bmwariat
11.07.06, 13:21
Pogrom ostrowiecki?
Już na drugi dzień po pogromie w Kielcach, 5 lipca 1946 roku po Ostrowcu
kręcili się niezidentyfikowani agitatorzy „opowiadając o zaginięciu dzieci”.
Ktoś mówił, że znaleziono osiem ciał, a czterech innych miano jeszcze szukać.
Czy mogło w Ostrowcu dojść do pogromu ludności żydowskiej? Dlaczego udało się
go uniknąć?
Pogrom w Kielcach 1 lipca 1946 r. nie wrócił do domu 9-letni Henryk
Błaszczyk, syn Walentego, szewca. Nie informując nikogo prawdopodobnie
przygodnie zatrzymaną furmanką wyjechał do mieszkających na wsi znajomych.
Zaniepokojeni rodzice rozpoczęli poszukiwania, rozlepili na murach trzy
ogłoszenia. Kiedy chłopiec powrócił, 3 lipca wieczorem ojciec na komisariacie
MO przy ul. Sienkiewicza stwierdził, że syn przez trzy dni był przetrzymywany
przez Żydów w piwnicy, jednak udało mu się zbiec. Nazajutrz, w czwartek 4
lipca ok. godz. 8.00, Walenty Błaszczyk z synem poszli na komisariat MO.
Następnie wraz z milicjantami udali się do domu przy ul. Planty 7/9, gdzie
mieścił się Komitet Żydowski. Tam aresztowano wskazanego przez chłopca
mężczyznę, którzy rzekomo miał go przetrzymywać. Przewodniczący miejscowego
Komitetu Żydowskiego interweniował na posterunku milicji, domagając się
uwolnienia aresztowanego i zapewniając, że w budynku przy ulicy Planty w
ogóle nie ma piwnicy. Dowódca posterunku wysłał więc kilkuosobowy patrol, aby
wyjaśnił wszystkie okoliczności wydarzenia. Milicjanci pobieżnie przeszukali
dom, ale w tym czasie na podwórzu i na ulicy gromadziło się coraz więcej
gapiów, obserwujących działania milicji. Napięcie rosło, przybyła kolejna
grupa milicjantów oraz cywilnych funkcjonariuszy UB, podjęto też pierwszą
próbę rozproszenia gromadzącego się tłumu.
Około godz. 10.00 przed domem pojawia się kilkudziesięcioosobowy oddział
wojska, w tym spora grupa żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego
(KBW), podległego resortowi bezpieczeństwa. To oni jako pierwsi wkroczyli do
domu. Za nimi wdarli się zwykli ludzie. Zamiast jednak odsunąć tłum na
bezpieczną odległość- żołnierze przystąpili do przeszukiwania domu,
rozbrajali jego mieszkańców, a nawet wyprowadzali bezbronnych Żydów na ulicę.
Tłum rósł, rosła też agresja, posypały się kamienie, zgromadzeni atakowali i
bili wyprowadzanych.
W ciągu pół godziny zamordowano kilkanaście osób, wiele w sposób bestialski.
Niektórych, w tym również kobiety, wyrzucano z drugiego piętra na bruk.
Rannych dobijano czym popadło: deskami, kamieniami. Około południa blisko 600
pracowników pobliskiej huty „Ludwików” uzbrojonych w łomy i kije podążyło na
ulicę Planty. Po przerwaniu kordonu wojska i milicji, przyłączyli się do
uczestników pogromu. W tym momencie tłum liczył nawet 3 tysiące osób. Rannych
Żydów grabiono i bito jeszcze w drodze do szpitala.
Dopiero około godz. 14.00 duży oddział wojska, oddając kilka karabinowych
salw w powietrze, zmusił tłum do wycofania się na sąsiednie ulice. O godz.
16.00 na ulicach pojawiły się czołgi, od godz. 20.00 obowiązywała godzina
milicyjna i zakaz wychodzenia na ulice.
Łącznie zginęły 42 osoby, w tym dwóch nie-Żydów.
Kielce nie były jedyne
Do antyżydowskich wystąpień dochodziło także w innych miejscach w Polsce. Już
po zakończeniu działań wojennych szerzyły się opowieści o rytualnych mordach,
związanych jest ze świętem Paschy, kiedy to Żydzi rzekomo mieli używać do
sporządzania macy z krwi chrześcijańskiego dziecka.
- Na postawę Polaków w pierwszym okresie powojennym wielki wpływ miało prawo
stanowione przez Niemców w stosunku do ludności żydowskiej, pozbawiające ją
wszelkich praw przez długie 5 lat okupacji- mówi historyk Waldemar R.
Brociek, pracownik Muzeum Historyczno- Archeologicznego w Ostrowcu Św.- Żydzi
byli zmuszeni do bycia rozpoznawalnymi, nie mieli możliwości przenoszenia
się, podróżowania komunikacją, nie mogli dysponować swoim majątkiem.
Traktowanie ich jako podludzi owocowało potem w zachowaniu Polaków. Do tego
dochodziła propaganda władzy, przypisywanie Żydom wszystkich możliwych wad.
Mówiono o rytualnych morderstwach, zabijaniu dzieci, dla krwi do wyrobu mac.
To było absurdalne, bo przecież dla Żydów krew jest świętością, nie można jej
wylewać, bo oznacza życie. Nie wolno też zapominać, że po wyzwoleniu w
Ostrowcu, ale i całym kraju sytuacja ekonomiczna mieszkańców była fatalna, a
Żydzi zawsze byli kojarzeni z bogactwem. To również budziło niechęć,
niezależnie od tego, że wielu Żydów nie miało żadnych środków do życia. Po
wojnie wracali często do swoich własności, które były zajęte. Co więcej nie
mogli zająć swoich mieszkań, mimo, że niektóre były wolne. Zarówno Polacy jak
i Żydzi, padali ofiarami napadów, jeśli mieli jakieś pieniądze. W ten sposób
w województwie kieleckim w 1945 roku straciło życie kilkanaście osób.
W 1945 roku Wielkanoc obchodzono w pierwszych dniach kwietnia. Wtedy to
opowieść, że Żydzi zabili dziecko na macę, pojawiła się po raz pierwszy w
Chełmie Lubelskim, potem w Rzeszowie, gdzie rzeczywiście zginęło dziecko.
Zwłoki zaginionej dwunastoletniej dziewczynki odnaleziono w piwnicy przy ul.
Tannenbauma 11 czerwca 1945 r. Morderstwo zostało dokonane na tle seksualnym,
a dodatkowo zabójca zdarł z twarzy dziecka skórę i wyciął mięśnie udowe. O
dokonanie zbrodni podejrzewano mieszkańca Rzeszowa narodowości żydowskiej. Z
braku dowodów prokuratura umorzyła śledztwo, a oskarżonego wypuszczono z
aresztu we wrześniu 1945 r. Milicja przeprowadziła rewizję w domach
zamieszkanych przez ludność żydowską. Zebrany tłum, prawdopodobnie
poinformowany o sprawie przez milicjantów, wykrzykiwał w stronę
odprowadzanych na komisariat Żydów, że są zbrodniarzami i mordercami dzieci
katolickich. W ruch poszły kamienie i pięści.
Wzburzenie było tak wielkie, że istniało niebezpieczeństwo samosądów.
Niektórzy mówili, że Niemcy dobrze robili mordując Żydów i przechowujących
ich Polaków. Po mieście krążyły fantastyczne wersje, jakoby ofiarami miało
paść sześcioro, a nawet trzydzieścioro dzieci. Wieszczono krwawą zemstę.
Jeszcze tego samego dnia stuosobowa grupa Żydów opuściła Rzeszów.
Mit mordu rytualnego szybko wydostał się z miasta. Potrzebował kilku dni, by
dotrzeć do Przemyśla, czy Tarnowa, gdzie jakoby doszło do napadu na dom, w
którym schronili się Żydzi.
27 lipca 1945 r. w Krakowie milicja aresztowała kobietę podejrzaną o porwanie
dziecka. W istocie matka pozostawiła je pod opieką tej kobiety. Szybko jednak
po mieście zaczęła krążyć plotka, jakoby Żydówka porwała dziecko w celach
rytualnych. Choć do pogromu nie doszło, przesiąknięta antysemityzmem
atmosfera gęstniała. W sobotę, 11 sierpnia, podczas nabożeństwa szabasowego w
synagodze Kupa grupa chuliganów zaczęła obrzucać kamieniami budynek. W pewnym
momencie ktoś dopadł jednego z wyrostków. Ten wyrwał się jednak i biegnąc w
stronę pobliskiego bazaru krzyczał: „Ratunku, Żydzi chcieli mnie zamordować”.
W ten sposób dał sygnał do rozpoczęcia antysemickich zamieszek. Trzech
żołnierzy wdarło się do synagogi, po wyjściu z niej oznajmili zgromadzonemu
tłumowi, że znaleźli zamordowane dziecko. Rozpoczęło się wyłapywanie i bicie
Żydów, w tym kobiet i dzieci. Znów kluczową rolę odegrali milicjanci,
aktywnie biorąc udział w pogromie. Zginęło prawdopodobnie pięć osób, a
kilkakrotnie więcej pobito.
Zarażenie mitem postępowało błyskawicznie. W sierpniu 1945 r., w
Częstochowie, jak zwykle zaczęło się od zaginięcia dziecka. Choć po kilku
godzinach odnalazło się, to jednak przez jeszcze kilka następnych dni pogrom
wisiał w powietrzu. W Lublinie 17 września nie wróciła do domu 14-letnia
dziewczynka. Zaginięcie zgłosił na milicji ojciec. Szybko po mieście zaczęła
krążyć plotka, jakoby odpowiedzialnymi za uprowadzenie byli Żydzi. Jak się
okazało, dziewczyna uciekła, ponieważ bała się ojca niezadowolonego z jej
wyników w nauce.
Psychoza czy prowokacja?
Historycy do