a.adas
22.10.06, 01:00
Zatrzegam, nie jestem jakimś wybitnym znawcą twórczosci tego autora, ale po
przeczytaniu "Hańby" i "Czekając na barbarzyńców" kompletnie nie rozumiem "co
takiego" przyniosło Nobla temu pisarzowi. Wiadomo, że o przyznaniu tej nagrody
niekoniecznie decydują wyłącznie względy literackie, znaczącą rolę odgrywa
polityka i geografia. Jednak, mimo wszystko, większość znanych mi
noblistów-prozaików (przynajmniej z ostatniego półwiecza) albo rzeczywiście
wniosło coś nowego do światowej prozy (Faulkner, Marquez czy nawet Saramago)
albo przynajmniej miało swój własny, niepowtarzalny i łatwo rozpoznawalny,
styl (Cela, Böll, Oe Kenzaburo, Patrick White).
U Coetzee niczego takiego nie czuję. Ot, sprawny rzemieślnik, niestety jedynie
ślizgający się po tematach, piszący tak jakby bez pasji i osobistego
zaangażowania. Bez tego czegoś co odróżniałoby go od setek innych pisarzy
(zwłaszcza anglojęzycznych), odrobiny szaleństwa, brawury? O dziwo "Czekając
na barbarzyńców" jest lepsze od lansowanej "Hańby", ale i tak nie wolne od
grzechów (grzeszy choćby - podobnie jak w "Hańbie" - nieprzyjemną nachalnością
męskiej seksualności). Dodatkowo nie wierzę, że Coetzee nigdy nie czytał
"Pustyni Tatarów" Buzzatiego (notabene książki w moim odczuciu niezbyt ciekawej).
A może jednak tak działa specyfika RPA? Dlaczego tak piszę? Bo miałem wątpliwą
przyjemność zapoznania się z ze zbiorem opowiadań Nadine Gardimer. Tez mnie
nie przekonała, a jej proza - choć o pokolenie wcześniejsza - wydała mi się
równie bezstylowa, niewykorzystujaca w pełni tematu. Może jej utwory, ale i
Coetzee zwyczajnie oddają oderwanie (białej) RPA od reszty Afryki, ale i
świata? Czytając ich książki czuję się, jakby wiktoriańską Anglię nagle
rzucono w XXI wiek.