witam wszystkich

dawno się tu nie odzywałam, jakoś nie umiałam zebrać myśli aby opisać to co w mojej głowie, w sercu i ogólnie.
Od mojego ostatniego posta na tym forum z zeszłego roku dużo się zmieniło.
Pracuję, nadal studiuję. Nie jestem już z "tatusiem" mojego abortowanego dziecka. W końcu po 1,5 roku tej wyniszczającej mnie znajomości umiałam to przerwać. A właściwie oboje to zerwaliśmy: jemu już się znudziłam, a sama też nie zabiegałam o spotkania. Odzywa się czasami pisząc smsa albo maila. Nadal twierdzi, że mnie kocha, że chce abym z nim była (ale na moje on ma z sobą problem i zależy mu tylko na łóżku). Nawet spotkaliśmy się w lutym na kawę. Ale na pewno nie przeszłoby mi przez myśl aby z nim być. Zresztą jak pisałam wcześniej to był raczej romans niż związek. On naprawdę dużo starszy, a ja młoda i głupia dałam się wciągnąć w tę znajomość. Pewnie nigdy by tak się nie stało, gdyby nie moja sytuacja rodzinna: pojawiające się średnio co 3 miesiące, 2-tygodniowe ciągi alkoholowe moich rodziców.Brak oparcia w ojcu. Z pozoru normalna rodzina.
Byłam słaba, nie miałam odpowiedniego wsparcia, więc się stało..... ale w końcu w październiku zeszłego roku znalazła się osoba, która pomogła mi wrócić na dobry tor, z którą pierwszy raz otwarcie rozmawiałam o swojej sytuacji rodzinnej, o aborcji. To był facet 15lat starszy ode mnie, baaaardzo mi się podobał, i chodź mógł to zrobić- nie wykorzystał mnie, a nawet mi pomógł. Nasza znajomość trwała jedynie 2 miesiące. W sumie od tego momentu wszystko zaczęło się dopiero dobrze układać i prostować. Z powrotem zaczęłam wierzyć w to, że może być ok, że nie wszyscy chcą dla mnie źle, że są ludzie którzy mogą mi pomóc. A na święta dostałam od niego super prezent. Jaka to była miła niespodzianka, gdy dostaje się coś bezinteresownie

kilka miesięcy później przyszedł raz pod moją uczelnię i obserwował mnie z boku (zauważyłam go w ostatniej chwili). Pewnie sprawdzał, czy nadal studiuję

obecnie nie mamy ze sobą kontaktu.
Nie żałuję tej znajomości, bo wiele mi pomogła.
Później miałam chłopaka w swoim wieku, nie podobał mi się, ale dobrze rokował, a ja kierując się rozsądkiem wybrałam go.
W międzyczasie poszłam na niezobowiązujące spotkanie innym chłopakiem. Troszkę od niechcenia. Chłopak nie w moim typie, bez studiów, prosty, skromny, spokojny. No nie dla mnie ! Ale były spotkania, rozmowy. Aż tu strzała amora. Byłam z tamtym, a nie mogłam zapomnieć o tym ze spotkania. Oczywiście rozstałam się z tym pierwszym, bo nie można być z kimś kogo się nie kocha i robić nadzieję.
Obecnie od maja jestem z tym nie w moim typie chłopakiem ze spotkania. Kocham go bardzo, a on mnie. Ważne jest dla mnie to, że nie śpieszy mu się do seksu, bo szczerze na to ja nie jestem jeszcze gotowa. Ale nie brakuje czułości u nas w związku.
Nigdy nie przeszło by mi przez myśl, że ja będąc (kiedyś) bardzo wyniosłą osobą zwiążę się z takim facetem.
Patrząc z boku na te wszystkie wydarzenia z ostatnich dwóch lat, dzisiaj widzę że jestem całkiem inną osobą. Z osoby, która miała duże roszczenia wobec życia, która podświadomie chciała mieć tylko kasę, fajny dom, super faceta, która musiała mieć wszystko poukładane tak jak chce i nie liczyła się z tym, że często kogoś krzywdzi.... zmieniłam się w osobę, która naprawdę kocha. Nie kalkuluję z kim mi lepiej- tylko kocham i szanuję wszystkie plusy i minusy mojego faceta. Akurat na tym przykładzie najbardziej to widzę. Nie traktuję wszystkich ludzi z góry, nie osądzam ich. Jestem otwarta na kontakty z innymi.
Reasumując wszystkie wydarzenia, nasuwa mi się myśl że tak musiało być... że musiałam przejść przez takie coś aby być szczęśliwą. Że właśnie taką drogą Bóg chciał mnie poprowadzić. I że to miało sens.
Ja nie twierdzę również, że u mnie jest wszystko super, cud, miód i malina.
Często siedząc z moim ukochanym, zastanawiam się jak ja mam mu powiedzieć o tym ze dokonałam aborcji ? Ja chcę z nim być, nie chcę go okłamywać i wiem że przyjdzie taki moment iż będę musiała mu to powiedzieć, ale nie wiem jak. Lepiej wcześniej, czy później, a może wcale ? Proszę o rady jak Wy rozwiązałyście tę sytuację ?
Często myślę również o tym, że gdybym nie dokonała aborcji miałabym teraz pełną kochającą rodzinę. Na samą taką myśl pojawi mi się uśmiech na twarzy, ale zaraz maluje się smutek że tak niestety nie ma, że brakuje mi mojego małego aniołka.
Nie wiem również czy mając taką sytuację w domu o jakiej pisałam na początku, powinnam w końcu powiedzieć rodzinie że byłam w ciąży ? Pamiętam taką sytuację jak bardzo denerwowało mnie to, że mama jako pierwsza potrafiła dostrzec iż jej koleżanka z pracy jest w ciąży, a gdy ja byłam i ukrywałam się rankami, bo zbierało mi się na wymioty i zachowywałam się nieswojo nikt tego nie wdział ? Tu nasuwa mi się kolejne pytanie nie widzieli czy nie chcieli widzieć ? A może ja będąc zawsze ułożonym dzieciakiem nie dałam im powodów do takich przypuszczeń, mimo iż znikałam z domu na noce ?
Nie chodziłam do psychologa, nie byłam u spowiedzi. Moje życie jakoś się toczy, i to nawet bardzo dobrze ale skąd ja mam wiedzieć że tych przeżyć związanych z aborcją nie zakopałam gdzieś głęboko a przeżyłam je ? Jak to rozpoznać ? Nie płaczę już za moim dzieckiem, a jak już to jest to tylko naprawdę kilka kropel i to bardzo rzadko. Nie rozmyślam cały czas, ale pamiętam. Jak nieraz mam ciężki dzień, proszę mojego małego aniołka o siły dla mamusi. Czy to normalne, czy coś nie tak ze mną ?
Ja nigdy nie chodziłam do Kościoła, jak już to tylko w święta. Ale w związku z tym, że mój facet pochodzi z bardzo katolickiej rodziny od lipca zaczęłam również chodzić.
Nie z przymusu, na początku ze wstydu... ale teraz coraz chętniej idę. Wiem, że Pan Bóg mi pomaga, i dla niego idę do Kościoła.
Wierzę, że Bóg pomoże mi ogarnąć się do końca ze swoją przeszłością i stworzyć udany związek a potem rodzinę z moim ukochanym.
Na spowiedź chyba nie jestem jeszcze gotowa, chociaż bardzo bym chciała już normalnie brać udział w Komunii Świętej, bo teraz czuję się wyobcowana z Kościoła.
Na początku jak zaczęłam chodzić do Kościoła, to tylko płakać mi się chciało.... teraz jest już lepiej, a podczas kazania często jeszcze zbierają mi się łzy w oczach.
Drogie Panie napiszcie proszę, w oparciu o swoje doświadczenia i przeżycia jak Wy widzicie mój stan ? Czy ja już przeszłam przez to całe poukładanie sobie wszystkiego na nowo czy zakopałam bolące przeżycia ?
Pozdrawiam gorąco

a do dziewczyn stojących przed decyzją: wybrać aborcję czy urodzić... nie bójcie się wybrać życia ! Głowa do góry, a w razie co to ja również mogę Wam pomóc !