeelu zdrada .
        Milego weekendu zycze , pieknej blondynce Hihihi.
        • kookardka Re: moje story... 01.12.07, 10:44
          Tak, dla mnie to też jest zdrada. Każde działanie, które prowadzi
          do zadawania bólu drugiej osobie, oszukiwanie jej i nadużycie jej
          pozytywnych uczuć i emocji to dla mnie zdrada. Ja nie lubię ludzi
          przekormnych, złośliwych, wyrachowanych i jak widzę, że mam z kimś
          takim do czynienia to od razu powoduje to u mnie negatywne emocje,
          które w efekcie doprowadzają do rozstania. Osoba, która kocha nie
          rani świadomie a bezmyślność jej nie tłumaczy. Mówię tylko o
          dzialaniach, bo słowa czasem wyskakują i słowami łatwiej zranić,
          ale działania to już są czynności wymagające większego wysiłku ...
        • eeela Re: moje story... 01.12.07, 14:33
          > a dla mnie eeelu nie jest to zdrada , to tylko dupek , nie facet.
          > Dam ci przyklad zdrady :


          Dziadku, moich podstawowych potrzeb nie zaspokaja przyniesienie mi wyplaty.
          Inaczej, przynoszenie mi wyplaty nie jest elementem moich podstawowych potrzeb.
          Jest wiele innych plaszczyzn, na ktorych kobieta moze sie poczuc zdradzona, i
          jesli mezczyzna nie chce jej zdradzic, powinien miec na uwadze przede wszystkim
          jej poglad na kwestie zdrady, nie swoj.
          • dziadek_54 Re: moje story... 01.12.07, 14:54
            Widocznie niezbyt precyzyjnie sie wyrazilem.
            Doskonale wiem ze Twoich potrzeb nie zaspokaja przyniesienie
            wyplaty.
            Ale "nic to" , ja mawial wolodyjowski.:)))
            Milego dnia zycze.
      • kookardka Re: moje story... 01.12.07, 10:23



        (Eela :))) zostaw już te sekretarki w spokoju :))) ja doskonale wiem
        o co Ci chodziło. Tylko wiesz, tak sobie myślałam, czy taki
        przypadkowy seks z sekretarką, aby na pewno jest pozbawiony takiej
        fazy. Oni razem pracują, rozmawiają, przebywają w pracy. Wspólna noc
        raczej poprzezona jest jakimś klimatem. Pojawiają się chyba jakieś
        emocje nawet jeśli chwilowe, to głębokie ;) Wydaje mi się, że
        późniejsze tłumaczenie " to taki wyskok bo alkohol zaszumiał mi w
        głowie" to dobry pretekst. Oczywiście biorę pod uwagę, że mogę się
        mylić i pewnie zaraz mnie z błędu wyprowadzicie ;) )
        • eeela Re: moje story... 01.12.07, 14:37
          Zupelnie pozbawiony takiej fazy zapewne nie jest, masz racje. Ale w tym
          przypadku roznica ilosciowa pokrywa sie z jakosciowa - jesli byl to klimat
          jednego wieczoru, jego jakosc nie jest trwala. Jesli byl to klimat dwoch
          miesiecy, jego jakosc nabiera niebezpiecznej trwalosci. Im wyzsza jakosc owego
          klimatu wspolnoty na plaszczyznie emocjonalno-duchowej, tym gorsza jest to dla
          mnie zdrada, i tym trudniej wybaczalna.
          • kookardka Re: moje story... 01.12.07, 15:21
            No widzisz, dlatego ja sobie postawiłam sprawę jasno, zdrada to
            zdrada, i nie zastanawiam się czy to jeden dzień, jeden tydzień
            czy dwa miesiące. Krótka piłka.
            • eeela Re: moje story... 01.12.07, 15:26
              Uproszczenia, Kookardko, czasami paradoksalnie komplikuja zycie, nie upraszczaja :-)

              Ale w sumie, po co tyle o tym gadac. Zycie nas uczy, nie gadanie :-)
              • kookardka Re: moje story... 01.12.07, 15:33
                otóż to :) życie pokaże jak i Ty i ja rozwiążemy taką sytuację ;)
              • dziadek_54 Re: moje story... 01.12.07, 15:51
                Oj tak!!
                Oj tak!!
                zycie uczy nawet odpornych na wiedze(bez podtekstow).
                im szybciej "pacjent" sie uczy tym go "mniej boli" .
                Ale upartych tez łamie.
                • kookardka Re: moje story... 01.12.07, 17:10
                  Myślisz, że życie uczy łamania zasad ? może tak, tyle, że to wymaga
                  jeszcze zmiany podejścia do przekonań i innych spraw, które te
                  zasady ugruntowały ... bo bez tego złamanie zasad grozi niemiłymi
                  konsekwencjami, a ja za dobrze siebie znam, by ryzykować swoje złe
                  samopoczucie - raczej najpierw myślę a potem robię ...
                  • eeela Re: moje story... 01.12.07, 17:14

                    > Myślisz, że życie uczy łamania zasad ?

                    Zycie uczy, ze nie wszystkie zasady sa stosowalne. I ze te, ktore sa stosowalne,
                    nie sa takie w kazdym przypadku. Zycie uczy, ze zasady sa tylko ogolnym
                    wyznacznikiem, a nie szczegolowym kodeksem. Ze posiadanie zasad moze nas
                    uratowac od dylematow moralnych jedynie wtedy, gdy bedziemy uparcie zamykac oczy
                    na zlo, jakie stosowanie tych zasad moze wyrzadzic.
                    • dziadek_54 Re: moje story... 01.12.07, 17:36
                      Tak sie nieraz zastanawiam czy ty nie jestes nastepna reinkarnacja
                      mojej babci ,:))) nawet zwrotow podobnych uzywasz.
                      Nie wierze w to zebys sama do tego wszystkiego doszla.
                      Musialas miec kogos bliskiego kto Cie tego wszystkiego uczyl .
                      Kto Ci cala te madrosc przekazal, byc moze nawet bez twojej
                      swiadomosci.
                      musial byc to ktos kto Ciebie bardzo kochal i kogo Ty kochalas , bo
                      mlodzi ludzie niechetnie przyjmuja takie ,w sumie przykre, prawdy.
                      Musi byc miedzy ludzmi bardzo silna wiez emocjonalna zeby byc
                      gotowym do przyswojenia tego typu madrosci "spolecznej".
                      Madrosc ksiazkowa mozna posiasc samemu , zyciowej musi nas ktos
                      uczyc .
                      to daje lepsze rezultaty i zdecydowanie mniej boli.
                      • eeela Re: moje story... 02.12.07, 01:44
                        Bardzo wiele nauczylam sie od swojej Mamy.

                        Nie przypominam sobie, zeby kiedykolwiek formulowala przede mna powyzsza mysl,
                        ale mysle, ze sama sie ta mysla kieruje.

                        Ona jest bardzo madra osoba.
                        • dziadek_54 Re: moje story... 02.12.07, 09:07
                          Nie musiala formuowac akurat tej mysli.
                          ale przekazala Ci sposob myslenia , oceny ludzi i zdazen ,
                          podchodzenia do problemy , empatii i tym podobnych rzeczy.
                          Pozniej poszczegolne problemy rozwiazujesz juz sama.
                          Mam dala Ci wedke, rybki lapiesz sama. :))
                          Widac ze Szanowna Mama jest bardzo madra osoba.
                          Pozdrawiam.
                      • kookardka Re: moje story... 02.12.07, 02:22
                        Teraz dziadku młodzi ludzie godzą się na wiele mniej niż byli w
                        stanie zgodzić się ich rodzice. Ja się nie poświęcam dla innych.
                        Taka już jestem. Mogę zrobić coś dobrego dla kogoś, ale nigdy wtedy,
                        gdy czuję, że odbyłoby się to jakimś moim kosztem i musiałabym coś
                        poświęcić.
                        • dziadek_54 Re: moje story... 02.12.07, 09:14
                          kookardka napisała:

                          > Teraz dziadku młodzi ludzie godzą się na wiele mniej

                          Ale i wiele mniej dostaja :))
                          Z tym musisz sie zgodzic.
                          Jesli wszyscy mniej daja to zgodnie z logika musisz mniej
                          otrzymywac :)))

                          niż byli w
                          > stanie zgodzić się ich rodzice. Ja się nie poświęcam dla innych.

                          Twoj wybor , kookardko.
                          ty nie poswiecasz sie dla nich , oni nie poswiecaja sie dla Ciebie.
                          tylko ze to nie jest takie proste.
                          trzeba kalkulowac : Ja poswiece cios dla nie go on dla mnie i jakos
                          sie przez to zycie przepchamy.
                          Bez tego , znalezienie sie dwoch osob ktore bez obustronnych
                          poswiacen pasuja do siebie jak dlaonie prawa i lewa, jest zadaniem
                          bardzo trudnym , by nie powiedziec niewykonalnym.

                          > Taka już jestem. Mogę zrobić coś dobrego dla kogoś, ale nigdy
                          wtedy,
                          > gdy czuję, że odbyłoby się to jakimś moim kosztem i musiałabym coś
                          > poświęcić.

                          to bardzo przygnebiajace co napisalas.
                          Pozwiecilem dal swojej rodziny , a nawet i obcych ludzi , bardzo
                          duzo .
                          i niczego nie zaluje, to mio sie po prostu oplacilo.
                          Zeby "zbierac" trzeba " zasiac".
                          Pozdrawiam.
                          >
                          >
                          • kookardka Re: moje story... 02.12.07, 10:53
                            Po pr5ostu mamy inne podejście :) najważniejsze, że każde z nas
                            z tym swoim podejściem czuje się najlepiej :) miłej niedzieli :)
                          • eeela Re: moje story... 02.12.07, 14:23
                            > > Teraz dziadku młodzi ludzie godzą się na wiele mniej
                            >
                            > Ale i wiele mniej dostaja :))
                            Z tym musisz sie zgodzic.
                            Jesli wszyscy mniej daja to zgodnie z logika musisz mniej
                            otrzymywac :)))


                            > niż byli w
                            > > stanie zgodzić się ich rodzice. Ja się nie poświęcam dla innych.
                            >
                            > Twoj wybor , kookardko.
                            ty nie poswiecasz sie dla nich , oni nie poswiecaja sie dla Ciebie.
                            tylko ze to nie jest takie proste.
                            trzeba kalkulowac : Ja poswiece cios dla nie go on dla mnie i jakos
                            sie przez to zycie przepchamy.
                            Bez tego , znalezienie sie dwoch osob ktore bez obustronnych
                            poswiacen pasuja do siebie jak dlaonie prawa i lewa, jest zadaniem
                            bardzo trudnym , by nie powiedziec niewykonalnym.


                            > > Taka już jestem. Mogę zrobić coś dobrego dla kogoś, ale nigdy
                            > wtedy,
                            > > gdy czuję, że odbyłoby się to jakimś moim kosztem i musiałabym coś
                            > > poświęcić.
                            >
                            > to bardzo przygnebiajace co napisalas.
                            Pozwiecilem dal swojej rodziny , a nawet i obcych ludzi , bardzo
                            duzo .
                            i niczego nie zaluje, to mio sie po prostu oplacilo.
                            Zeby "zbierac" trzeba " zasiac".



                            Teraz na mnie kolej, Dziadku, skladac wyrazy podziwu.
                            Lepiej bym tego nie wylozyla. Uwazam, ze trafiles w sedno sprawy.
                            • dziadek_54 Re: moje story... 02.12.07, 15:26
                              :)))
                              Milo mi ze tak uwazasz.
                              • dziadek_54 Re: moje story... 02.12.07, 15:43
                                Ale z drugiej strony to jest mi jakos tak nijak.
                                Bo w sumie to co napisalem to przedszkole zycia w grupie, to takie
                                oczywiste oczywistosci.
                                to zdumiewajace ze trzeba o tym pisac , ze nie wszyscy rozumieja to
                                intuicyjnie.
                                Mnie sie wydaje ze ja urodzilem ze znajomoscia tych "zasad".
                          • kookardka Re: moje story... 02.12.07, 14:47
                            Nie wiem czemu twierdzisz, że to smutne. Kwestia definicji
                            poświęcania się ... ja mogę zrpobić dla kogoś dużo dobrego,
                            dać mu dużo z siebie, od tak bez poczucia utraty czegoś kosztem
                            czegoś, bez oczekiwań, że mi się to opłaci ... po prostu, ot tak
                            bo chcę ... poświęcanie dla mnie wiąże się z poczuciem straty
                            i rozpamiętywaniem tego poświęcenia w przyszłości, jako długu
                            do spłacenia - a ja tak nie podchodzę do tego co robię. Smutne
                            dla mnie jest to, gdy ludzie coś robią oczekując odwzajemnienia
                            i kalkulują jak im się to opłaci. Tę zasadę strosuję w kwestiach
                            finansowych, relacjach biznesowych a nie w kontaktach z drugim
                            człowiekiem ... Wyrachowanie i egoizm są mi obce w stosunku do
                            drugiego bliskiego mi człowieka.
                            • eeela Re: moje story... 02.12.07, 15:02
                              Mogę zrobić coś dobrego dla kogoś, ale nigdy wtedy,
                              > gdy czuję, że odbyłoby się to jakimś moim kosztem i musiałabym coś
                              > poświęcić.


                              ... Wyrachowanie i egoizm są mi obce w stosunku do
                              > drugiego bliskiego mi człowieka.
                              >


                              Czyli mozesz zrobic dla kogos cos dobrego, nie oczekujac zaplaty, ale tez nigdy
                              nie ponoszac zadnych kosztow. To calkiem logiczne - nie ponosisz kosztow, nie
                              masz prawa oczekiwac zaplaty. Ci, ktorzy zdobywaja sie na wiekszy wysilek dla
                              kogos i dla tego kogos ponosza koszty, maja pelne moralne prawo do oczekiwania
                              rewanzu.


                              Kookardko. To wszystko juz zostalo opisane przez antropologow, historykow,
                              socjologow - zorganizowane komorki spoleczne maja wieksze szanse przetrwania niz
                              pojedyncze osobniki. Ale aby zorganizowana komorka spoleczna funkcjonowala
                              poprawnie, kazdy pojedynczy osobnik wchodzacy w jej sklad musi zdobyc sie na
                              szereg wyrzeczen, aby uzyskac szereg korzysci. Ludzie nie wiaza sie w pary li i
                              jedynie dla zabawy. Wiaza sie w pary, bo gna ich sila natury, ktora wypracowala
                              dla naszego gatunku takie, a nie inne rozwiazania - w postaci zorganizowanych
                              komorek spolecznych, od pary poczawszy. Nam w naszej zarozumialosci moze sie
                              wydawac, ze jestesmy od natury silniejsi, ze laczymy sie w pary dla kaprysu,
                              albo z wlasnej niczym nieprzymuszonej checi, ale to takie nasze bzdurne mrzonki,
                              jak te o 'podboju' kosmosu (kiedy zaledwie udalo nam sie stanac na wlasnej
                              satelicie).

                              Handel uslugami lezy w naszych genach. Fantazje na temat bezinteresownosci sa
                              takimi wlasnie kosmicznymi mrzonkami. Matka Teresa tez wierzyla, ze za swoje
                              dzialania otrzyma niebianski ekwiwalent.
                              • eeela Re: moje story... 02.12.07, 15:04
                                I co, do cholery, stalo sie z moim podzialem wersow??? :-(
                                • karadzo Re: moje story... 02.12.07, 15:54
                                  eeela napisała:

                                  > mrzonki,
                                  > jak te o 'podboju' kosmosu (kiedy zaledwie udalo nam sie stanac na
                                  > wlasnej
                                  > satelicie).

                                  Dlaczego zaraz mrzonki, księżyc to już coś. Chociaż na ten akurat
                                  temat krążą conspiracy theories wg których Amerykanie upozorowali
                                  całą akcję w jendej ze swoich baz wojskowych i prowadzili transmisję
                                  z pustyni :). Jesteś w stanie przewidzieć jak się będą prezentowały
                                  nasze dzisiejsze mrzonki o podboju kosmosu z perspektywy 500 lat ?
                                  Bo - kto wie - może mizernie tak jakoś. Wczoraj księżyc, jutro Mars,
                                  nie od razu gród Kraka zbudowano :) Ktoś kiedyś zadudnił w bęben na
                                  trwogę dla sąsiedniej wioski, ktoś później położył kabel
                                  telegraficzny na dnie Atlantyku...

                                  >Ale aby zorganizowana komorka spoleczna funkcjonowala
                                  >poprawnie, kazdy pojedynczy osobnik wchodzacy w jej sklad musi
                                  >zdobyc sie na szereg wyrzeczen, aby uzyskac szereg korzysci.

                                  No nie poznaję, nie poznaję zupełnie. Czytam od paru dni i
                                  nadziwować się nie mogę :)

                                  > I co, do cholery, stalo sie z moim podzialem wersow??? :-(

                                  No właśnie, a gdzie rytm, gdzie średniówka ? No dobra, średniówki to
                                  tam nigdy nie było ale całą poetykę diabli wzięli :)
                                  • eeela Re: moje story... 02.12.07, 15:59
                                    > No nie poznaję, nie poznaję zupełnie. Czytam od paru dni i
                                    > nadziwować się nie mogę :)


                                    Ale w odniesieniu do kiedy? My sie znamy? Przepraszam, jesli pamiec mnie zawodzi!
                                    • dziadek_54 Re: moje story... 02.12.07, 16:00
                                      to Twoja stara , dobra znajoma.
                                      tylko zapomniala sie przelogowac :)))
                                      • eeela Re: moje story... 02.12.07, 19:35
                                        A nieprawda :-)
                                        To moj przyjaciel z liceum, ktorego nie widzialam i o ktorym nie slyszalam przez
                                        ostatnie dziesiec lat.
                                        Strasznie mi milo, ze mnie wyszpiegowal :-)
                                        • dziadek_54 Re: moje story... 02.12.07, 20:08
                                          Zrobilem w zyciu milion glupst i powiedzialem milion idiotyzmow!
                                          ale zaden nie cieszy mnie tak jak ten :))
                                          gratuluje milego spotkania i ciesze sie Twoim zadowoleniem :))
                                    • karadzo Re: moje story... 02.12.07, 16:15
                                      > Ale w odniesieniu do kiedy? My sie znamy? Przepraszam, jesli
                                      pamiec mnie zawodzi!

                                      To ja przepraszam, nie chciałem Cię denerwować.
                                      Zaraz wyjaśnię, niech tylko zaloguję się tam, gdzie się na Ciebie
                                      natknąłem :)
                                      • eeela Re: moje story... 02.12.07, 16:35
                                        Mam nadzieje, ze jest to miejsce, ktore wciaz odwiedzam :-)
                              • kookardka Re: moje story... 02.12.07, 15:17
                                Dziękuję za wykład na temat życia w społeczeństwie ale nie jestem
                                jednostką aspołeczną ;) po prostu nie daję się wykorzystywać innym,
                                robię to co uważam, że powinnam i to co chcę, nie oczekuję nic w
                                zamian. A jak oczekuję to mówię o tym zanim coś zrobię :) Tak do
                                tej pory żyję i wcale nie jest mi z tym źle :) Mam jasne sytuacje
                                i czyste sumienie, bez poczucia, że jestem biedna nieszczęśliwa
                                i poszkodowana.
                              • kookardka Re: moje story... 02.12.07, 15:38
                                > Czyli mozesz zrobic dla kogos cos dobrego, nie oczekujac zaplaty,
                                ale tez nigdy
                                > nie ponoszac zadnych kosztow. To calkiem logiczne - nie ponosisz
                                kosztow, nie
                                > masz prawa oczekiwac zaplaty. Ci, ktorzy zdobywaja sie na wiekszy
                                wysilek dla
                                > kogos i dla tego kogos ponosza koszty, maja pelne moralne prawo do
                                oczekiwania
                                > rewanzu.

                                To jakie koszty ponoszę w związku z jakąs sytuacją wiem tylko ja.
                                Inna osoba w takiej sytuacji poniesie mniejsze lub większe.
                                Oczekiwanie, że ktoś odpłaci się tym samym jest dla mnie nierozsądne,
                                bo nie da się tego zmierzyć. Taka postawa zrodziłaby we mnie
                                poczucie żalu i krzywdy, że dostałam w zamian za mało albo
                                dyskomfort, że ktoś ponosi dla mnie większe koszty. Robiąc coś
                                dla kogoś robię to z dobrej woli i chęci. To czy druga strona
                                coś dla mnie zrobi, zależy tylko od niej. To jej wola i jej dobre
                                chęci. W życiu bym nie mogła powiedzieć komuś, że musi coś dla mnie
                                zrobić. Jak nie chce, to ma do tego prawo.

                                Jeśli ktoś coś dla mnie robi wbrew sobie, nie mówiąc mi o tym, to
                                jego problem, nie mój. Jeśli uprzedza z czym się to wiąże, to wolę,
                                żeby tego nie robił. Nie lubię zobowiązań. Jeśli ja czuję, że
                                ponoszę zbyt duże koszty, to przestaję dawać. Przecież nie zmuszę
                                kogoś by zrobił coś wbrew sobie dla mnie. Nie mam prawa żądać. Nie
                                mam też poczucia krzywdy wynikającego z poświęcania się dla kogoś.

                                Z tego co obserwuję asertywność jest obca dla wielu 50 latków,
                                ale i dla wielu moich rówieśników. I mało mnie to obchodzi ...
                                żyję po swojemu i z tym mi dobrze. Najważniejsze, że nikogo tym
                                nie krzywdzę. A że ktoś ma oczekiwania i nimi żyje to już nie moja
                                sprawa.
                                • kookardka Re: moje story... 02.12.07, 15:51
                                  Bardzo mądra i doświadczona przez życie kobieta powiedziała mi
                                  kiedyś, że jeśli czuję, że to co robię wynika z poświęcania się
                                  to lepiej żebym tego nie robiła, bo prędzej czy później przyniesie
                                  to tylko złe rzeczy. I ja jej wierzę. Podała całą masę przykładów
                                  ze swojego życia, pokazując mi jak to wpłynęło na jej relacje z
                                  tymi, dla których się poświęcała. Już się nie poświęca.
                    • kookardka Re: moje story... 02.12.07, 02:18
                      Ja swoje zasady stosuję o dwielu lat i jakoś nie zauważyłam,
                      żeby mi przyniosły szkody. One przynoszą szkodę tym, którzy
                      zamykają oczy na zło, które wyrządzają np mi. Widocznie moje
                      zasady są stosowalne, przede wszystkim dla mnie :) Coś co jest
                      dobre dla mnie niekoniecznie musi być dobre dla innych, tu się
                      zgodzę. Ale nikogo tym nie krzywdzę. Po prostu czyszczę swoje
                      otoczenie z takich ludzi, którzy są nie w porządku wobec mnie
                      i nie widzę powodu, bym miała kiedykolwiek dla kogokolwiek
                      od moich zasad odstąpić ( chociż mogłabym to zrobić, odstąpić dla
                      siebie, ale to inna sprawa). Podam Ci przykład. Mam męza , mam
                      dzieci. Mąż mnie zdradzi. Wiem, że mu nie zaufam już nigdy, nie
                      wybaczę, bo mnie oszukał. Będę mieszkała z wrogiem ( bo tak
                      podchodzę do osób, które świadomie mnie krzywdzą) pod jednym dachem.
                      Dlaczego moje dzieci mają patrzeć na smutną nieszczęsliwą matkę ...
                      Dlaczego mam blokowac swoje życie i tkwić w takim związku z obcym
                      mi człowiekiem ? Mam sobie znaleźć kogoś na boku ? Nie, bo ja nie
                      zdradzam. Rozwiodę się i ułożę sobie życie na nowo. Możesz tego
                      nie rozumieć, bo Ty być może dla dobra dzieci zostaniesz przy mężu.
                      Znam kilka takich sytuacji i ani dziecku ani jego matce nie
                      przyniosło to niczego dobrego.Wiem, że dla mnie nie byłoby to dobre.
                      A ja dbam o siebie. Czasem jest trudno, ale przynajmniej w dłuższym
                      rozrachunku wychodzi mi to na dobre.
                      • eeela Re: moje story... 02.12.07, 02:43
                        Rozwiodę się i ułożę sobie życie na nowo. Możesz tego
                        > nie rozumieć, bo Ty być może dla dobra dzieci zostaniesz przy mężu.
                        >


                        Jesli tylko ow hipotetyczny maz bedzie mnie nadal kochal, zostane nie tylko dla
                        dzieci, ale i dla siebie, poniewaz przelecenie sasiadki z trzeciego pietra nie
                        jest raczej w stanie zabic moich uczuc do mezczyzny, i glupota z mojej strony
                        byloby doprowadzanie do rozstania dwojga wciaz kochajacych sie ludzi z powodu
                        jednorazowego seksu na boku.
                        • kookardka Re: moje story... 02.12.07, 02:49
                          Dla Ciebie głupota, dla mnie nie :) i tyle. Ale potrafię zrozumieć
                          to, że dla Ciebie to błaha sprawa ... w końcu są żony, które
                          pozwalają rzucać sobą o ścianę w imię miłości do męża i też uwżają
                          to za normę ... a dla mnie jest to głupota. Takie jest życie i tacy
                          ludzie. Każdy ma swoje. Nic mi do tego :)))
                          • dziadek_54 Re: moje story... 02.12.07, 09:23
                            Jak widzisz to nie jestes kwestia "pokoleniowa" :))
                            Eeela jest mlodsza od Ciebie a mysli tak , ze moglbym sie podpisac
                            pod kazdym jednym jej slowem :)
                            Milego weekendu Ci zycze kookardko.
                            • kookardka Re: moje story... 02.12.07, 10:56
                              Fajnie, że macie wspólne podejście :) nie wszyscy jednak muszą się
                              ze wszystkimi zgadzać, prawda ? Każdy ma swoją receptę na życie :)))
                              Jeśli faktycznie jest wewnętrznie przekonany do tego co sam sobie
                              deklaruje i sam przed sobą usprawiedliwia to jest szczęśliwym
                              człowiekiem ... ważne tylko by nie krzywdzić tym innych :))
                              • c.nr.5 Re: moje story... 02.12.07, 15:58
                                Pisałem już Tobie ,ze jesteś bardzo mądrą Kobitką?Jakby nie no to już masz
                                ,jakby tak to się potarzam!:) Koko:)Pozdr
                                • kookardka Re: moje story... 02.12.07, 16:11
                                  Pozdrawiam :)
                            • skunksyywypad.pl [...] 03.12.07, 07:50
                              Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • dziadek_54 Re: moje story... 01.12.07, 08:34
      Bardzo zadko zgadzam sie z kookardka , ale tym razem ma w 100%
      racje .
      tylko jej slownictwo nie [podoba mi sie.
      to nie jest facet , to jakas cholerna ciota , kopnij go w doope az
      sie rozpadnie.
      znajdz normalnego , zdrowego facetaq a o tej ciocie zapomnij.
      Pozdrawiam.
      • kookardka Re: moje story... 01.12.07, 10:39
        Moje słownictwo jest łagodne, bo przywykam powoli do tego, że jest
        cała masa takich facetów. W ciągu tego roku spotkałam takich dwóch,
        ( wcześniej byłam w długich stałych związkach i nie zwracałam uwagi
        na panów jako potencjalnych partnerów, stąd chyba moje zaległości)
        jednego po drugim i chyba zaczynam nabierać dystansu, chociaż wcale
        nie zmienia to mojego podejścia do nich - nie szanuję takich ludzi,
        bo nie szanują moich emocji i uczuć. Wiem też jak trudno przyjąć do
        wiadomości i "przełknąć", że zostało się oszukanym - przez osobę
        przecież bardzo bliską. To jak zdrada. Najgorsza jest faza kiedy
        jeszcze Ci zależy a już nienawidzisz, bo uświadamiasz sobie prawdę.
        Przypominają się wszystkie jego słowa i widzisz jak to było podłe
        i wyrachowane, asekuranckie , by mógł sam sobie powiedzieć przecież
        nic nie deklarowałem. To jest takie pomieszanie emocji, które
        doprowadza do spustoszenia i wypalenia wewnątrz. Nie do opisania.
        Nie wiem czy faceci też tak przeżywają takie historie, ale dla mnie,
        kobiety mocno wrażliwej, to jest masakra. Jeszcze chewila i
        wylądowałabym w psychiatryku. naprawdę było blisko. Tylko to forum,
        na którym mogłam wywalić wszystkie złe emocje i rozmowy z
        przyjaciółmi trzymały mnie w miarę w pionie.

    • lacido Re: moje story... 01.12.07, 13:46
      To taki typowy dobry człowiek, myślący o innych,
      uczuciowy, wrażliwy, pomocny... i widać że zraniony
      taaaaaaaaaa bardzo dobry i dlatego pozwala zebyś zadręczała sie myślać o
      przyszłosc tego zwiazku? Gdyby był takim altruistą to by CI powiedział jasno:
      kończymy znajomosc bo wiecej Ci nie mogę dać, skoro niepotrafi zdecydować sie an
      rozwód z żoną.
      • kookardka Re: moje story... 01.12.07, 15:19
        Faceci myślą jakoś tak ... dziwnie ... on jej mówi czego jej nie
        może dać, asekuruje się i wyznacza granice, sama ma się określić
        czy to akceptuje i czy jej to odpowiada, bo nie może liczyć na nic
        więcej. To ona ma podjąć decyzję na podstawie postawionych warunków.
        Albo je akceptuje i układ trwa, albo nie. I tak będzią ją trzymał
        jak sroczkę za ogon ...
    • karadzo Re: moje story... 01.12.07, 16:14
      Facet nie ma złych intencji, co sama wiesz.
      Jest doświadczony, mógłby po prostu powiedzieć Ci to, co chciałabyś
      usłyszeć, pójść z Tobą do łóżka itp.

      Tylko, że to nie byłoby fair w stosunku do Ciebie, nieprawdaż ?

      Pytasz czego on od Ciebie chce - ciepła chce, Twojego uśmiechu, seks
      niewiele do tego ma.

      Piszesz, że dotrzymuje danych Ci obietnic. Widzisz, chodzi właśnie o
      to, że to jest być może w jego przypadku regułą. Zdarzają się tacy
      dziwni ludzie, którzy np. dotrzymują warunków zawartej umowy do
      końca, - nawet jeśli druga strona złamie warunki kontraktu - stając
      się poniekąd niewolnikami własnych zasad.

      Postawił sprawę jasno, posunie się dalej, kiedy pozamyka swoje
      sprawy, które go w jakiś sposób przed samym sobą zobowiązują.
      Jeśli taka opcja męczy Cię i nie czujesz się dobrze, pojawia się za
      dużo pytań itp. to faktycznie najlepiej dla Ciebie będzie, jeśli po
      prostu zakończysz tą znajomość.
      On to zrozumie i nie będzie zaskoczony.

      Jeśli zaś uważasz, że warto jeszcze poczekać, to ustal z nim jakiś
      sensowny czas na określenie się, co zmobilizuje go do podjęcia
      zdecydowanych działań, albo da Ci spokój.
    • zeberdee24 Re: moje story... 02.12.07, 19:52
      Nie znam się na miłostkach, ale to mi przypomina historię pewnego długu
      spłacanego w ratach i szczerych deklaracjach(raty jak się widownia domyśla były
      jednak nieco mniej spektakularne aniżeli deklaracje), wierzyciel był dosyć
      tolerancyjny wobec kolegi któremu pożyczył, ale kiedy kolega ów dłużnik po
      pilnej wymianie felg, wymienił też auto,kolega wierzyciel cierpliwość stracił. A
      finał był jak to w bajkach nadbałtyckich autorów - po prostu smutny.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka