ydorius
17.02.04, 17:11
dawnom niczego nie pisał i nie wrzucał na forum. Mam nadzieję, że się nie
obrazicie za ten lekki tekst (mam też cięższe, na przykład o hodowli
królików, ale raczej wolałbym Wam tego oszczędzić :-)).
W każdym razie - miłej lektury życzę ja.
m,
.y.
-----------
Charles Gordon
To nie do końca było tak, że Charles Gordon zniszczył świat. Chociaż
rzeczywiście, kronikarze, gdyby takowi istnieli, musieliby napisać, że walnie
się do tego przyczynił. Nie było już jednak żadnego ludzkiego kronikarza. Nie
było nikogo i niczego. Była wypalona planeta, niezmiennie krążąca wokół
starzejącego się słońca.
Oczywiście, oskarżyć Gordona o tak wielką zbrodnię byłoby
uproszczeniem. Nikt w pojedynkę nie dałby rady zniszczyć całego świata –
nawet, jeśli miałby pod ręką cały arsenał nuklearny. Ci najważniejsi zdążą
schować się w schronach, niektórzy szczęściarze akurat będą w kopalniach lub
na stacjach metra, za metrowej grubości ołowianymi ścianami. Życie nie daje
się tak łatwo wyplenić.
Być może, któryś z bardziej rewolucjonistycznie nastawionych
kronikarzy zwróciłby uwagę na to, że Gordon był tylko narzędziem, zbyt dobrze
zsocjalizowanym do roli gorliwego apologety społeczeństwa postindustrialnego,
trybikiem w machinie propagandy, efektem ubocznym pracy dziesiątków lat mass
mediów. Być może któryś rzeczywiście przeniósłby winę z Gordona na cały
system, który go ukształtował. Być może. Tylko co by to zmieniło?
Prawda jest jednak taka, że gdyby nie Gordon, świat prawdopodobnie
istniałby do dziś; wśród wojen i zawieruch, borykający się z huraganami,
nieuczciwymi biznesmenami i zwykłymi skurwysynami. Ale istniałby. Jak zawsze.
Charles Gordon mieszkał sam. Od jakiś dwunastu lat, to znaczy od
chwili, gdy wyprowadził się od rodziców. Nie zadawał sobie pytania, czy lubi
mieszkać sam i czy tak będzie już zawsze, w związku z tym, przynajmniej pod
tym względem był szczęśliwym człowiekiem. Miał skończone 36 lat (jubileusz ów
uczcił otwierając trzy puszki piwa, zamiast dwóch). Napisał sobie na kartce
życzenia, które następnie głośno odczytał. Zadzwonił do mamy, niby żeby
dowiedzieć się, jak się czuje, ale tak naprawdę po to, by od niej też
usłyszeć, jak życzy mu wszystkiego najlepszego. Życzenia "wszystkiego
najlepszego" były bezpieczne i dlatego Gordon bardzo je lubił.
Wieczorami siadał przed telewizorem lub komputerem, był bowiem
gorliwym wyznawcą telewizji i Internetu. Dzięki nim przecież dużo wiedział o
świecie. Wiedział, że w Etiopii znów zginęło z głodu mnóstwo osób, ale to i
tak nic, w porównaniu z tym, ilu zginęło w trzęsieniu ziemi w... gdzieśtam.
Oglądał wszystko, jak leci. O powodziach, lądowaniu na księżycu, które było
mistyfikacją, o delfinach, wulkanach, Esmeraldach i współczesnym
niewolnictwie. O sporcie. O nauce. O polityce. O wszystkim.
Gdyby spojrzeć z boku na życie Gordona, można by spokojnie
skonstatować, że jeśli ktokolwiek miałby się przyczynić do końca świata, to
na pewno nie on. Był... nijaki. Nie miał w sobie charyzmy, nie miał wyglądu,
nie miał pomysłów ani własnych przemyśleń. Był trybikiem. Statystyką.
Wypełniaczem przestrzeni.
W piątkowe popołudnie, pewnego jesiennego dnia, gdy nasz bohater
zasypiał przed telewizorem ostatkiem świadomości przyswajając wiadomości
dotyczące robotyki i rewolucji informatycznej, usłyszał pukanie do drzwi.
Podniósł się z fotela i, pomyślawszy, że to gospodyni z kolejną złodziejską
podwyżką czynszu w ręku, krzyknął "chwileczkę!". Założył spodnie i zapalił
papierosa. Dotarłszy do drzwi nie zadał sobie trudu, by wyjrzeć przez wizjer;
od razu otworzył drzwi. Nie było tam gospodyni ze złodziejska podwyżką
czynszu w ręku. Był kosmita.
----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.