konvalilia
17.10.07, 23:48
To było kilka lat temu, ale jeszcze dziś jak to wspominam to mam
ciarki na całym ciele. Nigdy wcześniej i nigdy później nie
doświadczyłam takiego pierotnego, wszechogarniającego i
obezwładniającego strachu.
Najpierw poczułam, że się budzę... wychodzę z fazy snu i zaraz
zacznę się przebudzac... byłam pewna, że już jest rano... Potem
poczułam, że cała sztywnieję... nie mogę się ruszyc, nie moge nawet
drgnąc... nie moge mrugnąc powieką... chciałam zawołac rodziców,
którzy spali obok w sypialni, bo myślałam, że może to jeden z
moich "ataków - zasłabnięc", ale głos zamarł mi w gardle, nie mogłam
wydusic nawet jęczenia, mruku, nic... wysiłek i cisza... i wtedy
przyszedł... poczułam jak zbliża się, podchodzi i... próbuje we mnie
wejśc... chcial dostac się przez moją klatkę piersiową... chciał
wejśc i się zagościc... zadomowic...
My często się boimy... bezpańskiego psa na ulicy, pijanego w zaułku
ciemną nocą, filmu... To co ja czułam to nie był strach... to był
pierwotny lęk, taki który każe walczyc o życie, o siebie bez względu
na wszystko... jedyne co wtedy przyszło mi do glowy to
modlitwa "Ojcze nasz". Chciałam od razu powiedziec, że nie uważam
się za katoliczkę, a do Kościoła i jego praktyk mialam już
zastrzeżenia w wieku 11lat:) Nie wiem dlaczego akurat ta modlitwa.
Kwesta przyzwyczajenia? Kiedyś słyszałam opinię, że jest to jedna z
silniejszych magicznych inwokacji i może to utkwiło, gdzieś w
podświadomości?
W każdym razie zaczęłam ją odmawiac... a przynajmniej próbowałam...
śliniłam się jak wściekly pies a piana z ust spływała na poduszkę...
gdy doszłam do słów ... BĄDŹ WOLA TWOJA... nie mogłam ich
wypowiedziec... nie mogłam nawet w myślach ich wypowiedziec...
bądź... i nic.... bądź wola... i nic... starałam się tak mocno i gdy
w końcu padły wszystkie trzy "bądź wola Twoja" - wszystko odeszło...
zaczęłam się trząśc, otarłam usta... miałam zawołac rodziców, ale co
im powiedziec? przecież by i tak nie pomogli, poza tym cokolwiek to
było - odeszło... przeleżałam do świtu i dopiero, gdy pierwsze
promienie słońca zaczęły przebijac - zasnęłam.
Do tej pory doświadczenie to mnie prześladuje. Do tej pory nie moge
nabrac dystansu. Co to moglo byc? Spotkanie z moim Demonem? Ciemną
stroną? Moim Cieniem? Czy może atak z zewnątrz? - przynajmniej ja to
tak odczułam wtedy. Rozmawiałam ostatnio z koleżanką. Czyta teraz
Clarisse i gdy przeczytała rozdział o czarnym czlowieku ze snów to
zapytała, czy moje doświadczenie nie mogło byc własnie taką
inicjacją? Ja czytając "Biegnącą" nawet o tym nie pomyślałam, bo
moje doświadczenie nie było we śnie, ono przyszło z zewnętrznego
świata, ale może się mylę?
Napiszcie proszę czy miałyście podobne doświadczenia? Uwagi, pytania
i sugestie mile widziane:)