Witajcie,
Nie wiem od czego zacząć. Może od tego...Jestem młodą mamą. Miałam 22 lata jak urodziła się Ania. Byłam mężatką od miesiąca,studiuję, pracowałam. Córa była wpadką,nie planowałam jej, brałam antydepresanty,choruję na zapalenie jelit. Miałam różne myśli,jak "pozbycie" się "problemu" ułatwiło by mi życie. Nie mówić mężowi, po cichu pójść do gina... Ile by mi było oszczędzone - leżenie w szpitalu,silna depresja, zaostrzenie choroby jelit. Jednak nie zdecydowałam się i uważam to za najważniejszą i najlepszą decyzję mojego życia. Pamiętam jak ryczałam przy inkubatorze córeczki,gdy widziałam jej cierpienie i nie wyobrażamsobie życia bez niej.Nic bym nie zmieniła.
Nie jestem idealną matką... Często jestem zmęczona, szybko się irytuje, myślę jak tu się wyrwać na trochę z domu i kiedy czuję,że dłużej nie wytrzymam to przypominam sobie ten inkubator i strach, przypominam sobie jej pierwszy uśmiech i kroczek, nie ma nic piękniejszego.
Piszę to, bo byłam blisko zabicia tej kochanej istotki i czuję do siebie obrzydzenie.
Jestem ateistką/agnostykiem, ale jestem przeciwniczką aborcji,bo żyła we mnie mała istotka przez 9 miesięcy i nikt mi nie wmówi, że to tylko bezmyślny płód.
Podziwiam Was za to co robicie dla tych dziewczyn,które się wahają i nie potępiam za to, co wiele Was zrobiło. Dobrze, że jesteście i próbujecie coś zmienić. Potępiam natomiast lekarzy, którzy abortują dzieci i łamią przysięge, którą składali.I chociaż nie wierzę w Boga,to jeśli jakaś forma piekła istnieje, to oni mają tam specjalne miejsce....
Kończę psychologię i dzidzia mi w tym dzielnie pomaga
Uściski!