jedna-do-poprawki
22.10.12, 11:30
piszę o sobie
poznałam faceta, cztery lata temu, kolega z pracy
ponad rok temu miał wypadek, pomagałam mu wtedy, zblizyło nas to, pól roku miał zwolnienie, rehabilitację, itp. Widywaliśmy się rzadko, często dzwoniliśmy, gadaliśmy na skypie. Zaczęło to wszystko wychodzić poza ramy koleżeństwa, gadaliśmy wieczorami, nocami, zaczęliśmy się spotykać, powiedział, że mu zależy, mogłam na nim polegać, opowiedzielismy sobie z czasem całe życie :)
Wrócił do pracy, pracuje za granica, spotykaliśmy się gdy wracał na weekend, ciągle byliśmy w kontakcie, nie zależało mi na nim jak na facecie, był kolegą. Ale bardzo się starał. Nigdy mnie nie zawiódł, imponowało mi to, że jest fajnym, rozgarniętym, inteligentnym facetem. Zaczęło mi zależeć, zakochałam się, traktowałam go poważnie. Często mi powtarzał, że jestem kimś wyjątkowym dla niego, kiedy wyjeżdżał na urlop, gdziekolwiek zresztą, zawsze pisał, kiedy czegoś potrzebowałam, chciałam pogadać - był. Z czasem powiedziałam mu co czuję, nie wycofał się, kontynuował znajomość. W końcu, po roku ponad :P - poszlismy do łóżka.
I to było nasze ostatnie spotkanie, było ok, normalnie, następnego dnia odezwał się, pogadaliśmy. Wieczorem napisałam, żeby zalogował się na chwilę na skypie. Napisał mi że nie ma czasu i w ogóle już czasu dla mnie nie będzie miał i mam mu nie zawracać głowy....
Przysiegam że się nie spodziewałam. Głupia jestem, wiem. Byłam pewna, że go znam, że się lubimy, szanujemy, ba! rozumiemy nawet.
nie kumam tego, że facet miał kogoś, dla kogo był ważny, z kim mu się fajnie gadało, kto mu dobrze życzył i potraktował kogoś takiego jak szmatę
Nie chciałam od niego małżeństwa, obietnic.
tak, głupia jestem - uważałam, że spotkałam kogoś wyjątkowego, a jemu zależało tylko na seksie.
Się zawiodłam..