lll-ula
05.06.13, 16:32
Witajcie,
postanowiłam napisać do Was z prośbą o pomoc, radę, opinie (nawet skrajne).
Parę słów o mojej sytuacji. Kilka dni temu dowiedziałam się, że jestem w 6. tygodniu ciąży. Mam 28 lat, ze swoim partnerem jestem od pięciu. Nie mieszkamy razem, o zalegalizowaniu związku myśleliśmy do tej pory bardzo luźno. Od początku wiedziałam, że on nie chce dziecka, a jako że i mnie się nie spieszyło, a ze względu na problemy zdrowotne sprzed kilkunastu lat oraz PCOS nawet nie sądziłam, że to będzie możliwe, zwłaszcza bez leczenia, nie stanowiło to dla mnie problemu. Brałam tabletki, ale ze względu na pojawienie się licznych plamień odstawiłam je dosłownie dwa cykle temu. Mimo stosowania innej antykoncepcji stało się co się stało. On uważa aborcję za, cytuję, jedyne wyjście, a dla mnie… i jedna, i druga opcja są, krótko mówiąc, masakryczne. Wiem, że absurdalnie może brzmieć taka wątpliwość dorosłej kobiety, jednak czuję się tak zagubiona, że już nawet nie wiem sama, co absurdem faktycznie jest, a co nie.
Staram się patrzeć na sprawę realistycznie i nie łudzić, że partnerowi się odmieni. On ma już jedno dziecko, syna w wieku szkolnym, owoc licealnej miłości, która nie przetrwała. Wydaje mi się, że niechęć do dziecka w ogóle, w tym także tego potencjalnego dziecka teraz, wynika głównie z obawy o syna. Nie usłyszałam tego głośno, ale pomiędzy wierszami wychodzi na to, że „nowe” dziecko byłoby jego zdaniem przejawem nielojalności wobec starszego dziecka, nie mówiąc już o tym, że ograniczałoby możliwości spotykania się z synem, spędzania z nim wakacji, świąt i tak dalej. Zresztą motywacja mojego partnera nie ma tu znaczenia, bo liczy się moim zdaniem tylko to, że dla niego nie istnieje rozwiązanie pod tytułem zostajemy w ciąży, rodzimy, żyjemy i wychowujemy dziecko razem.
W takim świetle przede wszystkim martwię się o zapewnienie dziecku i sobie jakichkolwiek warunków do życia. Pracuję na „śmieciówki”, z czego do tej pory byłam zadowolona, bo po zrealizowaniu zlecenia na moim koncie pojawiała się spora suma, z której mogłam się utrzymać w czasie kolejnych tygodni, czy nawet miesięcy posuchy. Ale głodnemu dziecku przecież nie wytłumaczę, że musi poczekać, żeby pracodawca przelał mamie wynagrodzenie. Powiem więcej: ja nawet nie mam ubezpieczenia zdrowotnego. Teraz wynajmuję ze znajomymi szeregowiec, ale nie sądzę, żeby komukolwiek uśmiechało się mieszkanie z płaczącym noworodkiem pod jednym dachem. Jedynym miejscem, gdzie mogłabym zamieszkać jest mieszkanie mojej mamy. Oczywiście o ile mi na to pozwoli. Jest cudowną osobą, ale zawsze uczyła mnie, że za swoje działania musimy ponosić pełną odpowiedzialność. A dorosła córka wracająca z brzuchem pod dach mamy? To przecież… żałosne.
Tutaj dochodzimy do tego, że do tego wszystkiego boję się krzywych spojrzeń, oceniania i obgadywania za plecami – i mnie, i tego ewentualnego dziecka. Jestem z małej miejscowości, gdzie panieńskie dziecko to wciąż powód do wstydu. Czy powinnam przejmować się opiniami obcych ludzi? Pewnie nie, ale jak tylko wyobrażę sobie najpierw pogardę tych wszystkich ciotek, a później przykre konsekwencje dla dziecka… Powiedzcie mi, jak wytłumaczyć dziecku, czemu wszystkie inne dzieci w przedszkolu mają tatę? Wiem, że trzeba walczyć z małomiasteczkową podwójną moralnością, ale trochę trudno tak w pojedynkę stawić temu czoła.
Nie należę do żadnej wspólnoty wyznaniowej, więc nie mam dylematów natury etycznej. Zgadzam się z zasłyszaną kiedyś opinią, że jak nie chce się ciąży, to jest mówi się zarodek czy później płód, a kiedy się chce – już o dwóch kreskach na teście można mówić dzieciątko. Widziałam kropkę na monitorze, słyszałam bicie serca, ale to nie zmieniło mojego podejścia na bardziej emocjonalne. To, co jest podstawą moich wątpliwości, czy aborcja będzie dobrą decyzją to przede wszystkim poczucie, że gdyby mój partner powiedział, że będzie ze nami, ja nie chciałabym przerwać ciąży. Gdybym miała pewność, że nie zostanę sama, że on się przekona do mnie i dziecka, byłabym po prostu szczęśliwa, że nowy i ekscytujący, choć oczywiście pełen wyzwań etap zaczyna się w naszym życiu. A tak czuję pustkę.
Na koniec napiszę jeszcze, że zdecydowałam się na opisanie swojej historii, bo czuję, że w swoim otoczeniu nie mam wsparcia. Nikt nie wie o moim stanie ani moich wątpliwościach. Czuję wstyd i obawę, żeby z kimkolwiek się tym podzielić (wie tylko „współsprawca” ciąży, ale jego opinię już znacie), właśnie dlatego, że nie jestem dzieciakiem, więc powinnam zachowywać się bardziej odpowiedzialnie niż nastolatki przysłowiowo zaliczające wpadkę. Mam poczucie, że tylko kobiety, które znalazły się w podobnej sytuacji będą potrafiły mnie zrozumieć.
Przeglądam to, co napisałam i widzę kogoś, kto wpakował się dobrowolnie w trudny związek i teraz nie potrafi ponieść jego konsekwencji. Widzę kogoś słabego, kogoś pełnego obaw, chociaż z drugiej strony te obawy brzmią racjonalnie. Widzę tę kobietę i wcale jej nie lubię. Chciałabym jej pomóc, ale nie wiem jak. Może wy wiecie?