mesmeryzm
25.03.09, 11:22
Witajcie, podczytuję was od jakiegoś czasu i nadeszła chwila, bym poprosiła o
pomoc/opinię/rady.
Chodzi rzecz jasna o faceta. Mamy problem niemal typowy do bólu, który polega
na tym, że obowiązki domowe dotyczą w jego mniemaniu tylko mnie. Oboje
pracujemy, ale nie jesteśmy zbytnio zawaleni pracą i mamy poza pracą naprawdę
sporo wolnego czasu (więc syndrom zapracowanego do 20 faceta odpada).
Ja sama nie jestem pedantką (co zresztą notorycznie wytyka mi moja matka), ale
należę do osób, które uważają, że są ważniejsze sprawy niż chociażby generalne
porządki na wielkanoc i nie planuję w związku z tym mycia okien.
Problem tak naprawdę polega na wykonywaniu takich drobnych czynności w stylu
sprzątania po sobie. Tu mój facet kompletnie wysiada. Mógłby przez pół roku
nie zmieniać pościeli, nie wypakowywać zmywarki i pić z tego samegp kubka
(argument: oszczędzamy energię i wodę). Umywalka za każdym goleniem pełna jest
włosków, jego ubrania walają się po całym mieszkaniu, itd.
Ja nie wytrzymuję, słowo wam daję. Mam określony próg niewrażliwości na brud.
Więc mnie cos trafia.
CHodzi o to, ze te wszystkie rady typu "nie sprzątaj przez tydzień, to sam
zauważy" lub "wyjedź i zostaw go z syfem, to się nauczy, że samo się nie robi"
w jego przypadku można o kant dupy potłuc. Bo:
1) jeśli z premedytacją zostawiam kolejną porcję brudnych talerzy w zlewie, to
oczywiście on po jakimś czasie zauważy i wykorzysta to przeciwko mnie: "Ty
każesz mi sprzątać, a sama taka porządnicka nie jesteś"
2) kiedy wyjeżdżam na jakiś czas, to wracam potem do kompletnie zasyfionego domu.
Tak jak pisałam, nie wytrzymuję. I nie wiem już, co robic. Po tym jak
sprawdziłam powyższe rady niewerbalne, przeszłam do ofensywy werbalnej, ale
moje wyrzuty zawsze spotykają się z taką samą reakcją: wiem wiem, masz rację,
obiecuję, ze to się zmieni. Tylko że nic z tego nie wynika. ZOstaje tak jak
jest, a on się pewnie cieszy, że znów poradził sobie z marudną babą.
A teraz ostatnia sytuacja, która skłoniła mnie do występu na forum: ja wciąż
prowadzę akcję ograniczonego sprzątania, czyli sprzątam na bieżąco, zamiatam i
odkurzam, ale większych spraw się nie tykam. No i mój facet już jakiś czas
temu zauważył, że piekarnik jest dosyć brudny, o czym nie omieszkał mi
powiedzieć (bo to w końcu moja działka, czyż nie?). Ja na to, że może sam
wreszcie coś sprzątnie, bo z tego pierkarnika też korzysta. Przez jakieś 3
tygodnie oczywiście piekarnik stał nieruszony. No i wczoraj wieczorem mieliśmy
lekkie spięcie (nawet nie kłótnię). On postanowił najwyraźniej pokazać mi, że
aż takim fleją nie jest i w nocy, kiedy nie mógł spać, zabrał się za
czyszczenie nieszczęsnego piekarnika. Niestety, on zaczął po prostu pracę, ale
znudziła mu się dość szybko, więc kiedy rano weszłam do kuchni zobaczyłam
zachlapane na czarno szafki, blaty, podłogę i ściany, a w zatkanym zlewie
pełnym obrzydliwości znajdowała się namoczona lekko blacha. Facet zaś z
uśmiechem na odchodnym powiedział, że mogę być z niego teraz dumna i żebym
dokończyła za niego.
Powiem wam szczerze, że jestem wściekła. Mam dość tej ciągłej walki o
drobnostki, o to by sprzątnął po sobie talerze, zebrał ubrania, wytarł rozlaną
kawę. Czuję się jak frajerka, którą on wykorzystuje, bo sam jest zbyt leniwy.
Co robić?? Ktoś tak miał/znał/wie, co mam robić dalej??
PS. Kuchnia wciąż zasyfiona, bo na razie nie mam serca się jej tknąć, taka
jestem rozżalona.