"Wpadka", co tu dużo mówić...
Kiedy TO dzieje się w TEN sposób, pozbawione jest wszelkiej romantycznej
oprawy - wybaczcie...
W poniedziałek idę do ginekologa. Na razie mam "tylko" 99% pewność testową
oraz zatrzymanie miesiączki, nudności, dziwne uczucie w środku...
Studiuję, mam 20 lat i wiem, że to jeszcze nie mój czas. Jeszcze nie teraz...
Mam wspaniałych rodziców, wiem, że nigdy mnie nie odrzucą, mój Dom jest
prawdziwym ciepłym, pełnym miłości gniazdem.
Osobiście jestem przeciwna aborcji, ale bardziej jestem przeciwna temu, by
narzucać (ustawami) kobiecie, co jej wolno, a czego nie. Uważam, że nikt nie
może zmusić prawnie kobietę, albo jej prawnie tego zakazać.
Mam jednak poważne wątpliwości...
Kiedy powiedziałam chłopakowi o wyniku testu i o wszystkich objawach, on
stwierdził, że widzi tylko jedno wyjście - ABORCJĘ!...
Jakimś rozwiązaniem byłby ślub (tym bardziej, że myśleliśmy o tym już od
jakiegoś czasu i wiemy, że chcemy być razem do końca), na razie jest to
jednak niemożliwe ze względów religijnych (on jest muzułmaninem, a ja... sama
nie wiem, to bardziej skomplikowane...).
Ja sobie aborcji nie wyobrażam!
Ale z drugiej strony... przecież to dopiero początek, nawet nie wiem, czy
serduszko tego maleństwa zaczęło już bić (w jednych źródłach podane jest, że
to następuje w ok. 21 dniu od poczęcia, a w innych znowu, że jest to dopiero
w okolicach 8 tygodnia ciąży. Jak to jest?).
Chłopak powiedział mi o tabletkach, które powodują przerwanie cyklu
życiowego. On chce, żebym to zrobiła, bo nie widzi negatywnych konsekwencji.
Szczerze mówiąc, ja też nie do końca je znam.
Tabletki? Wczesnoporonne? O co w ogóle chodzi?
Kiedy serduszko zaczyna bić? Kiedy mogę mówić o małym człowieczku? Czy mogę
zastosować te tabletki w tak wczesnym stanie? Czy to moralne, etyczne,
zdrowe? W końcu jakie są ich konsekwencje...?
Proszę Was o pomoc...

Z góry za wszystko dziękuję,
kropelka