galtomone
19.05.16, 13:32
... jak tu co jakis czas, niektórzy zachwalają...
www.dcrainmaker.com/2011/05/what-i-learned-about-getting-hit-by-car.html
Sytuacja:
rowerzysta, ubezpieczony (podobno niezle, przez pracodawcę) zostaje udzerzony na drodze przez auto.
Jego ubezpieczyciel zaczyna placic za leczenie, itd. i w zamysle ma calosc kosztów odzyskac od kierowcy, który spowodowal wypadek.
I tu zaczyna się maly absurd...
Po miesiącu, wspomniany ubezpieczyciel wpada na pomysl, ze w zasadzie nie powinien być czescia tej sprawy, bo przecież potracony rowerzysta ma w garażu auto z ubezpieczeniem. Zatem powinien się leczyc z własnego auto-casco i sprawę wyjasniac sobie z ubezpieczeniem auta.
Oczywiście ubezpieczyciel auta odpisal, ze po pierwsze wpłynie to na stawke ubezpieczenia, po drugie kwota ubezpieczenia w takiej sytuacji jest smiesznie niska a po trzecie to i tak nie uznaja odpowiedzialności bo auto stało w garażu.
Efekt: potrzbene (po miesiącu) dalsze leczenie i brak chętnych do placenia.
Autor pisze, ze o zwrot kosztów medycznych do sprawcy mog wystapic dopiero po zakończeniu leczenia, gdy rachunki przestaly przychodzić.
Ciekawe co by było, gdyby nie miał własnej kasy na pokrycie tego przez kilka miesięcy albo gdyby obrażenia były naprawdę poważne.
Jak widać absurdy roznego typu to nie tylko Polska czy lewacka Europa...
BTW: widać ceny niektórych usług - np. MRI - prawie $2000 :-) sporo....
Wydaje się tez, ze jak jesteś w USA biedny (nie masz ubezpieczenia) i potraci cie na psach auto a kierowca ucieknie (brak sprawcy) to w zasadzie przeje...ane.
Podbnie w sytuacji gdy nawet nie ucieknie, ale jest choc 0.01% szansy, ze ubezpieczyciel sprawcy (i jego prawnicy) będą się mieli do czego przyczepić i np. zwalic wine na wlasciciela drogi.
Zanim się wyjasni kto powinien placic to może być już ciut za pozno :-)