Dodaj do ulubionych

Ćwiczenia duchowe

16.10.04, 15:47

Oto kilka ćwiczeń, które mogą pomóc w uświadomieniu, opanowaniu i rozwiązaniu
problemów natury duchowej. Doskonalić się duchowo - to wszak obowiązek
chrześcijanina.

Na początek uzupełnijmy poniższe zdania:



1. Przesadne skupianie się na sobie. Człowiek pyszny ma przed oczyma
tylko .............., nie .............. innych. Jest sam. Ucieka przed
.............., trudno mu znaleźć się w towarzystwie. Innym ..............
skupiania się na .............. jest szumne zachowanie ..............
towarzystwie. Taki człowiek .............. mówi, .............. śmieje się,
zwraca na siebie .............., próbuje uczynić z .............. centrum
..............

2. Wyolbrzymianie bądź pomniejszanie swoich wad bądź zalet. Człowiek
pyszny skupia się bądź na .............. talentach, bądź na ..............
wadach. Potrafi opowiadać, jak .............. dokonał, jak .............. od
niego zależy, snuje piękne marzenia o .............. jako o głównym bohaterze.
W .............. opowiadaniach zaciera granice między prawdą a fikcją, bajką a
..............

3. Dopasowywanie świata do siebie. Na tym stopniu pychy człowiek myśli,
że jest .............. punktem odniesienia. Cały świat dopasowuje do siebie.
Wciąż jest niezadowolony, .............. poprawia, .............. doradza. On
wie .............. najlepiej. Uważa, że .............. samowystarczalny i daje
to .............. innym. Jest niezdolny do .............. w klasie, we
wspólnocie, w .............. przyjaciół.

4. Lekceważenie Boga, siebie i ludzi. Z nikim się .............. liczy.
Uważa, że .............. najważniejszy. Nie .............. kochać. To
.............. człowiek. Walczy z .............., bo chce Mu dorównać. Walczy
z innymi, brak mu cierpliwości, uprzejmości, .............., zazdrości
.............., .............. przebacza, .............. zaufać. Łatwo oskarża
.............., a usprawiedliwia ..............



I przysłowie na dzisiaj:
Dobrze zrozumiana nauka chroni człowieka przed pychą, gdyż ukazuje mu jej
granice (Albert Schweizer)
Obserwuj wątek
    • habitus Opowiadanie o płocie 16.10.04, 16:12
      Drewniany płot

      Marek nie miał łatwego charakteru.

      Jego ojciec dał mu pewnego dnia worek gwoździ i kazał wbijać w okalający
      ogród płot - każdy brak cierpliwości, każdą kłótnię miał dokumentować jeden
      gwóźdź w płocie.

      Pierwszego dnia wbił ich 37. W następnych tygodniach nauczył się panować
      nad sobą i liczba wbijanych gwoździ malała z dnia na dzień: odkrył, że łatwiej
      jest panować nad sobą niż wbijać gwoździe.

      Wreszcie nadszedł dzień, w którym nie wbił ani jednego. Poszedł więc do
      ojca i powiedział mu to. Wtedy ojciec kazał mu wyciągać z płotu jeden gwóźdź
      każdego dnia, w którym nie straci cierpliwości i nie pokłóci się z nikim.

      Mijały dni i w końcu Marek mógł powiedzieć: - Wyciągnąłem z płotu wszystkie
      gwoździe.

      Wtedy ojciec zaprowadził go przed płot i rzekł:

      - Spójrz ile w płocie jest dziur. Płot nigdy już nie będzie taki, jak
      dawniej. Kiedy się z kimś kłócisz, kiedy kogokolwiek i w jakikolwiek sposób
      obrażasz zostawiasz w nim ranę. Możesz wbić człowiekowi nóż, a potem go
      wyciągnąć, ale rana pozostanie. Nieważne, ile razy będziesz przepraszał, rana
      pozostanie; rana zadana słowem boli tak samo, jak rana fizyczna. Mów więc
      ludziom miłe rzeczy, uśmiechaj się zamiast martwić i denerwować, nie narzekaj,
      nie patrz na wroga wilkiem, a jeśli to możliwe postaraj się zrobić coś, co
      wywoła choć niewielki uśmiech na jego twarzy. Wiem, to nie jest łatwe, ale nikt
      nie mówi, że życie jest usłane różami i nie wymaga od nas żadnego wysiłku.
      • wolny_wilk Re: Opowiadanie o płocie 17.10.04, 13:57
        habitus napisała:

        > - Spójrz ile w płocie jest dziur. Płot nigdy już nie będzie taki, jak
        > dawniej.

        Z tym, że jest jedno ale - płot można wymienić. Tak jak przyjaciół.
        • ralston Re: Opowiadanie o płocie 17.10.04, 14:55
          wolny_wilk napisał:

          > habitus napisała:
          >
          > > - Spójrz ile w płocie jest dziur. Płot nigdy już nie będzie taki, jak
          > > dawniej.
          >
          > Z tym, że jest jedno ale - płot można wymienić. Tak jak przyjaciół.

          O ile Ci nie przeszkadza, że gdzieś pozostali podziurawieni dawni przyjaciele,
          to owszem.
          • wolny_wilk Re: Opowiadanie o płocie 19.10.04, 16:03
            ralston napisał:

            > O ile Ci nie przeszkadza, że gdzieś pozostali podziurawieni dawni przyjaciele,
            > to owszem.

            C’est la vie.
            Życie i tak prędzej czy później dałoby im po czterech literach. Więc równie
            dobrze mogę zrobić to i ja.
            • ralston Re: Opowiadanie o płocie 19.10.04, 19:08
              Nie zgrywaj się na cynika :)
              • wolny_wilk Re: Opowiadanie o płocie 19.10.04, 19:14
                ralston napisał:

                > Nie zgrywaj się na cynika :)

                Jedni zbierają rybki, inni hodują znaczki, a ja mam takie hobby. Dobre jak
                każde inne. :)
                • aanneett Re: Opowiadanie o płocie 20.10.04, 00:02
                  wolny_wilk napisał:

                  >
                  > Jedni zbierają rybki, inni hodują znaczki, a ja mam takie hobby. Dobre jak
                  > każde inne. :)


                  ... kolekcjonujesz dziury w płocie? dziura, to pustka ...
                  _______________________________________________________
                  * "jest czas by widzieć między chwilami,
                  to, czego nie ma, a jest... "
                  • wolny_wilk Re: Opowiadanie o płocie 20.10.04, 17:21
                    aanneett napisała:

                    > ... kolekcjonujesz dziury w płocie? dziura, to pustka ...

                    Dziura pozwala na spojrzenie na drugą stronę, na poszerzenie horyzontów.
                    • all2 Re: Opowiadanie o płocie 20.10.04, 19:17
                      czyli robienie koronek?
                      fajne, ale nie grzeją...
                    • aanneett Re: Opowiadanie o płocie 20.10.04, 23:37
                      wolny_wilk napisał:

                      > Dziura pozwala na spojrzenie na drugą stronę, na poszerzenie horyzontów.

                      ...wilku, pustka, to czarna dziura, nie pozwala na poszerzenie horyzontów, a
                      wsysa człowieka ...

                      _______________________________________________________
                      * "jest czas by widzieć między chwilami,
                      to, czego nie ma, a jest... "
                      • wolny_wilk Re: Opowiadanie o płocie 21.10.04, 18:03
                        aanneett napisała:

                        > ...wilku, pustka, to czarna dziura, nie pozwala na poszerzenie horyzontów, a
                        > wsysa człowieka ...

                        Ale każda taka wywiercona w człowieku dziura wzmacnia go. Lub zabija. A to
                        ostatnie oznacza, że nie jest wystarczająco silny, aby reprezentować siebie w
                        puli genów ludzkości. Czysta ewolucja. Life is brutal.
                        • habitus Re: Opowiadanie o płocie 21.10.04, 22:30
                          wolny_wilk napisał:


                          > Ale każda taka wywiercona w człowieku dziura wzmacnia go. Lub zabija. A to
                          > ostatnie oznacza, że nie jest wystarczająco silny, aby reprezentować siebie w
                          > puli genów ludzkości. Czysta ewolucja. Life is brutal.

                          and full of dziuras :))
                        • aanneett Re: Opowiadanie o płocie 21.10.04, 23:55
                          wolny_wilk napisał:

                          >
                          > Ale każda taka wywiercona w człowieku dziura wzmacnia go. Lub zabija. A to
                          > ostatnie oznacza, że nie jest wystarczająco silny, aby reprezentować siebie w
                          > puli genów ludzkości. Czysta ewolucja. Life is brutal.

                          ... to nie życie jest okrutne, a ludzie. ja wciąż wierzę w wyższość człowieka
                          nad zwierzęciem i w to, że nie musi on wyznawać prawa dzungli

                          _______________________________________________________
                          * "jest czas by widzieć między chwilami,
                          to, czego nie ma, a jest... "
                          • wolny_wilk Re: Opowiadanie o płocie 23.10.04, 13:42
                            aanneett napisała:

                            > ... to nie życie jest okrutne, a ludzie. ja wciąż wierzę w wyższość człowieka
                            > nad zwierzęciem i w to, że nie musi on wyznawać prawa dzungli

                            Zależy, co rozumiesz przez wyższość człowieka nad innymi zwierzętami. Może to,
                            że człowiek potrafi zadawać innym ból dla swojej własnej czystej przyjemności?
                            Człowiek jest błędem ewolucji. Ale, miejmy nadzieję, Natura jak zwykle ze
                            swoimi wpadkami sobie poradzi.
    • habitus Ćwiczenia duchowe - uznanie dla innych 16.10.04, 16:20
      Jak ważne są: akceptacja, życzliwość i wsparcie?
      Bardzo ważne...

      List

      ...Uczyłam wówczas w szkole Świętej Marii w Morris w Minnesocie. Był
      uczniem trzeciej klasy, kiedy prowadziłam z nimi zajęcia. Oczywiście drodzy byli
      mi wszyscy wychowankowie, lecz Mark Eklund był jedyny w swoim rodzaju. Miał
      strasznie miłą powierzchowność i taką radość życia w sobie, że nawet jeśli coś
      zbroił, co sporadycznie mu się zdarzało, miało to swoisty urok.

      Markowi nie zamykała się buzia. Przypominałam mu od czasu do czasu, że
      rozmawianie bez pozwolenia jest niedozwolone. Za każdym razem, kiedy musiałam go
      upomnieć, ogromne wrażenie robiła na mnie jego szczera odpowiedź: "Dziękuję,
      siostro!" Na początku nie wiedziałam, co zrobić z tym fantem, lecz niebawem
      przywykłam do wysłuchiwania jego podziękowań kilkadziesiąt razy dziennie.

      Pewnego dnia Mark odezwał się o raz za dużo. Moja cierpliwość się
      wyczerpała. Popełniłam wówczas błąd, który często zdarza się młodym
      niedoświadczonym nauczycielom. Spojrzałam na niego surowo i rzekłam:

      - Jeśli powiesz jeszcze jedno słowo, zakleję ci usta!

      Nie upłynęło nawet dziesięć sekund, gdy Chuck ryknął ze swojej ławki:

      - A Mark znów gada!

      Oczywiście nie prosiłam uczniów, by pomogli mi przypilnować Marka, skoro
      jednak przed całą klasą obiecałam wymierzyć mu karę, musiałam być konsekwentna.

      Dobrze pamiętam, co zaszło potem. Podeszłam do biurka, powoli otworzyłam
      szufladę i wyjęłam z niej rolkę taśmy samoprzylepnej. Bez słowa zbliżyłam się do
      Marka, oderwałam dwa kawałki taśmy i zakleiłam mu usta na krzyż.

      Wróciłam na środek sali. Kiedy zerknęłam na Marka, by sprawdzić, jak sobie
      radzi, mrugnął do mnie. No i stało się! Wybuchnęłam śmiechem. Wśród radosnych
      okrzyków całej klasy, podeszłam do niego i rozkleiłam go. Wzruszyłam ramionami.

      - Dziękuję, siostro! - brzmiały jego pierwsze słowa.

      Pod koniec roku poproszono mnie, bym wykładała matematykę w wyższych
      klasach. Czas biegł szybko i nim się obejrzałam, znowu uczyłam Marka. Był
      jeszcze bardziej przystojny i wciąż tak samo uprzejmy, ponieważ zaś musiał
      uważnie przysłuchiwać się moim wykładom, nie rozmawiał już tak wiele.

      To był piątek. Nic się jakoś nie układało. Dziewiąta klasa rozgryzała
      pewien matematyczny problem już od tygodnia i widziałam, że uczniowie zaczynają
      wściekać się na samych siebie i drażnić nawzajem. Trzeba było zaradzić
      niezdrowej atmosferze, zanim wymknie się spod kontroli. Poprosiłam więc, by
      każdy sporządził listę uczniów w klasie, zostawiając między nazwiskami wolne
      miejsca. Potem kazałam im zastanowić się, co najbardziej podoba się im w ich
      kolegach i koleżankach, i zapisać to.

      Zadanie pochłonęło resztę lekcji. Wychodząc z klasy, każdy uczeń wręczył mi
      swoją listę. Chuck się uśmiechnął. Mark powiedział:

      - Dziękuję za naukę, siostro. Życzę przyjemnego weekendu.

      W sobotę przejrzałam ich prace. Nazwisko każdego ucznia wypisałam na
      osobnej kartce papieru i przepisałam wszystko, co powiedzieli na jego temat
      koledzy. W poniedziałek rozdałam każdemu jego listę. Niektóre z nich miały aż
      dwie strony! Już wkrótce na wszystkich twarzach zagościł uśmiech.

      - Naprawdę? - dobiegały mnie ich szepty. - Nie myślałem, że to ma w ogóle
      znaczenie! - Nie sądziłam, że inni aż tak mnie lubią!

      Potem nikt więcej nie wspominał o tych listach. Nie wiedziałam, czy
      rozmawiali na ich temat po zajęciach albo pokazywali je rodzicom. Nie o to
      przecież chodziło, najważniejsze, że zabawa spełniła swoje zadanie - uczniowie
      byli znowu zadowoleni z siebie i ze swego towarzystwa.

      Kiedy kilka lat później wracałam z urlopu, z lotniska odebrali mnie
      rodzice. W drodze mama zasypywała mnie zwyczajowymi pytaniami dotyczącymi
      podróży: jaką miałam pogodę, co widziałam, jak mi się ogólnie podobało. W końcu
      zaległa cisza. Mama kątem oka spojrzała na tatę i powiedziała po prostu:
      "Kochanie?" Ojciec odchrząknął.

      - Dzwonili wczoraj Eklundowie - zaczął.

      - Naprawdę? - wykrzyknęłam. - Nie widziałam ich od lat. Jak miewa się Mark?

      - Mark zginął w Wietnamie - odparł cicho tato. -Jutro jest pogrzeb, a jego
      rodzice byliby zobowiązani, gdybyś zechciała wziąć w nim udział.

      Do dziś pamiętam dokładnie miejsce na trasie I-494, w którym ojciec
      powiedział mi o śmierci Marka. Nigdy przedtem nie widziałam żołnierza w trumnie.
      Mark wyglądał tak dostojnie, tak dojrzale...

      Myślałam wtedy tylko jedno: Mark, oddałabym całą taśmę samoprzylepną
      świata, byleś mógł do mnie przemówić...

      Kościół był wypełniony po brzegi jego przyjaciółmi, siostra Chucka śpiewała
      "The Battle Hymn of the Republic"... Dlaczego jeszcze musiało akurat tego dnia
      padać? I tak było nieznośnie ciężko na cmentarzu. Pastor odmówił zwykłe
      modlitwy, trębacz odegrał capstrzyk. Ci, którzy kochali Marka, po raz ostatni
      zbliżali się do trumny, by skropić ją święconą wodą.

      Błogosławiłam ją ostatnia. Gdy przystanęłam na chwilę, podszedł do mnie
      żołnierz, który niósł kir. - Czy to pani uczyła Marka matematyki? - spytał.
      Skinęłam głową, wpatrzona wciąż w dębowe wieko. - Mark wiele o pani mówił - dodał.

      Po pogrzebie większość szkolnych kolegów i koleżanek Marka udała się do
      domu Chucka na skromny posiłek. Rodzice Marka byli tam również. Najwyraźniej
      czekali na mnie.

      - Chcielibyśmy coś pani pokazać - odezwał się jego ojciec, wyjmując z
      kieszeni portfel. -Znaleziono to przy Marku, gdy zginął. Z pewnością rozpozna to
      pani.

      Ostrożnie wydobył z portfela dwa zniszczone skrawki papieru. Musiały być
      już wielokrotnie sklejane, bez przerwy składane i rozkładane. Nie potrzebowałam
      brać ich do ręki, by zgadnąć, że to owa lista, na której umieściłam wszystkie
      dobre rzeczy, jakie wypisali o Marku jego koledzy.

      - Tak bardzo jesteśmy pani za to wdzięczni - przemówiła jego matka. - Sama
      pani widzi, jaką wagę Mark do tego przywiązywał...

      Wokół zgromadzili się jego szkolni przyjaciele. Chuck uśmiechnął się
      zakłopotany. - Ja też mam nadal moją listę - przyznał. - Leży w górnej
      szufladzie biurka.

      - John chciał, abym umieściła jego listę w naszym albumie ślubnym -
      oświadczyła wybranka Johna. - Ja też ciągle przechowuję swoją - wtrąciła
      Marilyn. - Jest w moim pamiętniku.

      Vicky sięgnęła do torebki, wyjęła portmonetkę, a z niej wymiętoszoną i
      postrzępioną kartkę papieru. Pokazała ją zebranym.

      - Noszę ją zawsze przy sobie - rzekła, nie mrugnąwszy nawet okiem. - Sądzę,
      że wszyscy zachowaliśmy nasze listy.

      To wtedy właśnie rozpłakałam się. Usiadłam i rozpłakałam się. Płakałam z
      żalu po Marku, z żalu dla wszystkich jego przyjaciół, którzy już nigdy więcej go
      nie zobaczą...

      Helen P. Mrosia
    • habitus Ćwiczenia duchowe - powiedz to 16.10.04, 16:37
      Powiedz to pierwszy

      On był mężczyzną potężnym, o donośnym głosie i szorstkim sposobie bycie.
      Zaś ona - kobieta łagodną i delikatną. Pobrali się. On dbał, by niczego jej nie
      brakowało, a ona zajmowała się domem i dziećmi. Później dzieci dorosły,
      pozakładały własne rodziny i odeszły. Historia, jakich wiele.

      Lecz kiedy wszystkie dzieci były już urządzone, kobieta straciła swój zwykły
      uśmiech, stawała się coraz bardziej wątła i blada. Nie mogła już jeść i w
      krótkim czasie przestała podnosić się z łóżka.

      Zmartwiony mąż umieścił ją w szpitalu.

      Lecz chociaż u jej wezgłowia zbierali się najlepsi lekarze i specjaliści,
      żadnemu z nich nie udało się określić, na co zachorowała kobieta. Potrząsali
      tylko głowami.

      Ostatni lekarz poprosił na stronę męża i rzekł:

      - Ośmieliłbym się powiedzieć, że po prostu... pańska żona nie chce już dłużej żyć...

      Mężczyzna w milczeniu usiadł przy łóżku żony i ujął ją za rękę. Była to mała,
      drobna rączka, która zupełnie ginęła w potężnej dłoni mężczyzny. Potem rzekł
      zdecydowanie swym donośnym głosem:

      - Ty nie umrzesz!

      - Dlaczego? - zapytała kobieta lekko wzdychając.

      - Ponieważ ja cię potrzebuję!

      - To dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałeś?

      Od tej chwili stan zdrowia kobiety zaczął się szybko poprawiać. Dzisiaj czuję
      się doskonale. A lekarze i znani specjaliści nadal zadają sobie pytanie, jaka
      choroba ją dotknęła i cóż za wspaniałe lekarstwo uzdrowiło ją w tak krótkim czasie.


      Nigdy nie czekaj do jutra, by powiedzieć komuś, że go kochasz. Uczyć to dzisiaj.
      Nie myśl: "Moja mama, moje dzieci, moja żona lub mąż doskonale o tym wiedzą".
      Miłość to życie. Istnieje kraina umarłych i kraina żywych. Tym, co je różni,
      jest miłość.

      Bruno Ferrero
    • habitus Ćwiczenia duchowe-hasło na niedzielę 16.10.04, 23:49
      Nie wystarczy dużo wiedzieć żeby być mądrym.
      /Heraklit/
      • ralston Re: Ćwiczenia duchowe-hasło na niedzielę 17.10.04, 10:19
        Moja babcia skończyła zaledwie kilka klas podstawówki a jest bardzo mądrą
        kobietą. Lubię jej słuchać. Bardzo.
        • bogo2 Re: Ćwiczenia duchowe-hasło na niedzielę 17.10.04, 11:33
          ralston napisał:

          > Moja babcia skończyła zaledwie kilka klas podstawówki a jest bardzo mądrą
          > kobietą. Lubię jej słuchać. Bardzo.

          To dlatego , ze wiedza moze - ale nie musi - byc czescia madrosci. Madrosc -
          to wiem , ze nic nie wiem.
    • habitus Ćwiczenia duchowe 17.10.04, 19:04

      Przyjęcie w zamku

      Głos kasztelańskiego herolda, który odczytywał na placu obwieszczenie,
      obudził wieś położoną u podnóża zamku.

      "Nasz umiłowany pan zaprasza wszystkich swoich dobrych i wiernych poddanych do
      udziału w przyjęciu, wydanym z okazji swoich urodzin. Każdy otrzyma miłą
      niespodziankę. Pan prosi jednak wszystkich o małą przysługę: osoby, które wezmą
      udział w przyjęciu, niech przyniosą ze sobą trochę wody, aby uzupełnić kończące
      się rezerwy zamkowe..."

      Herold powtórzył kilkakrotnie to obwieszczenie, potem odwrócił się i pod eskortą
      powrócił do zamku. We wsi w przeróżny sposób komentowano zaproszenie.

      - Oh! To zawsze tan sam tyran! Ma wystarczająco wielu służących, by uzupełnić
      zbiornik... Ja zaniosę szklankę wody i to wystarczy!

      - Ależ nie! Był zawsze dobry i szczodry! Ja przyniosę baryłkę!

      - A ja... naparstek wody!

      - Ja beczkę!

      Rano, w dniu przyjęcia, można było zobaczyć dziwny orszak zdążający do zamku.
      Niektórzy pchali wysiłkiem potężne beczki lub nieśli, sapiąc, wielkie wiadra
      pełne wody. Inni, wyśmiewając się z współtowarzyszy drogi, nieśli małe karafki
      albo szklanki na tacy. Orszak ten wszedł na podwórzec zamkowy. Każdy opróżniał
      swój pojemnik w dużym basenie, ustawiał go w kącie i podążał do sali bankietowej.

      Pieczyste dania i napoje, tańce i śpiewy przeplatały się bez przerwy. Wreszcie
      pod wieczór pan zamku podziękował wszystkim w uprzejmych słowach na przybycie i
      powrócił do swych apartamentów.

      - A przyrzeczona niespodzianka? - szemrali niektórzy niezadowoleni i rozczarowani.

      Innych przepełniała radość:

      - Nasz pan zorganizował dla nas wspaniałą uroczystość! - mówili.

      Każdy przed powrotem do domu udał się po swój pojemnik. Dał się słyszeć krzyki,
      które gwałtownie się nasilały. Były to okrzyki radości i złości.

      Pojemniki zostały napełnione aż po brzegi złotymi monetami!

      "Ach! Gdybym przyniósł więcej wody..."


      Dawajcie, a będzie wam dane: miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą
      wsypią w zanadrze wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie (Łk
      6,38).
      • saunne Re: Ćwiczenia duchowe 17.10.04, 20:10
        Dziękuję Ula za ten wątek.
        • habitus Re: Ćwiczenia duchowe 17.10.04, 21:07
          saunne napisała:

          > Dziękuję za ten wątek.
          A, takie tam, rekolekcje... Tak mnie jakoś naszło. :)
          • ralston Re: Ćwiczenia duchowe 17.10.04, 21:38
            Wszelako nic przeciwko kontynuacji nie mamy. Że tak oględnie i w swoim imieniu
            powiem :)
    • habitus Bajka na dobranoc 17.10.04, 21:33
      Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami żyła królewna,
      jedyna następczyni tronu, która była taka zła jak piękna. A była bardzo piękna.
      Nie było dnia, żeby komuś jakiejś krzywdy nie wyrządziła. Była nieznośna dla
      swojego otoczenia, nieposłuszna wobec swoich rodziców, dokuczała ludziom
      pracującym w pałacu. Od samego rana, od przebudzenia się dokuczała dziewczętom
      pokojowym, które pomagały jej się ubierać. Przy śniadaniu grymasiła, nie chciała
      jeść, przeciągała posiłek w nieskończoność. Była arogancka dla nauczycieli,
      którzy przychodzili, by ją uczyć. Przy obiedzie dochodziło często do awantur.
      Potrafiła rzucać talerzami, wywrócić wazę z zupą, wytrącić usługującym tacę z
      posiłkiem a nawet ściągnąć obrus ze stołu, wraz z zastawą. Po południu nie
      chciało się jej odrabiać lekcji. Wobec gości, którzy przychodzili z wizytą do
      jej rodziców, zachowywała się nieuprzejmie, czasem wręcz bezczelnie. Nie miała
      żadnych przyjaciół. Wszyscy bali się jej złości. Jedno co naprawdę kochała, to
      były kwiaty. Godzinami potrafiła siedzieć w ogrodzie, doglądała robotników
      pracujących tam, pielęgnowała kwiaty, własnymi rękoma plewiła grządki i
      przycinała gałązki, okopywała. Niektórzy mówili, że nawet rozmawia z kwiatami.

      Razu pewnego przyjechał w odwiedziny król z sąsiedniego królestwa wraz z
      małżonką i swoim synem. Królewna, aby dokuczyć rodzicom, zapowiedziała, że nie
      przyjdzie na przyjęcie i faktycznie nie przyszła. Niespodziewanie tylko wpadła
      na moment do sali, gdzie ucztowano. Wszyscy zamarli ze strachu. Zrobiła się
      cisza. Nawet orkiestra przestała grać. Ale na szczęście nie doszło do żadnej
      awantury. Bez jednego słowa przeszła przez salę i znikła. Wszyscy odetchnęli z
      ulgą. Wtedy właśnie królewicz zobaczył ją i od pierwszego wejrzenia zakochał się
      w niej. Po powrocie do domu oświadczył swoim rodzicom:

      - Chcę królewnę pojąć za żonę.

      - Po pierwsze nie wiadomo, czy ona zechce, żebyś ty był jej mężem. A po
      drugie, czy ty wiesz, jaka ona jest?

      I wtedy opowiedzieli mu całą prawdę o niej.

      Królewicz bardzo się zmartwił tym wszystkim, co usłyszał. Myślał, jak pomóc
      królewnie. Po jakimś czasie przyszedł do rodziców i oświadczył:

      - Chciałbym pojechać do pałacu królewny.

      Popatrzyli na niego nic nie rozumiejąc. Po chwili spytał ojciec:

      - Możesz nam powiedzieć, po co?

      - Chcę, by się zmieniła. Spróbuję jej w tym pomóc.

      - Jak to sobie wyobrażasz?

      - Dokładnie jeszcze nie wiem, jak to zrobię, ale spróbuję. Przedstawił im
      swój plan:

      - Pojadę tam w przebraniu i zgłoszę się do pracy jako ogrodnik, bo ona
      podobno często przebywa w ogrodzie. To wszystko. Co dalej, nie wiem. Okaże się
      na miejscu. Może życie podsunie inne rozwiązanie.

      Rodzice z ciężkim sercem zgodzili się na jego propozycję, ale nie wierzyli,
      żeby ta wyprawa mogła zakończyć się powodzeniem.

      Królewicz, tak jak to wszystko przedstawił rodzicom, tak i wykonał.
      Przebrał się w ubogie szaty robotnika i udał się w daleką drogę. Wśród rzeczy,
      które wziął ze sobą, był jego ukochany kwiat. Nie rozstawał się z nim nigdy. I w
      tej drodze, choć nie było mu to wygodne, chciał mieć go przy sobie.

      Gdy przybył do pałacu królewny, przyszedł do ogrodu. Ogród był wielki,
      bogaty w drzewa, krzewy, warzywa, kwiaty, położony w pagórkowatym terenie,
      obejmował sadzawki, stawy, rzekę. Królewicz odnalazł ogrodnika i zwrócił się do
      niego z prośbą, aby ten przyjął go do pomocy. Ogrodnik był stary i nieżyczliwy.
      Popatrzył na królewicza krytycznie, wysłuchał prośby, mruknął:

      - My nie potrzebujemy nowych pomocników. Mamy dość swoich.

      Królewicz nie ustępował. Powiedział:

      - Faktycznie niewiele umiem, ale chcę się nauczyć tego rzemiosła. Dlatego
      nie chcę żadnego wynagrodzenia. Jeżeli mi tylko dasz kąt do mieszkania i
      jedzenie, to mi wystarczy.

      Ogrodnik obrzucił go niechętnym wzrokiem, ale w końcu przystał na prośbę.

      - No to dobrze - powiedział z ociąganiem się - ale wiedz o tym, że praca
      tutaj jest bardzo ciężka.

      Przeznaczył mu na mieszkanie stary składzik i królewicz rozpoczął pracę w
      ogrodzie.

      Płynęły dni. Królewna przychodziła codziennie do ogrodu. Widział ją czasem.
      Jej jasna sukienka pojawiała się w dali na tle ciemnej zieleni, by znowu
      zniknąć. Bywało, że widział ją dłuższą chwilę, ale zawsze z daleka. Zaledwie
      parę razy zdarzyło się, że była tak blisko, iż słyszał jej głos. Ale wciąż nie
      spotkał się z nią.

      Aż po jakimś czasie, gdy razu pewnego pracował zgięty, plewiąc grzędę,
      usłyszał nagle tuż nad swoją glową jej glos. W pierwszej chwili myślał, że ona
      coś do niego mówi, tymczasem królewna poprawiając rosnący kwiat, zaczęła do
      niego przemawiać i to najpiękniejszymi słowami, jakie kiedykolwiek słyszał
      królewicz. Nagle przerwała. Poczuł, że go ujrzała. Z gniewem wykrzyknęła:

      - Ktoś ty za jeden? Co ty tu robisz? Podniósł się. Pokłonił. Bał się, czy
      go nie rozpozna, ale nie doszło do tego. Odpowiedział więc spokojnie na
      postawione pytanie:

      - Jestem pomocnikiem ogrodnika.

      - Nie znam cię. Jeszcze cię nigdy tutaj nie widziałam.

      - Pracuję od niedawna - wyjaśnił.

      Widział, jak była wściekła. Najwyraźniej dlatego, że ją słyszał
      rozmawiającą z kwiatami. Nagle rzuciła wzrokiem na kępę opodal rosnących pokrzyw:

      - Zerwij mi je - rozkazała.

      - Zaraz przyniosę rękawice i nożyce - powiedział i skierował się w stronę
      swojego mieszkania.

      - Nie potrzeba ci rękawic - odparła szorstko. - Zrywaj natychmiast, gołymi
      rękami. - Królewicz zawahał się. Ale to trwało tylko moment. Podszedł do kępy
      pokrzyw i zaczął je zrywać. Pokrzywy były wyrośnięte, o twardych łodygach. Ręce
      paliły go, jakby je wsadził do wrzącej wody. Ale rwał uparcie. Gdy narwał całą
      naręcz pokrzyw, spytał:

      - Wystarczy?

      - Wystarczy.

      - Co mam z nimi zrobić?

      - Możesz je wyrzucić - odpowiedziała i odeszła. Pobiegł do swojego domku i
      długo moczył dłonie w zimnej wodzie, żeby przynieść sobie ulgę. Ale na niewiele
      to się przydało. W nocy prawie nie spał.

      Na drugi dzień królewna przyszła znowu. Tym razem ona go szukała.

      Znalazła, gdy był zajęty przy plewieniu swojej grządki. Kazała mu pokazać
      ręce. Wciąż jeszcze były całe w bąblach.

      - Pieką cię?

      - Trochę.

      - To żeby cię tak nie piekły - powiedziała złośliwie - idź i narwij mi
      lilii wodnych.

      - Dobrze, tylko przyprowadzę łódź i zaraz wrócę.

      - Nie potrzeba łódki. Wejdź do stawu.

      Był chłodny i pochmurny dzień. Woda była zimna. Lilie miały silne łodygi,
      ciągnące się bez końca. Nie bardzo umiał sobie z nimi poradzić. Zanim narwał
      pełną naręcz, upłynęło trochę czasu. Wreszcie wyszedł ze stawu cały mokry i
      przemarznięty.

      - Co mam z nimi zrobić? - spytał.

      - Możesz je wyrzucić na śmietnik - powiedziała i odeszła. Pobiegł do
      swojego domku, bo drżał z zimna. Przebrał się w suche ubranie. Ale pod wieczór
      źle się poczuł. Pojawił się kaszel. W nocy nie mógł spać. Czuł rosnącą gorączkę.

      Następnego dnia nie poszedł do pracy. Został w swoim składziku w łóżku.
      Tymczasem królewna przyszła znowu do ogrodu, ale nigdzie nie mogła znaleźć
      królewicza. Spytała o niego ogrodnika:

      - Gdzie jest ten nowy twój pomocnik?

      - Leży przeziębiony w swojej izdebce - odpowiedział ogrodnik.

      - Gdzie to jest?

      Ogrodnik zaprowadził ją tam. Zobaczyła go leżącego w łóżku z rozpaloną głową.

      - Co to ma znaczyć to wylegiwanie się w łóżku?

      - Przeziębiłem się i mam gorączkę.

      Zaczęła krzyczeć na niego, że przez byle jakie przeziębienie nie przychodzi
      do pracy. Nagle ujrzała kwiat stojący w donicy na stole. Miał niezwykle pięknie
      powycinane liście, które otaczały stulony, duży pąk kwiatu.

      - Co to za kwiat? - spytała.

      - Przyniosłem go ze swojego domu.

      - Ja wszystkie kwiaty znam, ale takiego jeszcz
      • habitus Re: Bajka na dobranoc 17.10.04, 21:34


        - Ja wszystkie kwiaty znam, ale takiego jeszcze nigdy nie widziałam.

        - To jest kwiat, który rozkwita w nocy, ale tylko przy człowieku, który
        jest dobry.

        - Co ty za bzdury opowiadasz! - wykrzyknęła. - Masz chyba wysoką gorączkę.

        - Nie. Mówię prawdę. To jest taki cudowny kwiat, który kwitnie tylko przy
        dobrym człowieku - powtórzył.

        - Jeżeli nie masz gorączki, to znaczy, że jesteś głupi, wierząc w takie
        rzeczy. Takiego kwiatu nigdzie nie ma na świecie.

        - Otrzymałem go od pustelnika, który przez parę lat pomagał rodzicom moim w
        wychowywaniu mnie. Kiedy pustelnik odchodził od nas, przyniósł mi ten kwiat i
        powiedział:

        - To jest taki tajemniczy kwiat, który kwitnie nocą. Ale kwitnie tylko przy
        człowieku, który jest dobry. Jeżeli wieczorem będziesz przy nim, a on
        rozkwitnie, to znaczy, że w ciągu ubiegłego dnia byłeś dobry, a jeżeli nie
        rozkwitnie, to znaczy, że byłeś zły.

        Namyślała się, co odpowiedzieć. Po chwili zadecydowała:

        - Dobrze. Sama się o tym przekonam. Biorę go.

        Nie pytając o pozwolenie porwała kwiat i poszła do pałacu. Zaniosła do
        swojego pokoju, postawiła na stole. Była bardzo ciekawa, ile w tym prawdy, co
        ten chłopiec mówił. Nie mogła się doczekać wieczoru. Gdy wreszcie słońce zaszło,
        zrobiło się ciemno, zapadła noc, królewna usiadła przy kwiecie i patrzyła w jego
        pąk. Nadeszła północ, zegar powoli wybił dwanaście uderzeń, ale stulony kwiat
        nawet nie drgnął. I wtedy zrozumiała, że chłopiec zakpił z niej. Ze złości, że
        dała się oszukać prostemu chłopcu, ze złości, że on, prosty chłopiec, śmiał
        oszukać ją, królewnę, nie spała całą noc. Skoro świt pobiegła do młodego
        ogrodnika i zrobiła mu straszną awanturę.

        - Jak śmiałeś tak zakpić ze mnie?

        - Naprawdę nie miałem takiego zamiaru. To, co powiedziałem, jest prawdą.

        - Milcz. Nie chcę cię wcale słuchać. Ale pamiętaj, nie życzę sobie, żebyś
        tutaj dalej przebywał. Wynoś się stąd i z mojego ogrodu. Nie chcę, żebyś tu
        pracował.

        - Dobrze. Mogę stąd odejść, jak tylko wyzdrowieję, ale pozwól sobie
        powiedzieć, że wszystko to, co mówiłem, nie jest kpiną. To prawda.

        - A czy tobie chociaż raz ten kwiat się otworzył? - spytała.

        - Tak - powiedział. - I to niejeden raz.

        - A mnie się nie otworzył.

        - Dziwisz się?

        To ją doprowadziło do pasji. Nie umiała nic na to odpowiedzieć. Wściekła
        wybiegła z jego mieszkania. Ale gdy tak podenerwowana wracała do pałacu, zrodził
        się w niej pewien pomysł:

        - Dobrze - powiedziała sobie. - Zobaczymy. Dzisiaj będę idealna. Przekonam
        się, czy on mówi prawdę, czy też jest kłamcą.

        I tak się stało. 0d samego rana, gdy tylko wróciła do swojego pokoju, była
        bardzo dobra dla wszystkich. Najpierw dla dziewcząt, które pomagały jej się
        zawsze ubierać, potem dla rodziców przy śniadaniu, dla nauczycieli przed
        południem. W całym pałacu rozeszła się natychmiast wieść, że z królewną coś się
        stało. Nie krzyczy, nie awanturuje się, nie rzuca talerzami, nie wyzywa, nie
        wyrzuca za drzwi. Albo jest chora, albo planuje jakąś większą awanturę. Wszyscy
        czekali w największym napięciu, do czego, dojdzie. Przy obiedzie obsługujący
        spodziewali się co chwila, że albo wsadzi im wazę z zupą na głowę, albo ściągnie
        obrus. Ale ona zachowywała się wzorowo. Po południu odrobiła solidnie zadane
        lekcje. Dla gości, którzy przyszli z wizytą, była bardzo uprzejma, odgadywała
        ich życzenia, oprowadzała, objaśniała, tłumaczyła, zabawiała, jak umiała
        najmilej. Tylko nikt nie wiedział ojej sekrecie. A ona z największym napięciem
        czekała na nadejście wieczoru. Ledwo słońce zaszło, królewna wymknęła się od
        gości, udała się do swojego pokoju, nie zapalała światła, żeby jej nikt tam nie
        odnalazł. Usiadła przy kwiecie i patrzyła w oczekiwaniu na jego pąk. W pokoju
        zrobiło się mroczno, potem ciemno. Nawet się nie spostrzegła, jak zasnęła. Była
        zmęczona całym dniem. Obudził ją głos zegara, bijącego godzinę dwunastą.
        Podniosła głowę opartą o ręce i ujrzała, że stulone płatki kwiatu drgnęły,
        zaczęły się rozchylać i nagle ukazał się przepiękny kwiat, jakiego nigdy w życiu
        swoim nie widziała. I gdy tak patrzyła w niego zauroczona, posłyszała delikatną,
        cudowną muzykę. Kwiat śpiewał. Równocześnie z kwiatu poczęła promieniować jakby
        poświata słoneczna, którą napełnił się cały pokój. Królewnie zdawało się, że
        umrze ze szczęścia. Serce waliło jej tak mocno, jakby miało rozerwać jej pierś.
        Była szczęśliwa jak nigdy w życiu. Porwała się z krzesła i poczęła biec przez
        komnaty, korytarze, schody, aby powiedzieć ogrodnikowi, że to prawda, że kwiat
        kwitnie, że kwiat jej się otworzył.

        Każdy z nas ma taki kwiat w duszy. I ty też. Kwiat twojego sumienia. Jeżeli
        wieczorem w twojej duszy jest ciemno, smutno i zimno, to znaczy, że twój dzień,
        który przeszedł, nie był dobry. A jeżeli wieczorem jesteś szczęśliwy, twoja
        dusza napełniona jest szczęściem, światłem, muzyką, to znaczy, że twój dzień był
        dobry.

        ks. M. Maliński
    • habitus Ćwiczenia duchowe - jak rozumieć 17.10.04, 21:50
      Szczeniaki na sprzedaż

      Właściciel sklepu przytwierdził nad wejściem tabliczkę z napisem:
      "Szczeniaki na sprzedaż". Takie ogłoszenia zazwyczaj przyciągają dzieci, toteż
      niebawem w sklepie pojawił się mały chłopiec.

      - Po ile pan sprzedaje swoje szczeniaki? - zapytał.

      - Tak po 30 do 50 dolarów - odparł właściciel.

      Chłopczyk sięgnął do kieszeni i wydobył z niej kilka drobnych monet.

      - Mam 2 dolary i 37 centów - powiedział. - Czy mógłbym zobaczyć te pieski,
      proszę pana?

      Sprzedawca uśmiechnął się i zagwizdał. Z budy wyszła Lady. Truchtem
      pobiegła przez sklep, a za nią potoczyło się pięć malusieńkich, drobniuteńkich
      kuleczek. Jedno ze szczeniąt wyraźnie zostawało w tyle. Chłopiec natychmiast
      wskazał na nie nadążającego za resztą, kulejącego psiaka i spytał:

      - Co mu się stało?

      Właściciel wyjaśnił mu, że badał go już weterynarz i okazało się, że psiak
      ma niewłaściwą budowę biodra. Zawsze już będzie kulał, na zawsze pozostanie kaleką.

      Chłopiec zapalił się natychmiast.

      - Właśnie tego szczeniaka chciałbym kupić! - oznajmił.

      - Nie, nie. To niemożliwe, byś chciał kupić tego pieska - odparł
      sprzedawca. - Jeśli naprawdę ci na nim zależy, po prostu ci go dam.

      Chłopczyk wyglądał na poważnie zdenerwowanego. Spojrzał właścicielowi
      prosto w oczy i wskazując palcem, odezwał się:

      - Nie chcę, żeby pan mi go dawał. Ten piesek jest wart co do grosza tyle
      samo co pozostałe szczeniaki i zapłacę za niego całą sumę. Właściwie, to zapłacę
      panu teraz tylko 2 dolary i 37 centów, lecz co miesiąc będę przynosił 50 centów,
      dopóki go nie spłacę.

      Sprzedawca zaoponował:

      - Ależ ty nie możesz chcieć takiego psa. On nigdy nie będzie mógł biegać,
      skakać, bawić się z tobą tak, jak inne szczeniaki.

      Chłopczyk schylił się i podwinął lewą nogawkę spodni, odsłaniając kaleką
      nogę, wspieraną dużą metalową klamrą. Spojrzał na właściciela sklepu i odparł cicho:

      - Cóż, ja sam dobrze nie biegam, a ten szczeniak potrzebuje kogoś, kto to
      zrozumie!

      Dan Clark
    • habitus Ćwiczenia duchowe 18.10.04, 20:33
      Pewnej kobiecie

      Pewnej kobiecie przyśniło się, że za ladą w jej ulubionym sklepiku stał Pan
      Bóg.

      "To Ty, Panie Boże!" - zakrzyknęła uradowana.

      "Tak to ja" - odpowiedział Bóg.

      "A co u Ciebie można kupić?" - zapytała kobieta.

      "U mnie można kupić wszystko" - padła odpowiedź.

      "W takim razie poproszę o dużo zdrowia, szczęścia, miłości, powodzenia i
      pieniędzy".

      Pan Bóg uśmiechnął się życzliwie i oddalił na zaplecze, aby przynieść
      zamówiony towar. Po dłuższej chwili wrócił z malutką, papierową torebeczką.

      "To wszystko?!" - wykrzyknęła zdziwiona i rozczarowana kobieta.

      "Tak, to wszystko" - odpowiedział Bóg i dodał:

      "Czyżbyś nie wiedziała, że w moim sklepie sprzedaje się tylko nasiona?"


    • all2 Re: Ćwiczenia duchowe 19.10.04, 10:36
      Najdroższą rzeczą dla każdego człowieka jest czas. I nad niczym
      tak nie drżymy jak nad czasem. I niczego tak innym ludziom nie
      żałujemy jak czasu. - I nie ma większego daru, jaki możemy dać
      drugiemu człowiekowi, jak czas. A dać drugiemu człowiekowi czas, to
      znaczy starać się go wysłuchać, zrozumieć go, pomóc mu - stać się
      uczestnikiem jego życia. I jak miarą mądrości człowieka jest
      organizowanie swojego czasu, tak miarą miłości jest dawanie swojego
      czasu drugiemu człowiekowi.

      ks M. Maliński
      • ineess Re: Ćwiczenia duchowe 19.10.04, 16:11
        Nothing, Lucilius, is ours, except time.
        We were entrusted by nature with the ownership of
        this single thing, so fleeting and slippery that
        anyone who will can oust us from possession.
        What fools these mortals be! They allow the cheapest
        and most useless things, which can easily be replaced,
        to be charged in the reckoning, after they have
        acquired them; but they never regard themselves as
        in debt when they have received some of that
        precious commodity - time! And yet time is the one
        loan which even a grateful recipient cannot repay.

        /Seneca, Letters to Lucilius, 30 XI 0063 /
        • ralston Re: Ćwiczenia duchowe 19.10.04, 18:56
          Ha! Myślałem, że Seneka po łacinie pisał - a tu proszę - po angielsku...
          Znaczy, że chyba uczony był.
          • ineess Re: Ćwiczenia duchowe 19.10.04, 22:24
            Dostałam, kiedyś kartkę od kogoś, komu długo nie odpisywałam z tym cytatem... ;)
            był rzeczywiście w innym narzeczu ale też nie po łacinie.
            Kartka zapodziała mi się przy przeprowadzce, pamiętam tylko fragmenty...
            Nie mogę znaleźć tamtej wersji tłumaczenia nigdzie, nawet w Internecie :(

    • habitus Re: Ćwiczenia duchowe - małżeństwo 19.10.04, 23:11
      Dwa domki

      Mały domek, położony u podnóża wzgórza, był zrobiony cały z soli. W domku
      tym żyli: mężczyzna z soli i kobieta z cukru. Bywały dni, w których się kochali,
      i bywały dni, w których się nie cierpieli. Jednego dnia pokłócili się niesamowicie.

      Mężczyzna chwycił gruby kij z soli i wyrzucił kobietę.

      Krzyczał jak opętany: - Idź i zbuduj sobie dom z cegły!

      Kobieta odeszła płacząc, ale niezbyt mocno, ponieważ jej cukrowe policzki
      mogłyby się rozpłynąć.

      Zbudowała sobie domek z cegieł niedaleko od domku z soli.

      Był to bardzo wdzięczny domek, z ukwieconymi balkonami, kamiennym kominem -
      ale kobieta była smutna. Myślała dniem i nocą o mężczyźnie z soli.

      Pewnego dnia zdecydowała się.

      Poszła do słonego domku i zapukała do drzwi. Poprosiła człowieka o odrobinę
      soli do zupy.

      Mężczyzna złapał swój gruby kij z soli i przegonił kobietę: - Idź stąd
      natychmiast, bo będzie z tobą źle!

      Kobieta wróciła do swego domku płacząc, ale nie za wiele, żeby nie
      rozpuścić swoich policzków z cukru.

      Niebo, wielkie i litościwe, obserwowało całe to zajście, wzruszyło się i
      też zaczęło płakać. Zaczął padać deszcz. Deszcz ulewny.

      Mały domek z soli zaczął się rozpuszczać. Mężczyzna szybciutko pobiegł do
      domku z cegieł. Zapukał w okno: - Pozwól mi wejść, proszę, albo ten deszcz
      całego mnie rozpuści.

      - Ha, ha! Skończyło się święto! - triumfowała kobieta. - Ty odmówiłeś mi
      odrobiny soli, teraz radź sobie sam!

      Ale mężczyźnie udało się delikatnymi, uprzejmymi słowami wzruszyć kobietę,
      która zlitowała się i otwarła drzwi.

      Rzucili się w ramiona jedno drugiemu i ucałowali się długim, słodko-słonym
      pocałunkiem.

      A ponieważ człowiek z soli był mocno przemoczony, przykleił się do kobiety
      z cukru. Trzeba było sporo czasu na wyschnięcie i odzyskanie swobody.

      Od tamtego czasu człowiek z soli ma usta z cukru, a kobieta z cukru ma usta
      słone.

      I więcej już się nie kłócą.

      To właśnie różnice stwarzają przecudne bogactwo miłości.


      Bruno Ferrero
    • habitus Ćwiczenia duchowe - dla rodziców 19.10.04, 23:20

      Kiedy patrzę, jak śpisz

      Moje drogie dziecko, wślizgnęłam się do twojego pokoju, by usiąść przy
      tobie, kiedy śpisz, i popatrzeć, jak twoje kruche ciałko wznosi się i opada w
      rytmicznym oddechu. Oczy masz ufnie przymknięte, a twoją anielską twarzyczkę
      otaczają miękkie, jasne loki. Chwilę temu, kiedy pracowałam w gabinecie, ogarnął
      mnie smutek, gdy wspominałam wydarzenia dzisiejszego dnia. Nie mogłam już dłużej
      skoncentrować się na pracy, toteż przyszłam, by porozmawiać z tobą w tej ciszy,
      kiedy tak sobie odpoczywasz.

      Rano nazwałam cię guzdrałą, kiedy za bardzo się ociągałeś i zbyt wolno
      ubierałeś. Zbeształam cię za to, że znowu zapodziałeś gdzieś swoją kartkę na
      lunch, i sprzątnęłam śniadanie ze stołu z naburmuszoną miną, bo poplamiłeś sobie
      koszulkę. "Znowu?" - westchnęłam, ty zaś uśmiechnąłeś się do mnie niewinnie i
      powiedziałeś: "Cześć, mamo!"

      Po południu wykonywałam telefony, a ty ustawiłeś swoje zabawki w równiutkie
      rzędy na łóżku, gestykulowałeś i śpiewałeś sobie. Wpadłam zezłoszczona do
      twojego pokoju i zagrzmiałam, byś przestał wreszcie hałasować. Potem spędziłam
      kolejną długą godzinę przy telefonie. "Zabieraj się do odrabiania pracy
      domowej", ryknęłam niczym jakiś sierżant, "i przestań marnować tyle czasu".
      "Dobra, mamo", odpowiedziałeś skruszony, siadając sztywno przy biurku z
      długopisem w ręku. Potem nie dochodziły już z twojego pokoju żadne odgłosy.

      Wieczorem, kiedy ciągłe jeszcze pracowałam, podszedłeś do mnie z wahaniem.
      "Poczytasz mi dzisiaj, mamo?" - zapytałeś z nadzieją w głosie. "Nie dzisiaj",
      odpowiedziałam gwałtownie, "twój pokój to istne pobojowisko! Czy za każdym razem
      muszę ci o tym przypominać?" Z pochyloną głową, powłócząc nogami, odszedłeś do
      swojego pokoju. Za jakiś czas wróciłeś i zerknąłeś do gabinetu. "A teraz o co
      chodzi?" - zapytałam wzburzonym głosem.

      Nie odpowiedziałeś ani słowem, tylko wkroczyłeś do pokoju, zarzuciłeś mi
      ramiona na szyję i pocałowałeś w policzek. "Dobranoc, mamo, kocham cię",
      wyszeptałeś, mocno się do mnie przytulając. Po chwili zniknąłeś tak szybko, jak
      się pojawiłeś.

      Siedziałam potem ze wzrokiem utkwionym w swojej pracy i czułam, jak
      ogarniają mnie wyrzuty sumienia. W którym momencie zatraciłam rytm dnia i za
      jaką cenę? Nic nie uczyniłeś, by wprawić mnie w taki nastrój. Byłeś tylko
      dzieckiem, zajętym procesem dorastania i uczenia się. Zagubiłam się dzisiaj w
      dorosłym świecie odpowiedzialności i obowiązków i zabrakło mi już sił, które
      powinnam ofiarować tobie. Dzisiaj stałeś się moim nauczycielem. Udzieliłeś mi
      cennej lekcji swoją niewyczerpaną chęcią, by podbiec i pocałować mnie na
      dobranoc, nawet po tak męczącym dniu chodzenia na palcach wokół moich humorów.

      Teraz zaś, kiedy patrzę, jak śpisz, pragnę, by ten dzień zaczął się od
      nowa. Jutro potraktuję ciebie z takim zrozumieniem, jakie ty mi dziś okazałeś,
      abym mogła być prawdziwą mamą - rano przywitam cię ciepłym uśmiechem, po szkole
      zachęcę słowem otuchy, wieczorem utulę do snu ciekawą historyjką. Roześmieję
      się, kiedy ty będziesz się śmiał, zapłaczę, kiedy będziesz płakał. Jutro już nie
      zapomnę, że wciąż jesteś dzieckiem, a nie dorosłym, i będę cieszyła się tym, że
      jestem twoją mamą. Twój nieugięty duch ukoił mnie dziś, toteż przychodzę do
      ciebie o tej późnej porze, by ci podziękować, moje dziecko, mój nauczycielu i
      mój przyjacielu, za dar twojej miłości.

      Diane Loomans



      • benia30 Re: Ćwiczenia duchowe - dla rodziców 19.10.04, 23:32
        habitus napisała:

        >
        >> rano przywitam cię ciepłym uśmiechem, po szkole
        > zachęcę słowem otuchy, wieczorem utulę do snu ciekawą historyjką. Roześmieję
        > się, kiedy ty będziesz się śmiał, zapłaczę, kiedy będziesz płakał. Jutro już
        > nie
        > zapomnę, że wciąż jesteś dzieckiem, a nie dorosłym, i będę cieszyła się tym,
        że
        > jestem twoją mamą. >
        >

        Jutro... jutro... jutro... - z mojego życia wzięte.
        Piękna ta historyjka, dzięki Habi :-))
        • ralston Re: Ćwiczenia duchowe - dla rodziców 20.10.04, 09:43
          benia30 napisała:


          >
          > Jutro... jutro... jutro... - z mojego życia wzięte.

          Eeech... nie tylko z Twego...
    • habitus Ćwiczenia duchowe - dla rodziców 19.10.04, 23:25
      Rola

      Gdy tylko ogarnia mnie rozczarowanie z powodu miejsca, jakie zajmuję w
      życiu, natychmiast przypomina mi się mały Jamie Scott. Jamie wprost wychodził ze
      skóry, żeby otrzymać rolę w szkolnym przedstawieniu. Matka chłopca powiedziała
      mi, że choć Jamie oddałby wszystko za to wyróżnienie, ona sama obawia się, że
      nie zostanie wybrany. W dniu, w którym role miały być rozdzielone, wybrałam się
      z nią do szkoły, żeby odebrać jej syna po lekcjach. Jamie podbiegł do matki z
      błyszczącymi oczami - rozpierała go duma i przejęcie.

      - Zgadnij, co się stało, mamo?! - wykrzyknął, po czym wypowiedział słowa,
      które na zawsze pozostaną dla mnie lekcją: - Zostałem wybrany do klaskania i
      wiwatowania.

      Marie Curling
    • ogabignac Re: Ćwiczenia duchowe 19.10.04, 23:30
      Co tam nowego Habitusie drogi czytujesz?
      "Goscia Niedzielnego"?
      • habitus Re: Ćwiczenia duchowe 20.10.04, 00:17
        ogabignac napisał:

        > Co tam nowego Habitusie drogi czytujesz?
        > "Goscia Niedzielnego"?

        :) Obecnie "Dziennik Adriana Mole'a".
        Po prostu mam dosyć tych brudnych afer, tej polityki, tej gonitwy za groszem,
        tych zamachów, ścinania głów, straszenia, brzydzi mnie głupia rozpusta i
        okrucieństwo. Odrażająca jest pycha ludzka, pouczanie, ogłupianie. Chcę dobrych
        wieści o zacnych ludziach, a nie strasznych doniesień o psychopatach. Jeżeli cię
        drażni - nie czytaj.
        • awee Re: Ćwiczenia duchowe 20.10.04, 19:14
          habitus napisała:

          > :) Obecnie "Dziennik Adriana Mole'a".

          O, a nie jest wybrakowana ?
          U mnie w domu stoi wydanie Adriana Mole’a z 1991 r. Po stronie 96 następuje
          strona 65. Kiedy numeracja dochodzi do 96 następuje przeskok na 129. Przez
          długi czas ciekawiło mnie co jest takiego w tej książce pomiędzy stronami
          96 a 129 że je usunięto. Ale wówczas wszystkie egzemplarze tak miały :)
    • habitus Drzewo kłopotów 20.10.04, 19:51

      Pewnemu cieśli przydarzył się niefortunny dzień w pracy. Stracił godzinę z
      powodu przebitej opony, zepsuła mu się piła mechaniczna, a na koniec silnik jego
      wysłużonej furgonetki nie chciał zapalić. Kiedy wraz z majstrem wracał do domu,
      wszystko się w nim "gotowało", ale milczał. Gdy dojechali na miejsce, zaprosił
      majstra, by poznał jego rodzinę. Kierując się w stronę domu, cieśla przystanął
      na chwilę przy dużej sośnie i dotknął obiema rękami jej gałęzi.

      Przekraczając próg, przeszedł zadziwiającą metamorfozę. Jego ogorzała twarz
      promieniała uśmiechem. Przytulił najpierw dwójkę dzieci, a potem uściskał i
      ucałował żonę. Następnie odprowadził majstra do samochodu. Gdy znów przechodzili
      obok sosny, majster, nie mogąc powstrzymać ciekawości, spytał cieślę, co to za
      "drzewny rytuał" odprawił przy tym drzewie.

      - Ach, to moje drzewo kłopotów - odparł cieśla. -Wiem, że nic nie mogę
      poradzić na kłopoty w pracy, ale jedno jest pewne: po skończonej robocie trosk i
      zmartwień nie powinno się przynosić do domu. Więc zatrzymuję się przy tej sośnie
      i wyobrażam sobie, że zawieszam na niej wszelkie kłopoty, troski i zmartwienia.
      - Tu uśmiechnął się i dodał: - A najdziwniejsze, że kiedy rano idę zdjąć je z
      powrotem, jest ich zawsze mniej niż wtedy, kiedy, jak pamiętam, wieszałem je tam
      poprzedniego wieczoru.
      • ralston Re: Drzewo kłopotów 20.10.04, 21:34
        habitus napisała:

        >
        > Pewnemu cieśli przydarzył się niefortunny dzień w pracy. Stracił godzinę z
        > powodu przebitej opony, zepsuła mu się piła mechaniczna, a na koniec silnik jeg
        > o
        > wysłużonej furgonetki nie chciał zapalić. Kiedy wraz z majstrem wracał do domu,
        > wszystko się w nim "gotowało", ale milczał. Gdy dojechali na miejsce, zaprosił
        > majstra, by poznał jego rodzinę. Kierując się w stronę domu, cieśla przystanął
        > na chwilę przy dużej sośnie i dotknął obiema rękami jej gałęzi.
        >
        > Przekraczając próg, przeszedł zadziwiającą metamorfozę. Jego ogorzała twar
        > z
        > promieniała uśmiechem. Przytulił najpierw dwójkę dzieci, a potem uściskał i
        > ucałował żonę. Następnie odprowadził majstra do samochodu. Gdy znów przechodzil
        > i
        > obok sosny, majster, nie mogąc powstrzymać ciekawości, spytał cieślę, co to za
        > "drzewny rytuał" odprawił przy tym drzewie.
        >
        > - Ach, to moje drzewo kłopotów - odparł cieśla. -Wiem, że nic nie mogę
        > poradzić na kłopoty w pracy, ale jedno jest pewne: po skończonej robocie trosk
        > i
        > zmartwień nie powinno się przynosić do domu. Więc zatrzymuję się przy tej sośni
        > e
        > i wyobrażam sobie, że zawieszam na niej wszelkie kłopoty, troski i zmartwienia.
        > - Tu uśmiechnął się i dodał: - A najdziwniejsze, że kiedy rano idę zdjąć je z
        > powrotem, jest ich zawsze mniej niż wtedy, kiedy, jak pamiętam, wieszałem je ta
        > m
        > poprzedniego wieczoru.

        Ciekawe czy to działa z czeremchą? Muszę wypróbować :)
        • habitus Re: Drzewo kłopotów 20.10.04, 23:16

          Kot jest najlepszy. Koty lubią wszelkie niezdrowe środowiska, pola
          elektromagnetyczne, promieniowanie geopatyczne etc. Jak się na kocie wiesza
          kłopoty to on tylko mruży oczy i głośniej mruczy. Mruczy znaczy działa - miele
          kłopoty na nieszkodliwe paproszki.

          Drzewa to chyba dla tych, co to wszystko metodą Silvy :))
          • jarek-ny Re: Drzewo kłopotów 22.10.04, 03:00
            Tez dziekuje pieknie za ten watek.

            Mam nadzieje, ze niepredko on spadnie
    • habitus Re: Ćwiczenia duchowe 22.10.04, 22:22

      Dobra wiadomość

      Robert De Vincenzo, słynny argentyński gracz w golfa, wygrał kiedyś
      turniej, otrzymał stosowny czek, po czym obdzielił uśmiechami fotoreporterów i
      zaczął szykować się do odejścia. Kiedy samotnie kierował się w stronę
      ustawionego na parkingu samochodu, podeszła do niego młoda kobieta, która
      pogratulowała mu zwycięstwa i powiedziała, że jej dziecko cierpi na śmiertelną
      chorobę. Rzecz jasna, nie miała środków na zapłacenie rachunków za usługi
      lekarskie i szpital.

      Poruszony jej opowieścią De Vincenzo wyjął pióro i wypisał swój będący
      nagrodą czek na nazwisko tej kobiety.

      - Niech pani zapewni dziecku wszystko, co najlepsze - powiedział, wsuwając
      do w jej dłoń.

      W następnym tygodniu podczas lunchu w klubie podszedł do niego członek
      władz Zrzeszenia Profesjonalnych Graczy w Golfa i powiedział:

      - W zeszłym tygodniu chłopcy z parkingu mówili mi, że po turnieju spotkał
      pan młodą kobietę. - De Vincenzo przytaknął. - Cóż! - westchnął mężczyzna. - Mam
      dla pana kiepską wiadomość. To wariatka. Ona nie ma żadnego dziecka. Nawet nie
      jest mężatką. Zwyczajnie pana nabrała, przyjacielu.

      - Chce pan powiedzieć, że nie ma żadnego umierającego dziecka? - spytał De
      Vincenzo.

      - Właśnie.

      - Ależ to najwspanialsza wiadomość, jaką usłyszałem w tym tygodniu!

      • juliettamasina Re: Ćwiczenia duchowe 23.10.04, 18:38
        :)
    • habitus Re: Ćwiczenia duchowe 22.10.04, 22:26

      Sentencja na piątek:

      Wszyscy jesteśmy aniołami z jednym skrzydłem:
      możemy latać tylko wtedy, gdy obejmiemy drugiego człowieka.
    • aand Re: Ćwiczenie Mistrza Eckharta 23.10.04, 21:10
      Dobra rozmowa pewnej dobrej siostry z Eckhartem

      Jedna z córek przyszła do klasztoru Braci Kaznodziejów i poprosiła Mistrza Eckharta.
      Furtian zapytał: Kogo mam zgłosić?
      Siostra: Nie wiem.
      Furtian: Dlaczego nie wiesz?
      Siostra: Bo nie jestem ani dziewczęciem, ani niewiastą; ani mężem, ani żoną; ani
      wdową, ani panną; ani panem, ani służącą, ani sługą.

      Furtian poszedł do Eckharta i powiedział: Przyjdź, ojcze, do najdziwniejszego
      stworzenia, o jakim kiedykolwiek słyszałem, lecz pójdźmy razem, a ty wystawisz
      głowę i zapytasz: kto chce się ze mną widzieć?

      A gdy ten postąpił zgodnie z prośbą, siostra powtórzyła mu to samo, co
      powiedziała furtianowi.

      Wtedy Eckhart rzekł: Prawdziwe są i mocne twoje słowa; wyjaśnij mi dokładniej, o
      co ci chodzi.

      Ona odpowiedziała: Gdybym była dziewczęciem, zachowałabym aż dotąd pierwszą
      niewinność; gdybym była niewiastą, nieustannie rodziłabym w duszy Słowo
      Przedwieczne; gdybym była mężem, stawiałabym silny opór wszystkim grzechom;
      gdybym była żoną, dochowywałabym wierności mojemu umiłowanemu jedynemu
      Małżonkowi, gdybym była panną, służyłabym z pełną szacunku bojaźnią; gdybym była
      panem, miałabym władzę nad wszystkimi Boskimi cnotami; gdybym była służącą, z
      pokorą bym się uniżała przed Bogiem i stworzeniem; gdybym była sługą, ciężko bym
      pracowała i całą wolą, bez sprzeciwu, służyła swemu Panu. Nikim z nich nie
      jestem. Jestem jak każda inna rzecz i tak sobie żyję.

      Mistrz oddalił się. A swym braciom tak powiedział: Zdaje mi się, że rozmawiałem
      z najczystszym człowiekiem, jakiego spotkałem w życiu.
    • habitus I ty zostaniesz Indianinem... 24.10.04, 19:11
      www.sunbear.most.org.pl/links.html
      Indianie są bardzo dobrymi rodzicami i małżonkami. Dzieci - bardzo kochane i
      chronione, małżonkowie - zastępujący się wzajemnie w zajęciach męskich i
      kobiecych w przypadku choroby, szacunek dla starszych....
      • korni Re: I ty zostaniesz Indianinem... 24.10.04, 19:14
        habitus napisała:

        Indianie są bardzo dobrymi rodzicami i małżonkami. Dzieci - bardzo kochane i
        > chronione, małżonkowie - zastępujący się wzajemnie w zajęciach męskich i
        > kobiecych w przypadku choroby, szacunek dla starszych....

        ale zastepujacy jak ? ona jego ? on ja ? on jego ? ona ja ??


        sorry , jakos zle mysle chyba .... spac ???
        • habitus Re: I ty zostaniesz Indianinem... 24.10.04, 23:33
          korni napisał:


          > ale zastepujacy jak ? ona jego ? on ja ? on jego ? ona ja ??
          >
          >
          > sorry , jakos zle mysle chyba .... spac ???

          Raczej może czepiasz się trochę... Mąż zastępuje chorą żonę w jej zajeciach
          (gotowaniu, opiece nad dziećmi, szyciu odzieży). Kiedy on jest chory ona
          przypina łuk i kołczan i wyrusza na polowanie, jeżeli jest taka potrzeba.
      • habitus 10 przykazań indiańskich 05.11.04, 22:24
        Dziesięć przykazań Indiańskich


        1. Bądźcie blisko Wielkiego Ducha.
        2. Szanujcie się wzajemnie.
        3. Pomagajcie sobie wzajemnie.
        4. Bądźcie uczciwi.
        5. Róbcie to co jest prawe.
        6. Utrzymujcie swoje ciało i umysł w zdrowiu i sile.
        7. Miejcie szacunek dla Ziemi i wszystkich form życia.
        8. Dbajcie o samych siebie i nie bądźcie zależni od nikogo.
        9. Dzielcie się swą pracą dla dobra innych.
        10. Dbajcie o dobro wszystkich - współpracujcie ze sobą.



        Indiańskie kultury i religie były różnorodne i głównie oparte na ustnej tradycji
        przekazu. Dziesięć Indiańskich Przykazań podanych powyżej nie rości sobie prawa
        do takiego samego autorytetu i uznania, jakie posiada "Dziesięć Przykazań" ze
        Starego Testamentu. Zostały one sformułowane przez Johna Woodenlegs, z plemienia
        Północnych Czejenów, który urodził się w 1858 roku. Poprzez te "przykazania"
        chciał wyrazić podstawowe zasady religijnego myślenia Indian. Był przekonany, że
        ci którzy praktykują te "przykazania" kroczą zachowując tradycyjne wartości
        Indiańskiej Drogi Życia. (R.Kaiser "This Land is Sacred")
    • habitus O edukacji 25.10.04, 10:31
      "Istnieje potrzeba formułowania i nauczania zasad etycznych, na których istoty
      ludzkie mogą wzorować swoje zachowanie. Aby takie nauczanie mogło być owocne,
      należy uznawać podstawową rolę, jaką ciało i uczucia w nim zachodzące odgrywają
      we wszystkich sprawach moralności. Wymaga to podkreślenia faktu, że zachowanie
      moralne ma na celu rozwijanie dobrych uczuć u jednostki, a równocześnie dobro
      społeczności, w której ona żyje. Jeżeli głównym celem życia jest, o czym jestem
      przekonany, bycie osobą pełną gracji i łaskawości, to taki właśnie powinien być
      również cel programów edukacyjnych, a nie nabywanie wiedzy. Nie wolno nam się
      ograniczać do przekonania, że wiedza wraz z władzą, jaką ona daje, jest drogą do
      dobrego życia. Życie bez stosowania się do zasad opartych na wysokich
      wymaganiach etycznych pociąga za sobą utratę największego daru, jaki niesie
      życie — radości"

      /Alexander Lowen "Duchowość ciała"/
    • awee Re: Ćwiczenia duchowe 27.10.04, 21:59
      If you can keep your head when all about you
      Are loosing theirs and blaming it on you
      If you can trust yourself when all men doubt you,
      But make allowance for their doubting too;
      If you can wait and not be tired by waiting,
      Or being lied about, don't deal in lies,
      Or being hated, don't give way to hating,
      And yet don't look too good, nor talk to wise:

      If you can dream - and not make dreams your master;
      If you can think - and not make thoughts your aim;
      If you can meet with triumph and disaster
      And treat those impostors just the same;
      If you can bear to hear the truth you've spoken
      Twisted by knaves to make a trap for fools,
      Or watch the things you gave your life to, broken,
      And stoop and build them with worn out tools:

      If you can make one heap of all your winnings
      And risk it on one turn of pitch - and - toss,
      And lose, and start again at your beginnings
      And never breathe a word about your loss;
      If you can force your heart and nerve and sinew
      To serve your turn long after they are gone,
      And so hold on when there is nothing on you
      Except the will, which says to them: "Hold on!"

      If you can walk with crowds and keep your virtue,
      Or walk with kings - nor lose the common touch,
      If neither foes nor loving friends can hurt you,
      If all men count with you, but none too much;
      If you can fill the unforgiving minute
      With sixty seconds' worth of distance run,
      Yours is the Earth and everything that's in it,
      And - which is more - you'll be a Man, my son!

      • habitus Re: Ćwiczenia duchowe 27.10.04, 22:23
        Nic nie rozumiem :(
        • awee Re: Ćwiczenia duchowe 27.10.04, 22:31
          :( przepraszam

          znalazłam tłum. na www - Michał Kuźmiński:


          Jeśli nie tracisz głowy kiedy inni
          Potracą swoje, krzycząc "winnyś ty!"
          Jeżeli wiesz, że jesteś tym niewinnym
          Gdy wszyscy zwątpią, skażą, nazwą "zły";
          Jeśli w czekaniu umiesz być cierpliwy,
          Gdy łżą ci - umieć nigdy nie łgać im
          Lub być nienawidzonym i nie żywić
          Złości, gdy umiesz w cieniu skryć swój czyn;

          Jeżeli marząc nie dasz się omamić;
          Jeśli planując ciągle widzisz cel;
          Jeżeli przyjmiesz tryumf albo blamę
          Obydwa słowa łącząc trudnym vel;
          Jeśli przed własną prawdą nie ucieczesz
          Nawet gdy nogi strach ci będzie niósł,
          Gdy zniesiesz widok ruin życia rzeczy
          i odbudujesz mając w ręce gruz;

          Gdy w jedną stertę swe ordery zrzucisz
          Stawiając je w ruletce swoich słów
          i przegrasz - gdy dasz radę znowu wrócić
          i bez szemrania wszystko zaczniesz znów;
          Jeżeli umiesz zmusić każde ścięgno
          by ci służyło nawet gdy rwie ból
          lub "stój!" rzec gdy nic nie ma za potęgą
          która pozwala wyrzec słowo "stój!";

          Jeżeli chodząc w tłumie będziesz panem
          Z królami zaś - utrzymasz nisko kark,
          Gdy ni wróg ni przyjaciel cię nie zrani,
          Gdy każdy sam rozpozna ileś wart;
          Jeśli nie znajdziesz chwili, gdzie byś nie miał
          do czego wracać, co by było złe,
          Wtedy, mój synu, twoja będzie Ziemia
          Oraz, co więcej, Człowiek - imię twe!



          wersja orginalna R. Kipling

          • habitus Re: Ćwiczenia duchowe 27.10.04, 23:27
            Bardzo ładne. Dziękuję.
          • ralston Re: Ćwiczenia duchowe 29.10.04, 10:34
            A co to jest blama? (Ale się czepiam...)
            • awee Re: Ćwiczenia duchowe 29.10.04, 11:07
              ralston napisał:

              > A co to jest blama?

              Może zapytaj tego tłumacza.
              Albo w domyśle zamień b na p.

              >(Ale się czepiam...)

              (....i to jeszcze jak)
              • ralston Re: Ćwiczenia duchowe 29.10.04, 11:32
                awee napisała:

                > ralston napisał:
                >
                > > A co to jest blama?
                >
                > Może zapytaj tego tłumacza.
                > Albo w domyśle zamień b na p.

                google proponowało mi zamianę l na r :) - ale na to chyba tłumacz
                powiedziałby 'too much'

                >
                > >(Ale się czepiam...)
                >
                > (....i to jeszcze jak)
                >
                Co zrobię, że tak lubię ;)
                • all2 Re: Ćwiczenia duchowe 29.10.04, 11:54
                  ralston napisał:

                  > google proponowało mi zamianę l na r :) - ale na to chyba tłumacz
                  > powiedziałby 'too much'

                  no chyba że to byłby tłumacz elektroniczny :)
                • awee Re: Ćwiczenia duchowe 29.10.04, 12:50
                  ralston napisał:

                  > Co zrobię, że tak lubię ;)


                  He he - od razu przychodzi na myśl opowieść o żółwiu i skorpionie. Znasz? :)
                  • ralston Re: Ćwiczenia duchowe 29.10.04, 13:17
                    awee napisała:

                    > ralston napisał:
                    >
                    > > Co zrobię, że tak lubię ;)
                    >
                    >
                    > He he - od razu przychodzi na myśl opowieść o żółwiu i skorpionie. Znasz? :)


                    Znam. :)
    • habitus Ćwiczenia duchowe 27.10.04, 23:33

      Istnieją dwa rodzaje ludzi: sprawiedliwi uważający się za grzeszników i
      grzesznicy uważający się za sprawiedliwych.
      /Blaise Pascal/

      Im świętsza prawda tym pokorniejszy powinien być ten, który ją głosi.
      /Mikołaj Gogol/
    • habitus Re: Ćwiczenia duchowe 27.10.04, 23:56
      Pewien mały ptaszek, musiał nauczyć się latać, ale bardzo się bał.

      Zawsze gdy próbował spadał na ziemię.

      Chociaż był bardzo potłuczony nie poddawał się i próbował dalej.

      Aż pewnego dnia uniósł się i zaczął szybować.


      MUSIMY PRZEŻYĆ CZASEM DUŻO CIĘŻKICH UPADKÓW.
      ŻEBY NAUCZYĆ SIĘ ŻYĆ.

      Kiedyś koleżanka chciała żebym bardziej rozbudował tę niby opowieść,
      więc droga koleżanko spójrz na swoje życie,
      to jest ta rozbudowana wersja...

      Łukasz Tara
    • habitus Re: Ćwiczenia duchowe 31.10.04, 22:39
      Ikonka

      IWAN BUNIN (1870-1953)

      Иконка

      Иконку, чёрную
      дощечку,
      Нашли в земле
      – пахали новь…
      Кто перед нею
      ставил свечку?
      В чьём сердце
      теплилась
      любовь?

      Кто осветил её
      своею
      Молитвой
      нищего раба,
      И посох взял и
      вышёл з нею
      На степь в
      шумящие хлеба,

      И, поклоняясь
      ветрам
      знойным,
      Стрибожьим
      внукам,
      водрузил
      Над полем
      пыльным,
      беспокойным
      Убогий симбол
      божьих сил?

      Ikonka

      Ikonkę, czarną deszczułeczkę,
      Wyorał z tłustej ziemi pług…
      Kto kiedyś palił przed nią świeczki,
      Kto miłość w sercu sycić mógł?

      Któż swej modlitwy niebogatej
      Słowami ją oświetlał, któż?
      Kto ją ze swojej wyniósł chaty
      W step, w te szumiące łany zbóż,

      I, pokłoniwszy się gorącym
      Wiatrom, kto palik w ziemię wbił,
      Stawiając w polu ręką drżącą
      Ubogi symbol bożych sił?

      przełożył Maciej Froński
      .
      • ralston Re: Ćwiczenia duchowe 31.10.04, 22:52
        Ładny przekład...
        • habitus Re: Ćwiczenia duchowe 31.10.04, 22:56
          Wzruszający...
    • habitus Re: Ćwiczenia duchowe 02.11.04, 21:55
      "Jak noc nad ranem, tak życie staje się coraz jaśniejsze w miarę, jak przeżywamy
      a przyczyna każdej rzeczy wreszcie się wyjaśnia" (Richter).

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka