marjanka_boss
22.04.05, 00:12
moze to nie jest wlasciwe miejsce, zeby o tym pisac...
a moze wlasnie jest...
moze naprawde ktos sie zastanowi powaznie zanim podejmie ostateczna secyzje...
nie kazda bedzie miala tyle szczescia co ja...
dzien kiedy dowiedzialam sie ze jestem w ciazy pamietam jakby to bylo
wczoraj...
tak naprawde czulam ze cos sie zmienilo od samego poczatku...
ale test ciazowy zrobilam po jakis 3 tygodniach...
wyszedl pozytywnie...
ryczalam przez godzine... pozniej musialam jechac na uczelnie...
wiedzialam ze usune...
nie mialam wyjscia...
3 rok studiow... szanowny pan tatus na drugim koncu polski...
matka juz wczesniej zapowiedziala ze ciaza to koniec pobytu w domu...
nie wyobrazalam sobie, ze moge miec dziecko...
nie ja...
przeciez mialam takie piekne plany... takie ambicje...
nie bylo w nich miejsca na dziecko...
mimo ze wiedzilam ze chce usunac balam sie isc do lekarza...
balam sie ze powie mi to co juz od dawna wiedzialam...
ze jestem w ciazy...
caly czas ludzilam sie moze jednak to jakas pomylka...
wmawialam sobie, ze to tylko stres...
poza tym bylo cos jeszcze...
cos co mnie powstrzymywalo, o czym do konca nie wiedzialam...
dowiedzialam sie duzo pozniej...
na badanie poszlam dopiero w 12 tygodniu...
pwoecie, ze to glupota, jezeli chce sie usunac...
wiem...
ale balam sie...
lekarz powiedzial, ze ciaza jest zbyt zaawansowana, aby podjal sie zabiegu...
ale jezeli jestem zdecydowana, to sprobuje mi pomoc...
nastepnego dnia umowil mnie na wizyte ze swoim znajomym lekarzem...
poszlam...
byl gotow podjac sie zadania, mimo ze bylo tak pozno...
byl gotow... tylko do momentu przeprowadzenia badania...
nie wierze w boga takiego jakim przedstawia go kosciol...
ale wierze jest cos nad nami...
cos, czy ktos czuwajacy nad naszym losem...
i wlasnie to postanowilo uratowac moje dziecko...
kiedy teraz o tym mysle uratowalo i mnie...
lekarz po badaniu stwierdzil, ze nie moze usunac...
powiedzial ze 'macica jest jak balon a w srodku dziecko'
zabieg mogl doprowadzic do krwotoku...
a w nastepstwie... cmentarz...
powiedzial ze nie wezmie na siebie takiej odpowiedzialnosci...
przeplakalam caly dzien...
moj swiat sie zawalil...
bardzo dlugo nie moglam zaakceptowac tego stanu...
nienawidzilam siebie... ale nigdy nie dziecka...
nie czulam sie matka...
nie widzialam sie w tej roli...
tak naprawde dotarlo do mnie, ze jest we mnie nowe zycie, gdy w wakacje
bardzo zle sie poczulam...
bylam sama w domu, bylo bardzo goraco...
a ja nie wiedzialam co robic...
wtedy zaczelam rozmawiac z moim malenstwem...
przepraszac je i prosic zeby urodzilo sie zdrowe...
6 stycznia 2005 roku na swiat przyszedl moj skarb...
nigdy nie zapomne chwili, kiedy polozna polozyla go mi na piersi...
byl najpiekniejszym malenstwem jakie kiedykolwiek widzialam...
nie myslalam wtedy ze moglo go nie byc na tym swiecie...
patrzylam na niego, mialam lzy w oczach i bylam najszczesliwsza osoba na
swiecie...
KOBIETO!!!
jezeli wachasz sie, to znaczy ze nie chcesz tego zrobic...
zrozumialam to dopiero teraz...
kiedy moj krasnalek usmiecha sie do mnie...
i slodko gaworzy...
nie ma sytuacji bez wyjscia...
moi rodzice zdecydowali sie pomoc...
i kochaja malucha jak nikogo na swiecie...
zycie by za niego oddali...
a ja nie wyobrazam sobie ze moglo by go nie byc...
jest i to najpiekniejsze co moze kobiete spotkac...
byc moze nie przeszlam przez pieklo poaborcyjne...
ale przeszlam cos rownie ciezkiego...
podjelam decyzje i bylam gotowa to zrobic...
i wiem teraz ze nie potrafilabym z tym zyc...
nie chcialm nikogo zranic tym co napisalam...
nie chcialm sprawiac przykrosci...
jezeli mialoby tak byc wykasujcie post...
ale moze jakas kobieta, ktora nie wie co robic przeczyta to...
i zastanowi sie jeszcze raz czy warto...
bo NIE WARTO!!!
ten skarb wynagradza wszystkie cierpienia...
mary