landryneczka_truskawkowa
28.06.03, 11:56
Telewizyjny Discovery Channel przeprowadził jakiś czas temu ankietę, pytając
widzów, na jaką zagadkę natury najbardziej chcieliby znaleźć odpowiedź.
Okazało się, że niewiele osób interesują tajemnice ludzkiego genomu lub
pochodzenia życia na Ziemi. Najczęściej zadawano następujące pytania:
[?] Dlaczego nigdy nie widzimy małych gołębi?
[>] Opuszczają one gniazdo dopiero, kiedy są w pełni upierzone i nie różnią
się wielkością od swych rodziców.
[?] Dlaczego mężczyźni mają sutki?
[>] Embrion ludzki wytwarza sutki, jeszcze zanim "zdecyduje się", jakiej
będzie płci.
[?] Dlaczego stukamy się kieliszkami przy toaście?
[>] Obyczaj ten sięga starożytnej Grecji, kiedy to na porządku dziennym było
załatwianie osobistych porachunków
przez częstowanie wrogów zatrutym winem. Stukanie się kieliszkami jest
symbolicznym gestem mieszania wina, co miało dowieść, że wino nie jest
zatrute.
[?] W jaki sposób teflon przykleja się do patelni, skoro nic nie przylepia
się do teflonu?
[>] Patelnie powleka się kolejno kilkoma warstwami plastiku, z których
pierwsza zdolna jest do przywierania do metalu, a kolejne wiążą się
chemicznie z tą pierwszą.
[?] Dlaczego kiedy długo czekamy na autobus, pojawiają się wreszcie trzy
naraz?
[>] Pierwszy autobus przybywający po długiej przerwie zabiera więcej
pasażerów, dając kolejnym, jadącym za nim, możliwość dogonienia go.
[?] Dlaczego przedmioty, których szukamy, są zawsze w ostatnim miejscu, które
sprawdzamy?
[>] Bo po ich znalezieniu przestajemy szukać.
W piątym rozdziale Księgi Rodzaju podany jest rodowód Abrahama obejmujący
przodków żyjących od czasów Adama. Owi przodkowie żyli po kilkaset lat. Czy
biblijny autor wyssał te liczby z palca, czy pisał w dobrej wierze?
WIELE OPISÓW biblijnych zostało zainspirowanych rzeczywistymi faktami, choć
mocno przesadzonymi - np. niebosiężna wieża Babel to babiloński zikkurat
Etemenanki, niższy o połowę od egipskich piramid i ponaddwukrotnie od Pałacu
Kultury (nie miał nawet 100 m). W przypadku patriarchów wyjaśnienie może kryć
się w przemianach cywilizacyjnych, które właśnie wówczas dokonywały się w
Mezopotamii. Przodkowie Hebrajczyków byli niepiśmiennymi koczownikami. Czas
odmierzali upływem dni i faz Księżyca. Czas postrzegano wówczas cyklicznie, a
nie liniowo - nie było daty początkowej, od której konsekwentnie odmierzano
by lata (jeszcze długo w najbardziej cywilizowanych imperiach każda zmiana
władcy oznaczała "wyzerowanie" kalendarza i rozpoczęcie nowej rachuby czasu -
"w n-tym roku panowania X"). By zaznaczyć mijające miesiące, robiono
nacięcia na kościach, kamieniach lub drewnie bądź dorzucano kamyki do garnka.
Liczmany wybitnych przodków przechowywano na pamiątkę. Zapewne więc i w
rodzie Abrahama trwała pamięć o praojcach i pokazywano: oto wiek życia
dziadka, to pradziadka, a to prapradziadka. Upowszechnienie rolnictwa w toku
rewolucji neolitycznej sprawiło, że o wiele większe znaczenie zyskał
kalendarz słoneczny, gdyż cykle roczne (zasiewów i zbiorów) stały się
podstawą funkcjonowania społeczeństw osiadłych. Rolnicy zaczęli liczyć swój
wiek w latach. Kiedy więc Hebrajczycy w II tysiącleciu p.n.e. zaczęli
spisywać swoją najstarszą tradycję rodową, sięgającą IV tysiąclecia p.n.e.,
zinterpretowali liczby przypisane poszczególnym praprzodkom jako liczbę lat.
Tymczasem patriarchowie posługiwali się jeszcze lunarną rachubą czasu. Jeśli
przeliczyć wiek patriarchów na miesiące księżycowe (być może odmierzane od
jakiegoś obrzędu inicjacyjnego, odkąd chłopiec zaczynał sobie zliczać wiek),
uzyskamy zupełnie normalne, kilkudziesięcioletnie żywoty patriarchów
(podobnie zresztą Sumerowie podawali na klinowych tabliczkach
listę "przedpotopowych" królów, których łączny czas panowania wynosił - jak
odczytali badacze - dziesiątki i setki tysięcy lat!).
Podobno we wnętrzu Słońca dzieje się właściwie to samo co w bombie wodorowej.
Jeżeli Słońce robi to samo co bomba, to dlaczego nie wybucha?
Rzeczywiście i na Słońcu, i w bombie wodorowej zachodzą podobne reakcje
jądrowe, podczas których wydzielają się olbrzymie ilości energii. Słońce umie
nad nimi zapanować dzięki temu, że natura wbudowała mu wspaniały termostat
(którego bomba oczywiście nie ma). Gdyby nie on, pierwszy wzrost temperatury
we wnętrzu Słońca spowodowałby przyspieszenie reakcji i zwiększenie tempa
wydzielania się energii. Temperatura wzrosłaby jeszcze bardziej, dzięki czemu
reakcje zaczęłyby przebiegać jeszcze szybciej. Taki samonapędzający się
proces doprowadziłby do potężnego wybuchu. Na szczęście każda próba ogrzania
Słońca kończy się... jego ochłodzeniem. Jak to możliwe? Słońce to olbrzymia
kula gazowa. Gdy ją ogrzejemy, zacznie się rozszerzać. Nie może jednak robić
tego swobodnie, ponieważ jest ściskane siłą własnej grawitacji. Aby się
rozszerzyć, musi "wydźwignąć się" we własnym polu grawitacyjnym. Do
wydźwigiwania czegokolwiek w polu grawitacyjnym potrzebna jest energia. W
przypadku Słońca jest to energia dostarczona przez ogrzanie. Po jej utracie
słoneczna materia stygnie, a reakcje jądrowe "zwalniają bieg" i do wybuchu
nie dochodzi.